Potrójny Święty

Marcin Żurek z miasta Meksyk



Procesy kanonizacyjne – z nielicznymi wyjątkami – trwają długo i są trudne. Rzymska Kongregacja ds. Kanonizacyjnych cieszy się opinią instytucji surowej i skrupulatnej. Zatrudnieni tam eksperci dokładnie badają dokumenty dotyczące kandydata na ołtarze, a wchodzący w skład trybunału specjalny urzędnik zwany advocatus diaboli wyszukuje wszystkie słabe punkty. Relacje poszczególnych etapów procesu są dokładnie spisywane i publikowane w postaci tzw. Positio. Księga ta zawiera m.in. argumenty przeciwko kanonizacji (lub beatyfikacji) i odpowiedź na te zarzuty. 
Kiedy przed paru laty w jakiejś włoskiej publikacji poddano w wątpliwość rzetelność procesu kanonizacyjnego św. Marii Goretti, Kongregacja przeprowadziła dokładną analizę akt całego procesu, a następnie opublikowała odpowiedź. Trudno zatem tę rzymską dykasterię podejrzewać o naiwność, a tym bardziej zarzucać nierzetelność. Przeprowadzona w 1969 r. reforma kalendarza liturgicznego Kościoła doprowadziła do skreślenia z listy publicznie czczonych świętych szeregu imion, bo ich kult nie miał dostatecznie udokumentowanych podstaw. Prawda historyczna zbytnio mieszała się tam z legendą. Warto dodać, że chodziło o świętych, którzy na ołtarze zostali wyniesieni przez spontaniczny kult gminy chrześcijańskiej w czasach, gdy procesów beatyfikacyjnych jeszcze się nie prowadziło. 
Kościół nikogo nie beatyfikuje dlatego, że doznał nadprzyrodzonych objawień. Przeciwnie: objawienia raczej komplikują proces, w którym trzeba dowieść, że wizjoner nie głosił czegoś sprzecznego z nauką Kościoła. W tym kontekście zadziwiające są wątpliwości i zarzuty przedstawione w artykule Marcina Żurka. Autor referuje spór toczący się wokół postaci nowego świętego. Wyjaśnienia wątpliwości nie znalazł ani w Positio, ani u osób kompetentnych. Tego rodzaju spory z natury rzeczy służą dochodzeniu do prawdy. Tu ścierają się ze sobą stara, ludowa i kościelna tradycja, kult, pobożność oraz przekonanie wiernych z wątpliwościami historyków i innych badaczy. 

Ks. Adam Boniecki

 



Decyzja o kanonizacji Juana Diego – Indianina, któremu przed niemal 500 laty objawić się miała Matka Boska, i którego wyniesienie na ołtarze jest głównym punktem wizyty Jana Pawła II w Meksyku – wydaje się kontrowersyjna, bo nie do końca wiadomo, kto zostanie kanonizowany.




Francuski biskup Jacques Bossuet, przerażony zwiastunami Oświecenia przewidywał, że „jedność Kościoła rozsypie się w proch”, jeśli poddać jego autorytet pod osąd niedowiarków. Duch Bossueta silniej niż jakakolwiek inna inspiracja intelektualna obecny jest w dość pokrętnej i konspiracyjnej historii procesu kanonizacyjnego Juana Diego.

Trzech świętych

Świadectwa istnienia Juana Diego są sprzeczne, a wielu historyków i duchownych wręcz całkowicie je podważa. A jeśli nie było Juana Diego, to najpewniej nie było też objawienia.
Przed kilkoma laty Guillermo Schulenburg, wówczas opat Bazyliki Matki Boskiej z Guadalupe, zakwestionował historyczność postaci Juana Diego w wywiadzie udzielonym meksykańskiemu periodykowi „Ixtus”, który przedrukowało włoskie pismo „30 Giorni”. Jedynym skutkiem wypowiedzi była niesława, która spadła na duchownego. Problem zignorowano, nie podejmując dyskusji, prymas Norberto Rivera zaś doprowadził do usunięcia Schulenburga z piastowanego przezeń przez 33 lata stanowiska. 
Schulenburg wskazał na milczenie źródeł historycznych na temat Juana Diego i objawienia. Powołał się też na badania archeologiczne, w latach 60. przeprowadzone na jego zlecenie w Capilla de los Indios, gdzie miały spoczywać szczątki świętego, których jednak nie znaleziono. Wedle dokumentu „Ioannis Didaci Cuauhtlatoatzin. Positio”, opublikowanego 20 lat później przez watykańską Kongregację do spraw Kanonizacyjnych, „istnieją dowody, że szczątki Juana Diego złożono w pierwszej Kaplicy Matki Boskiej z Guadalupe i przeniesiono następnie w miejsce ich aktualnego spoczynku – do Capilla de los Indios”. „Positio” nie odpowiada jednak na zajmujące pytanie, dlaczego przemilczano negatywne rezultaty poszukiwań w domniemanym miejscu pochówku.
Nieobecność szczątków Juana Diego w miejscu wskazywanym przez tradycję nie przeczy oczywiście jego historyczności. Wątpliwości budzi jednak namnożenie sprzecznych ze sobą biografii świętego. Tak silna jest wola usankcjonowania legendy, że mnożą się nie tylko dowody na istnienie Juana Diego, ale rozmnożył się on sam.
Zawsze wierzono, że był biednym wieśniakiem z położonej w pobliżu dzisiejszego miasta Meksyk osady o nazwie Cuautitlán. Jednak niedawno biskup Onésimo Cepeda ogłosił, że zapisy indiańskie oraz przekazy ustne wskazują, że Juan Diego był indiańskim arystokratą z Ecatepec. Dowodów dostarczają ponoć badania przeprowadzone przez grupę historyków i archeologów, którzy twierdzą, że w okolicach Ecatepec żyje dziś około stu potomków Juana Diego, bp Cepeda zaś utrzymuje, że kościół w Ecatepec stoi na ruinach jego pałacu.
Mszę kanonizacyjną planowano pierwotnie właśnie w Ecatepec, ostatecznie postanowiono jednak, że odbędzie się ona w stołecznej Bazylice. Taka decyzja jest na pozór oczywista – Bazylika stoi na wzgórzu, na którym miało nastąpić objawienie i jest symbolem kultu la Virgen i samego Juana Diego. Wada tej lokalizacji polega na tym, że świątynia pomieścić może jedynie 12 tys. osób i 30 tys. na dziedzińcu. Tymczasem na uroczystości przybyć ma ok. 12 milionów wiernych (najwięcej w historii meksykańskiego Kościoła) – zgromadzeni w centrum miasta spowodują jego paraliż. Z racji logistycznych lepsze były zatem pierwotne plany przeprowadzenia uroczystości na otwartych przestrzeniach Ecatepec. Ich zmiana wynikać mogła z konsternacji Watykanu, który stanął przed koniecznością wyboru spośród dwóch kandydatów. Najpewniej zrezygnowano z Ecatepec, by nie urazić wiernych z Cuautitlán, ale i po to, by zachować pozory jedności.
Czy jednak niejasności nie były zbyt duże, by rozwiązywać je drogą arbitralnej decyzji? Jeśli z zastosowaniem równie zasadnych argumentów podaje się sprzeczne ze sobą biografie Juana Diego, to albo chodzi o dwie różne postaci, albo też jedna z nich jest wytworem fantazji. A skoro jest nim jedna z nich, to mogą być nim obydwie. Kościół meksykański nie dopuścił do dyskusji w tej kwestii, starając się przedstawić spójną wersję legendy, która niewiele ma wspólnego z rzeczywistym, bardziej skomplikowanym stanem rzeczy. Prymas Rivera tak silnie zaangażowany był w sprawę kanonizacji Juana Diego, że wystąpił nawet jako jego biograf. W swej książce „Juan Diego, el águi-la que habla” („Juan Diego, mówiący orzeł”) przedstawia jednak biografię, która sprzeczna jest z dwiema wspomnianymi wersjami, będąc żywotem trzeciego już Juana Diego.

Cud mniemany

Przez stulecia wierzono, że dowodem autentyczności legendy jest wizerunek la Virgen odbity na szacie, którą miał na sobie Indianin podczas objawienia. To na tej podstawie Juan de Zumárraga, pierwszy arcybiskup Meksyku, miał uwierzyć w rzetelność relacji o objawieniu, przyjętej początkowo nieufnie. Wizerunek przechowywany jest dziś jako najświętsza relikwia Meksyku w Basílica de Santa María de Guadalupe. Już w XX wieku kult wzmocniła wiadomość, że w oczach Madonny można dostrzec sylwetkę samego Juana Diego.
Według „Positio” pierwsze badania tkaniny zostały przeprowadzone w 1936 r. przez dr. Ricardo Kuhna z Heidelbergu. Stwierdzić on miał, że „przeanalizowane włókna nie zawierają barwników roślinnych, zwierzęcych ani mineralnych”. Kolejne analizy przeprowadził w latach 1954 i 1963 prof. Francisco Camps Ribera, który nie odnalazł „śladów pędzla, ani świadectw, by tkanina została zagruntowana”.
„Positio” wspomina też o opublikowanej w 1974 r. książce Carlosa Salinasa „Juan Diego w oczach Najświętszej Maryi z Guadalupe”. Salinas powiada, że „płótno zostało zbadane przez okulistów, którzy udowodnili, że oczy Matki Boskiej wiernie oddają cechy oczu ludzkich”. Kolejną książkę na ten temat – „Oczy Matki Boskiej z Guadalupe” – opublikował w 1981 r. José Auste Tosmann. Relacjonuje on badania komputerowe, dzięki którym „odkryto w oczach la Virgen sylwetki postaci ludzkich – grupę duchownych, postać ciemnoskórej kobiety oraz samego Juana Diego”.
Jednak według dwóch artykułów opublikowanych w maju przez tygodnik „Proceso”, przed 20 laty analizę wizerunku przeprowadził także konserwator zabytków José Sol Rosales, wypowiadając się na jego temat jednoznacznie: nie jest on wynikiem cudu, lecz został namalowany ręką ludzką z użyciem standardowych materiałów i techniki charakterystycznej dla okresu, w którym powstał. Rosales kwestionuje wszystkie elementy mitu. Iluzoryczne jest według niego przekonanie, że wizerunku nie dotknął upływ czasu – świadkowie obecni przy oględzinach mówią o widocznych uszczerbkach, on sam zaś odkrył retusze maskujące ubytki farby oraz ślady pędzla. Twierdzi, że obraz został wykonany na zagruntowanym płótnie, wbrew dawnemu przekonaniu, że odbił się na surowej tkaninie. Rosales podważył też koronny dowód na jego cudowne pochodzenie, wedle którego w źrenicach Matki Boskiej dostrzec można klęczącą postać Juana Diego: „przy zastosowaniu dużych powiększeń obraz rozpada się na mnóstwo bezładnych punktów, które można interpretować wedle uznania, a przy odrobinie wyobraźni można w źrenicach la Virgen dopatrzeć się 30 postaci”.
Schulenburg, na którego prośbę studium zostało przeprowadzone, przesłał raport komisji do Watykanu, „Positio” nie wspomina jednak o nim ani słowem. Szczegóły historii, wraz z korespondencją Schulenburga z najwyższymi hierarchami Kościoła, przedstawia natomiast wydana właśnie książka ks. Manuela Olimona Nolasco „La búsqueda de Juan Diego” („Poszukiwanie Juana Diego”).
W maju 2000 r., gdy proces kanonizacyjny był już zaawansowany, Schulenburg wraz z grupą duchownych i naukowców skierował do Watykanu kolejne pismo, ostrzegając przed kanonizacją „postaci, której historyczne istnienie było zawsze kontrowersyjne i które to wątpliwości ostatnio przybrały na sile”. Odpowiedzią było milczenie, reakcją zaś Prymasa Rivery było wydalenie z Bazyliki ks. Carlosa Warnhol-tza – jednego z sygnatariuszy listu. Warnholtz wyjaśnił wówczas, że „miał szczęście (lub pecha) zobaczyć z bliska szatę Juana Diego, gdy dokonywano jej analizy i przestał wierzyć, by wizerunek Matki Boskiej był wynikiem cudu”. Zastrzegł jednak, że „by zapobiec duchowemu kryzysowi wiernych zachowa milczenie i nigdy nie poczyni żadnych publicznych komentarzy na ten temat”. Prymas Rivera pozostał jednak nieugięty i mimo uniżonych suplik Warnholtza nie przywrócił go do służby kapłańskiej w Bazylice.
Rzecznik prasowy Prymasa, Guillermo Ortiz, poproszony przeze mnie o komentarz na temat informacji ogłoszonych przez „Proceso”, odparł, że „nie przeprowadzono żadnych badań” i „nie jest możliwe, by wizerunek Matki Boskiej został namalowany ręką ludzką”. Zwróciłem się zatem z prośbą o wyjaśnienia do Sol Rosalesa, autora kwestionowanych przez kurię analiz, który w pełni potwierdził wersję ogłoszoną przez tygodnik i dodał, że raport został przekazany Bazylice oraz opublikowany przez Leoncio Garzé Valdéza w książce „La Virgen del Tepeyac”.

Badania przez szybę

Postawa meksykańskiego Kościoła budzi konsternację. Jego zabiegi w procesie kanonizacyjnym koncentrowały się na manipulowaniu pozorami spójności mitu Juana Diego i tłumieniu głosów sceptycznych, rodzących się w końcu nie w gronie cynicznych ateistów, ale wśród historyków i księży. Próbowano zachować pozory obiektywizmu, ale – co dla Meksyku charakterystyczne – nie zadbano o wiarygodność.
Pod koniec lat 90. do Meksyku przybył konsultant historyczny Watykanu, Fidel González Fernández, który powołał komisję mającą zbadać historyczny aspekt mitu. Jej członkami zostali najbardziej zagorzali zwolennicy kanonizacji Juana Diego, a ci, którzy wskazywali na nieścisłości legendy, nie zostali o dochodzeniu powiadomieni. Komisja nie przeprowadziła analizy wizerunku la Virgen, co powinna była zrobić w pierwszej kolejności, jeśli powątpiewano w kwalifikacje Rosalesa. Uznano, że Rosales się myli, zadowoliwszy się kontemplacją obrazu przez szybę, z intencją raczej dewocyjną niż analityczną.
Choć w książce prymasa Rivery można znaleźć rozdział, którego tytuł zapowiada reakcję na sporne kwestie, to szukać jej tam próżno. Wypełniają go ogólniki, wskazujące na istnienie „niewielu księży wątpiących w objawienie”, wobec których Prymas wyraża swe „politowanie”. Nie tylko nie odpowiada na argumenty owych „niewielu księży”, ale nawet o nich nie wspomina, choć we własnej książce mógł je przecież obalić. Podobną wątpliwość można mieć wobec postępowania Sola Rosalesa: dlaczego w odpowiedzi na wieloletnie milczenie Watykanu nie ogłosił wyników swych badań? On sam powiada, że zrobił „to samo, co lekarze, którzy nie opowiadają na prawo i lewo o chorobach pacjentów”. Wyjaśnienie wątpliwe, bo chodzi w końcu o fakty dotyczące kultu, które jego wyznawcy mają prawo znać.

Reakcja wiernych

A jak na toczący się spór zareagowali wierni? Także oni zignorowali tezy kwestionujące największe tutejsze świętości. Artykuły w „Proceso” nikogo nie zbulwersowały, nie doprowadziły do przewidywanego przez ks. Warnholtza kryzysu duchowego, nikogo nie skłoniły nie tylko do protestów przeciw brukaniu świętości, ale nawet do zwyczajnej dyskusji. Jednym słowem, nie stało się w Meksyku absolutnie nic. Przyczyną mogły być kościelne naciski na media, którym te uległy już wtedy, gdy zaczęło się mówić o seksualnych nadużyciach księży – przestraszone pogróżkami, niemal tę kwestię przemilczały. Bardziej przekonujące wydaje się jednak wyjaśnienie odwołujące się do meksykańskiej kultury.
Bohater pewnej powieści meksykańskiej pisarki Eleny Poniatowskiej narzeka, że „w Meksyku wykształcenie jest oznaką pretensjonalności”. Meksykanie są w istocie jednym z najsłabiej wykształconych społeczeństw świata i choć nie to jest bezpośrednią przyczyną braku reakcji na ogłoszone rewelacje, to oba zjawiska mają swe źródło w powszechnej tu pogardzie dla najdelikatniejszego nawet scjentyzmu.
Dla Meksykanina wyłączną podstawą wszelkich przekonań są emocje: jeśli tak postanowi, to będzie wierzył w cudowny charakter wizerunku la Virgen bez względu na doniesienia naukowców. Nie ma powodu, by przyjmował je „na wiarę”, nie kwestionując ich rzetelności. Prawdziwie jednak zadziwia, że w Meksyku sprzeczności między legendą a argumentem przeciw niej w ogóle się nie zauważa.
Artur Schopenhauer w „Erystyce” ironicznie doradza dyskutantom i polemistom, by wyczerpawszy wszelkie przytoczone przez niego nieuczciwe argumenty, zwymyślać przeciwnika. Ani zwolennicy, ani przeciwnicy kanonizacji nie dysponują argumentami konkluzywnymi. Jednak fakt, że pierwsi autorytarnie pozbawili głosu drugich, czyni z tej kanonizacji manifest niepokojących poglądów – przekonania, że prawda wspiera się na autorytecie, a rozwiązanie dyskusji może się dokonywać wedle zasad bliskich tym, które wyłożył Schopenhauer. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 31 (2769), 4 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl