A mój syn


Rodzina i sprawiedliwość

JACEK PODSIADŁO



A mój syn, jego ciocia, jej córka, wujcio tejże i parę jeszcze osób wracali wczoraj ze spaceru. Idąca naprzeciw kobieta ostrzegła nas: „Proszę uważać, tam jakiś bandyta wyrzuca z balkonu różne rzeczy, pewnie awantura rodzinna”. Okrążyliśmy wskazany balkon szerokim łukiem. I wtedy zobaczyliśmy bandytę. Bandyta miał dwa latka z hakiem i właśnie wspinał się na krzesełko na balkonie ze szklanką w ręku. Zamachnął się rączką i szklanka wylądowała na chodniku. Na szczęście była nietłukąca. Na szczęście balkon był na parterze. Na szczęście krzesełko było niskie i dziecko nie mogło wypaść. Podeszliśmy bliżej. Chodnik usłany był szklankami, sztućcami, kosmetykami, fragmentami miksera, mnóstwem zabawek, książkami, ubraniami, no, po prostu wszystkim tym, co ludzie zwykle mają w mieszkaniach. Ilość przedmiotów świadczyła o tym, że zabawa musiała już trwać ze dwie godziny, dwulatek nie chodzi szybko. „O, nawet marchewkę wyrzucił” – zdziwił się mój syn. Zaś jego ciocia nie czekając, aż malec wyciepnie telewizor lub wieloletnie oszczędności, przystąpiła do pertraktacji. „Gdzie mama?” – pytała, a dziecko odpowiadało z ukontentowaniem: „Mama! Mama!” Potem poszło sobie, po chwili wróciło i szczerząc zęby ze szczęścia rzuciło w nas cebulą. Uznaliśmy, że dziecko pozostawiono bez opieki i zaczęliśmy rozważać możliwości zabezpieczenia porozrzucanych dóbr. Tymczasem ciocia mojego syna nie ustawała w wysiłkach. „Gdzie mama? Zawołaj mamę!” „Mama!” – powtórzyło dziecko i znikło w pokoju. Wreszcie na balkonie pojawiła się zbudzona naszymi okrzykami mama. Przetarła zaspane oczy i uroczo się przeciągnęła. No i spojrzała w dół. Mimo, że zasnęła zostawiając dziecko samemu sobie, przypuszczam, że była dobrą matką, bo uśmiechnęła się, choć blado, na widok pobojowiska w dole. Ponieważ nie wyglądało na to, że będzie bić winowajcę, oddaliliśmy się w swoją stronę.
A czytelnik „Tygodnika”, który poprosił o dyskrecję w kwestii nazwiska, tak odniósł się do moich felietoników: „Wydaje mi się, że brak w nich tej nutki w tonacji rodziny. Chodzi mi o to, że wart uwagi jest temat ojcostwa – w Polsce bowiem to matki są kreowane na super rodzica. Nie chodzi mi tu o jakąś akcję. Też jestem szczęśliwym rodzicem, ale często widzę, ile trudności mają inni ojcowie, którym byłe żony utrudniają sprawowanie opieki nad dzieckiem. To koszmar, bo w sądach siedzą głównie sędziny, które raczej obiektywne być nie mogą – czy w ogóle istnieje obiektywizm? (...) Ten nasz kraj, gdzie głównie przebijają się handlarze (tzw. marketing) i byli absolwenci WUML-u, to już rozpacz, stąd może rodzina ma jeszcze szanse walczyć – tylko skąd na to wszystko pieniądze poznajdować? I dlatego wiara, duch walki ze słów popłynąć może – dlaczego nie z Pana felietonów?”
Już wyjaśniam, dlaczego. Choć „duch walki” to termin z bliskiej mi nomenklatury, nie wydaje mi się, aby był ów duch szczególnie przydatny w życiu rodzinnym, nawet gdy chodzi o tzw. rodziny rozbite. Temat dyskryminacji mężczyzn w sądach został już wielokrotnie omówiony i nie wierzę, żeby wobec takiego nagromadzenia niesprawiedliwości i głupoty, z jakim mamy do czynienia w polskich sądach, słowo mogło wiele zdziałać. Jak zwykle dysponuję tu własnymi doświadczeniami, bo w sądach, także rodzinnych, bywałem, bo sami wiecie, że gdzie to ja już nie bywałem. Jak pierwszy raz byłem w sądzie rodzinnym, a więc w sprawie właśnie rodzinnej: delikatnej, osobistej, może nawet intymnej, to pierwszym pytaniem sędzi było, czy mam zamiar nagrywać przebieg rozprawy. Bo w aktach stało napisane, że jestem dziennikarzem radiowym, więc spodobało jej się tak zapytać. A zaprotokołowania jej własnego zwrotu: „Proszę odpowiadać na pytania, a nie filozofować”, musiałem domagać się pięć razy. Przecież gdyby nie to, że gdy idzie o sprawy rodzinne, od razu staję się święty, dałbym jej po łapach kodeksem prawa rodzinnego, a już kodeksem dobrego wychowania to na pewno. A jak poszedłem do sądu domagać się po miesiącu z górą odpisu wyroku, który sąd miał obowiązek przesłać mi po tygodniu, to nie mogłem się dostać do gabinetu przewodniczącej czy tam naczelnik wydziału rodzinnego, bo była bardzo zajęta. A jak już wdarłem się do tego gabinetu bez pozwolenia, to była bardzo zajęta, bo piła kawę i paliła papierosa. Na pytanie, dlaczego nie dostałem tego odpisu, władczyni życia rodzinnego w mieście O., której nazwiska niestety nie pamiętam, bo na szczęście czym prędzej wymazałem je z pamięci, zionęła w moją stronę aromatycznym dymem i wyjaśniła, że zatrudnili nową maszynistkę, która bardzo powoli uczy się pisać. Słowo honoru, tak powiedziała. Obiektywnie muszę przyznać, że nóg na stole nie trzymała. I jaka tu wiara może popłynąć ze słów? Że minister sprawiedliwości sprawi, że w sądach zatrudniać się będzie jako maszynistki osoby umiejące pisać na maszynie? Albo że ławnicy nie będą spać podczas rozpraw? Wielokrotne wizyty w sądach tzw. Rzeczypospolitej nauczyły mnie, że ławnik to człowiek, który do perfekcji opanował sztukę drzemania w ławie. To prawdziwy fenomen biologiczny: nie chrapią, nie spadają ze stolców, a drzemią. A czy można wierzyć w sprawiedliwość w kraju, w którym ministrem sprawiedliwości jeszcze niedawno był Jerzy Jaskiernia? A gdyby była sprawiedliwość na tym świecie, to czy ludzie stanowiący np. polskie prawa adopcyjne nie byliby już dawno ukarani za znęcanie się nad dziećmi? Dużo jeszcze takich pytań można by postawić, ale wątpię w ich celowość, choć jestem przeciw płaceniu ławnikom za spanie. Bo nie widzę większych szans na instytucjonalną pomoc państwa rodzinie w kraju, gdzie tzw. „polityka prorodzinna” od lat oznacza promocję wielodzietności. Która to wielodzietność mnie osobiście jak najbardziej się podoba, bo w ogóle fajnie jest żyć w dużej rodzinie, wielopokoleniowej i wielociotkowej, choć z dzieciństwa w Kieleckiem pamiętam, że jak ktoś powiedział, iż „Antka kobity śwagra brat” coś zrobił, to trudno było pojąć, o kim właściwie mowa. Ale przecież nie jest automatycznie tak, że duża rodzina = dobra rodzina. Rzadko też jest tak, że ktoś może pomóc rodzinie, która nie potrafi pomóc sobie sama. Częściej już mogą pomóc pieniądze, ale jeszcze żadna porządna rodzina nie rozpadła się z samej tylko biedy. To, co mnie najbardziej przeraża, to uznawanie za normalną sytuacji, w której mama wychowuje, a tata zabiera raz na tydzień na bardzo duże lody (bo odwrotnie praktycznie się nie zdarza). Podobno w Stanach więcej dzieci żyje bez naturalnych ojców niż z nimi. Jestem przekonany, że w tej dziedzinie dogonimy Amerykę szybciej niż w jakiejkolwiek innej. Wierzę, że każdy dorosły ma taką rodzinę, jaką sobie sam założył. Że niesprawiedliwość sądów bywa sprawiedliwością losu. Inna wiara jakoś mi dzisiaj nie chce popłynąć z felietonu.

podsiadlo@atol.com.pl
skr. poczt.32, 45-067 Opole1.


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 31 (2769), 4 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl