W mieście jak na łące

Agnieszka Sabor



Był czerwiec, rok 1997. Do Krakowa przyjechała grupa zachodnioeuropejskich architektów – po to, by znaleźć tu inspirację dla działalności prowadzonej w przestrzeniach równie historycznych, ale zniszczonych wojną i budowanych potem zupełnie na nowo. W Krakowie chcieli znaleźć ożywczego ducha trwałości, który mogliby wszczepić w nowoczesną architekturę Berlina, Rotterdamu czy Mannheim. Po tygodniu uznali swą przygotowywaną długo podróż na Wschód zarówno za fascynującą przygodę, jak i za zawodową pomyłkę – nie dlatego, aby miasto im się nie spodobało. Przeciwnie: uznali je za piękne, ale doskonale skończone już dawno temu i nie pozostawiające żadnych twórczych możliwości dla współczesnych. Pięknym, romantycznym historyzmem (a i pewną niedogodnością w realizowaniu własnego programu) wydawała im się także mająca nastąpić w najbliższych dniach wizyta Jana Pawła II w jego dawnej stolicy arcybiskupiej. Mieli nawet pretensje do organizatorów o to, że obydwa terminy zbiegły się w czasie: przecież nie interesuje ich polityka, tylko architektura. Ale na krakowskie Błonia ruszyli wraz z tłumami rozgorączkowanych pielgrzymów bladym świtem.

Tajemnica przestrzeni

I spotkanie z Papieżem na wielkiej łące pośrodku miasta – z widokiem na wyrastający z zieleni Kopiec Kościuszki i Lasek Wolski po jednej stronie, a na wieże kościoła Mariackiego, secesyjne kamienice Talowskiego i monumentalny gmach Muzeum Narodowego po drugiej, z implantem banalnego, Hotelu Cracovia i zarośniętym stadionem najstarszego klubu sportowego w Polsce w tle – stało się dla nich niezwykłym doświadczeniem nowoczesności tego nieco poszarzałego w PRL-u, ale przecież, jak twierdzili, „całkowicie skończonego już w wieku XVI” miasta. Doświadczeniem zapisanego w przestrzeni duchowego rozwoju, którego aktem kulminacyjnym było właśnie to spotkanie krakowian z „zagubionym w Rzymie” krakowianinem – nie pierwsze przecież, bo Msze papieskie odbyły się na Błoniach już wcześniej w roku 1979 (tysiąc lat po męczeństwie św. Stanisława) i 1983 (kiedy kanonizował o. Rafała Kalinowskiego i Brata Alberta); w tym samym miejscu powitano go tłumnie także w 1987 w drodze na Mszę, którą miał odprawić w katedrze wawelskiej.
Wtedy, 8 czerwca 1997 roku Jan Paweł II pokazał kilku zachodnim architektom duchowy sens przestrzeni. Tłumaczony dość nieporadnie, bardziej gestem niż słowem, przez sąsiadów z koca rozłożonego na zgniecionej tysiącami kroków trawie: „Ta królowa, o której mówi Ojciec Święty, pochowana jest na Wawelu, nie widać stąd katedry, ale ona jest tam, za rogiem. Jak staniecie na wzgórzu i spojrzycie w stronę rzeki, zobaczycie góry, tam była węgierska granica – i ona stamtąd właśnie przyjechała. Odwróćcie głowy, uniwersytet, na którym ufundowała teologię stoi niedaleko tamtych trzech wież”. Potem Papież powiedział kilka słów po łacinie, w tej przestrzeni, z tym przygodnym komentarzem nieznajomego pielgrzyma jakby bardziej zrozumiałych: „Ergo, felix Cracovia / Sacro dotata corpore / Deum, qui fecit omnia / Benedic omni tempore”. Po Mszy wolno pustoszejące Błonia zaczęły ukazywać zbitą, gliniastą ziemię. „To nic, trawa szybko odrasta, zdąży się zazielenić, zanim Papież wróci” – powiedział łamaną niemczyzną przypadkowy tłumacz do jednego z architektów, pakując koc do plecaka. To radosne, bardzo dosłowne zdanie wydało się architektom wielką metaforą – odkryli ciągłość i kontynuację, których tak długo nie potrafili zauważyć w tej przestrzeni. Ale już wiedzieli, że dosłowność i metafora wcale nie muszą pozostawać w sprzeczności.

Od trędowatych do lotników

A dowodem na to są właśnie Błonia: kawałek wsi w centrum dużego miasta, łąka, która jest jednocześnie rynkiem, miejsce pikników, ale i duchowego uniesienia, przestrzeń codzienna (gdy okoliczni mieszkańcy przychodzą tu na spacer z dziećmi lub gdy przebiegają przez środek łąki, goniąc uciekający tramwaj), weekendowa (gdy startują stąd kolorowe balony, by ruszyć w drogę nad miasto lub gdy trwa właśnie kolejny międzyszkolny konkurs dla grup sanitariuszy), ale i najdonioślej – papiesko-świąteczna. Tak było w tym miejscu zawsze: smutek mieszał się z radością, intymność z paradą, gwar ze skupioną ciszą. Krakowskie opowieści mówią, że dawno, dawno temu umieszczano w tych okolicach chorych na trąd – na tyle daleko od miejskich i zamkowych murów, że nie stanowili oni zagrożenia dla innych, na tyle jednak blisko, że nie odczuwali aż tak boleśnie swej samotności. Dowodów na to, że leprozorium znajdowało się na Błoniach, nie ma. Może to zresztą tylko plotka sprzed wieków? Wiadomo na pewno, że wielka (o wiele większa niż dzisiaj) łąka należała do norbertanek z klasztoru na pobliskim Zwierzyńcu, i że zakonnice przez długie wieki wiodły o nią spór z krakowską radą miejską. Konflikt rozpoczął się w 1366 roku, gdy klasztor oddał Błonia rajcom miejskim w zamian za kamienicę przy ulicy Floriańskiej, zachowując jednak dla siebie i dla swoich poddanych prawo wypasu bydła na tym ogromnym pastwisku. Pech jednak chciał, że w kilka lat po tej transakcji kamienica spłonęła. Norbertanki, teraz niefortunne właścicielki pogorzeliska, poczuły się pokrzywdzone. Wielokrotnie interweniowały u króla, ba, nawet w Stolicy Apostolskiej – bezskutecznie. Błonia pozostały własnością miasta. Śladem tego wielowiekowego sporu były jeszcze niedawno pasące się spokojnie na Błoniach, nie reagujące na zgiełk panujący na pobliskiej Alei Focha krowy mieszkańców Zwierzyńca, którym umowa z XIV wieku do dziś gwarantuje ten przywilej.
Na wielkim pastwisku królewskiego miasta miały miejsce dziejowe wydarzenia. W 1254 roku witano tu posłów przywożących z Rzymu bullę kanonizacyjną św. Stanisława. W 1809 świętowano, ciesząc się wolnością, imieniny Cesarza Francuzów – książę Józef Poniatowski i generał Henryk Dąbrowski przyjmowali paradę wojsk Księstwa Warszawskiego. W kilkadziesiąt lat później odbywały się już w tym miejscu zupełnie inne parady – austriackiej armii, tej samej, która okupowała zamek na Wawelu. Nie przeszkadzało to oczywiście ani futbolistom (nie bez powodu Błonia dzielą dziś stadiony zwaśnionych od stu lat klubów: „Cracovii” i „Wisły”, skoro pierwszy mecz piłki nożnej w Krakowie rozegrano właśnie tutaj w 1894 roku) ani... lotnikom (z Błoń wystartował w 1910 roku pierwszy w Krakowie samolot).
A potem przyszła niepodległość, której pierwszym, nieśmiałym zwiastunem była świętowana na Błoniach 500. rocznica bitwy grunwaldzkiej. A kiedy fetowano na Błoniach 250. rocznicę Wiktorii Wiedeńskiej, rewię kawalerii przyjmował sam Józef Piłsudski. Być może myślał wtedy o widocznej z Błoń ulicy Oleandry, skąd 6 sierpnia 1914 roku, gdy w pobliżu rzeczywiście płynęła jeszcze obrośnięta oleandrami Rudawa, wychodziła w bój I Kadrowa pod wodzą Tadeusza Kasprzyckiego, do której niebawem miał dołączyć przyszły Marszałek.

„Dostałeś za mnie”

Na rozległej łące rozgrywały się też pojedyncze, ludzkie losy. Tutaj w 1901 roku popełnił samobójstwo znany komediopisarz Michał Bałucki Nie wiadomo, czy postanowił odebrać sobie życie załamany napastliwą recenzją ze swoich „Blagierów”, napisaną przez Lucjana Rydla, czy też były jakieś inne, nieznane nam powody.
Z Błońmi wiąże się też dramatyczny epizod z historii naszego pisma i jego związków z przyszłym Papieżem. 21 grudnia 1977 roku, około godziny 23 ks. Andrzej Bardecki wracał z kolacji u kardynała Wojtyły. Rozmawiali o ostatnich wydarzeniach w „Tygodniku”, który został właśnie oskarżony o to, że z poduszczenia metropolity krakowskiego „zmanipulował” przemówienia wygłoszone podczas wizyty Gierka u Pawła VI, drukując tylko ich obszerne fragmenty (wywołało to serię propagandowych ataków i pełnych agresji anonimów, adresowanych zarówno do redakcji, jak i jej Protektora z ul. Franciszkańskiej). Noc była pogodna, więc asystent kościelny „TP” postanowił pójść jeszcze na krótki spacer na Błonia. Gdy wracał już do domu, zobaczył dwóch mężczyzn w nasuniętych na oczy kaszkietach. „Jeden z nich zapytał, która godzina – wspominał ks. Bardecki w swojej książce „Zawsze jest inaczej”. – Niczego nie podejrzewałem, a ponieważ światła uliczne już były pogaszone, ale świecił księżyc, więc trzymając teczkę w lewej ręce, prawą odchyliłem rękaw, by spojrzeć na zegarek. Nie pamiętam, czy zdążyłem powiedzieć, że dochodzi północ. W tym momencie otrzymałem bardzo silne uderzenie w prawą skroń, tak, że choć nie upadłem, to mnie ogłuszyło i potem, jak pamiętam, otrzymałem całą serię uderzeń w głowę i twarz. W tym momencie film mi się urwał. Trwało to jakiś czas, nie wiem, chyba niedługo. Kiedy otworzyłem oczy, stwierdziłem, że leżę na chodniku, beret zleciał mi z głowy, a ci dwaj mężczyźni stoją obok. Nic nie mówią. Nikogo nie było, wokół pusto. Krzyczeć nie mogłem, bo byłem kompletnie odurzony, w szoku. Jakoś wstałem i w tym momencie dostałem drugą serię uderzeń. I znowu film się urwał”. Skatowanego człowieka uratowało głośne szczekanie psa. Karol Wojtyła przyszedł, gdy tylko dowiedział się o zajściu. Wysłuchawszy relacji księdza Bardeckiego powiedział: „Ty dostałeś za mnie”.

Znak nieobecności 

15 czerwca 1999 roku Jan Paweł II miał odprawić na Błoniach kolejną Mszę. Pomimo deszczu gigantyczna łąka wypełniła się, jak zwykle, po brzegi. Szacuje się, że przyszło półtora miliona ludzi. O 8.30 rzecznik prasowy Watykanu ogłosił lapidarny komunikat: „Od wieczornych godzin wczorajszego dnia (...) Ojciec Święty ma nieco podwyższoną temperaturę, prawdopodobnie na tle wirusowym. Z tego powodu poradzono mu, aby odwołał wszystkie zajęcia przewidziane na dzisiejszy dzień. Ojciec Święty spędzi go w swojej rezydencji w arcybiskupstwie krakowskim”. Organizatorzy obawiali się, jak zareaguje na tę wiadomość nieprzewidywalny przecież tłum, który przyszedł właśnie po to, aby spotkać się z Papieżem? Czy ulegnie jakiejś niebezpiecznej, zbiorowej histerii? A może mokre, zimne Błonia szybko i wstydliwie opustoszeją? Czy dojdzie do jakichś zamieszek – tu albo pod Kurią?
Gdy nad Krakowem zapadła nagle przerażona, zdezorientowana cisza, do mikrofonu podszedł ksiądz Grzegorz Ryś i powiedział: „Otrzymaliśmy trudny znak. Znak nieobecności”. I pielgrzymi zrozumieli tę nieobecność – zaczęli się modlić tak, jakby Papież był z nimi obecny fizycznie. Celebrze przewodniczył kard. Angelo Sodano, a homilię Papieża odczytał kard. Franciszek Macharski. Jeszcze w jej trakcie owację wywołała wiadomość, że Jan Paweł II śledzi wydarzenia za pośrednictwem telewizji.
Minęły trzy lata. Trawa na Błoniach odrosła. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 31 (2769), 4 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl