Imperium kontratakuje

Wojciech Maziarski



Niezależnie od tego, kto w danej chwili sprawował władzę, motto całej polskiej transformacji po upadku komunizmu brzmiało niezmiennie: „Mniej państwa, więcej wolności”. Ostatnio jednak coś się zaczęło psuć. Czy nowa elita, wyłoniona w zeszłorocznych wyborach, zamierza odwrócić wektor zmian? Czy teraz będzie więcej państwa, a mniej wolności?


Ten sondaż przyniósł wstrząsające wyniki i aż dziw bierze, że szum wokół nich trwał tylko kilka dni. „Jak polska gospodarka wyszła na prywatyzacji?” – zapytał OBOP, a 87 proc. badanych odparło, że źle. Zdaniem 78 proc. Polaków w prywatne ręce sprzedano za dużo firm, a 69 proc. badanych stwierdziło, że państwo powinno ponownie nacjonalizować firmy, które popadły w kłopoty. Te zdumiewający wyniki ogłoszono niemal dokładnie w rocznicę czerwcowych wyborów 1989 r.: 13 lat po rewolucji lud stwierdził, że zburzenie Bastylii było błędem.

Koniec państwowej okupacji

Zanim pod koniec lat 80. system socjalizmu ostatecznie się załamał, Polacy żyli w świecie totalnie upaństwowionym. Państwo wżarło się we wszystkie tkanki organizmu społecznego; nie pozostawiało miejsca na indywidualną i grupową wolność, na obywatelską autonomię, na przedsiębiorczość i gospodarczą suwerenność ludzi. Państwo-monstrum, państwo-nowotwór, państwo-okupant. Przełom, którego symbolem były wybory 4 czerwca, oznaczał rozpoczęcie procesu rugowania państwa z zawłaszczonych przez nie obszarów życia społecznego, politycznego i gospodarczego. Dokonywane po 1989 roku przemiany własnościowe oraz reformy prawa, a także zmiany standardów i obyczajów politycznych mniej lub bardziej konsekwentnie zmierzały do odbudowy suwerenności jednostek, grup i całego społeczeństwa. Ludzie stopniowo odzyskiwali prawo do podejmowania samodzielnych decyzji, bez oglądania się na wolę państwa i bez proszenia o zgodę reprezentujących go urzędników.
W pierwszej kolejności zlikwidowano nadzór nad życiem politycznym i debatą publiczną. Obywatele zyskali swobodę zakładania partii i organizacji społecznych, wywalczyli wolność słowa, znikła cenzura. Pojawiły się media prywatne, zaś nad publicznymi rozpostarto parasol Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, który miał je chronić przed ingerencją ze strony rządu (inna sprawa, na ile okazało się to skuteczne). Państwo zostało wyrugowane z rynku prasy – zachowuje dziś udziały mniejszościowe tylko w „Rzeczpospolitej”, zresztą nie wiadomo po co.
Rozbito państwowy monopol edukacyjny oraz zlikwidowano nadzór nad życiem kulturalnym i naukowym. Dziś obywatele mają swobodę wyboru ścieżek edukacyjnych, od szczebla przedszkolnego po uniwersytecki. W życiu kulturalnym państwo pozbawiono prawa do recenzowania i faworyzowania lub dyskryminowania przedsięwzięć obywateli.
Milowym krokiem w kierunku obywatelskiej emancypacji było utworzenie samorządów terytorialnych, dzięki którym społeczności lokalne zyskały możliwość samodzielnego podejmowania decyzji w wielu sprawach bezpośrednio ich dotyczących. Samorządy oczywiście są częścią składową ustroju, jednak logika ich funkcjonowania jest odwrotna w stosunku do tej, którą reprezentowały peerelowskie Rady Narodowe: nie są instytucją służącą państwu do transmitowania jego woli w dół, lecz przeciwnie – dzięki nim wola społeczności lokalnych awansuje do rangi oficjalnej decyzji państwowej.
Obok samorządów pojawiły się organizacje pozarządowe, dobrowolnie powoływane przez ludzi dla załatwienia spraw, które wcześniej często leżały w gestii państwa. Współpraca tych organizacji z samorządami tworzy tkankę społeczeństwa obywatelskiego, które w swym codziennym funkcjonowaniu obywa się bez państwa.
W ostatnich latach ograniczono rolę państwa w dziedzinie świadczeń emerytalnych i w ochronie zdrowia. Stworzenie systemu funduszy emerytalnych i kas chorych oznaczało, że państwo wycofuje się z ręcznego sterowania tymi dwoma sferami, dopuszcza w nich udział podmiotów prywatnych i akceptuje konkurencję.

Upadek komunizmu, czyli prywatyzacja

Najpoważniejszym jednak zadaniem po 1989 r. było wyzwolenie się społeczeństwa spod państwowej dominacji w sferze ekonomiki. W tym celu nie wystarczyło zezwolić obywatelom na swobodne podejmowanie działalności gospodarczej. Trzeba było skłonić państwo, by nie ingerowało w przebieg spontanicznie zachodzących procesów rynkowych i by zdecydowało się na sprywatyzowanie majątku, pozostającego w jego rękach. Trzeba było też sprawić, by złotówka stała się pieniądzem z prawdziwego zdarzenia.
Przełomu w tej dziedzinie dokonał pierwszy rząd III RP, który po prostu dał obywatelom święty spokój i pozwolił im dorabiać się w sposób, który sami uznają za najlepszy. Państwo świadomie prowadziło politykę samoograniczania się i nieingerowania w przebieg procesów rynkowych. „Najlepszą polityką przemysłową jest brak polityki przemysłowej” – to hasło ministra przemysłu Tadeusza Syryjczyka oddaje ducha tamtej epoki. Wycofanie się państwa wystarczyło, by ulice z dnia na dzień zapełniły się straganami, a upaństwowioną gospodarkę niedoboru w mgnieniu oka zastąpiła rynkowa gospodarka nadmiaru.
Wkrótce potem ruszył proces sprzedawania prywatnym właścicielom majątku państwowego, w tym przedsiębiorstw. W prywatnych firmach pracuje już dwie trzecie zatrudnionych Polaków. Czym jest polska prywatyzacja? Czy jest – jak chce prof. Zdzisław Sadowski – „posunięciem ekonomicznym, a nie ideologicznym, i powinna przede wszystkim zapewnić efektywność ekonomiczną” („Gazeta Wyborcza” z 11 czerwca 2002 r.)? To oczywiście prawda, że prywatne przedsiębiorstwa są efektywniejsze od nieprywatnych. Nie ma jednak racji prof. Sadowski, gdy twierdzi, że do tego sprowadza się sens prywatyzacji. W Polsce na przełomie XX i XXI stulecia prywatyzacja jest czymś więcej niż zwykłym zabiegiem ekonomicznym, zapewniającym efektywność gospodarowania. Jest elementem pokojowej, rozciągniętej w czasie rewolucji, przywracającej obywatelom ich indywidualną i zbiorową suwerenność w obliczu państwa i wydzierającej temu państwu obszary, które zawłaszczyło ze szkodą dla społeczeństwa.
Wiele osób jest przekonanych, że prywatyzacja to skutek zmiany systemu po 1989 r. W istocie jednak prywatyzacja i upadek komunizmu to synonimy, dwie różne nazwy tego samego procesu przemian, ogarniającego nie tylko sferę gospodarczą, lecz całokształt życia społeczeństwa i jego relacji z państwem. Przemiany te wyrażają się w haśle „Ma być mniej państwa, a więcej wolności”. Od 1989 roku było to motto polskiej transformacji, niezależnie od tego, kto w danej chwili sprawował władzę.
Aż do tego roku. Ostatnio bowiem coś się zaczęło psuć. Czy nowa elita, wyłoniona w zeszłorocznych wyborach, zamierza odwrócić wektor zmian? Nikt tego oficjalnie nie powiedział, ale w ciągu ostatnich kilku miesięcy pojawiło się sporo niepokojących działań i wypowiedzi polityków obozu rządzącego. Szczególnie niepokoi właśnie nagromadzenie tych faktów, które stanowią sygnał ostrzegawczy: zachowajcie czujność i bądźcie gotowi bronić wywalczonych swobód, bo imperium kontratakuje.

Państwo chce odzyskać kontrolę

Widać to wyraźnie w działaniach ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego, który w prostych felczerskich słowach oświadczył, że zamierza „odzyskać kontrolę” nad systemem służby zdrowia i zlikwidować niezależne od państwa kasy chorych. Na razie, póki kasy jeszcze istnieją, minister wystąpił do Sejmu o prawo do mianowania członków ich rad – i Sejm mu to prawo przyznał. Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy skierował sprawę do Trybunału Konstytucyjnego. „Kasy chorych to samorządne wspólnoty obywateli, w których najważniejszym organem jest rada – tłumaczył szef tego związku Krzysztof Bukiel. – Ogranicza się samorządność społeczności lokalnej tworzącej kasę i pozbawia się ją kompetencji – bo to nie ona, ale minister powołuje radę kasy. To tak jakby rady powiatów powoływał minister administracji” („Gazeta Wyborcza” z 10 lipca 2002 r.).
Najbardziej zdumiewające jest to, że Mariusz Łapiński sprawia wrażenie, jakby rzeczywiście nie pojmował, iż utworzenie autonomicznych, oddzielonych od państwa kas chorych było celowym zabiegiem, nie zaś przypadkowym błędem reformatorów. Właśnie o to chodziło, by minister nie miał „kontroli nad systemem” i by ten system był oddzielony od państwa i jego organów władzy...
Konflikt wokół kas chorych można by uznać za przypadek i złożyć na karb trudnej osobowości i braku kwalifikacji ministra. Jednak dokładnie ten sam problem zarysował się w relacjach pomiędzy rządem a Narodowym Bankiem Polskim i Radą Polityki Pieniężnej. Dwa konflikty tej samej natury nie mogą już być przypadkiem.
Abstrahujmy od pretensji dotyczących stóp procentowych czy kursu złotówki, oraz od sztubackich psikusów, w rodzaju pozbawienia prezesa NBP Leszka Balcerowicza rządowej ochrony czy zapowiedzi obniżenia pensji członków RPP. Te żenujące złośliwości świadczą wprawdzie o formacie polityków koalicji rządzącej, lecz nie stanowią zagrożenia dla obywatelskiej wolności w Rzeczypospolitej. Poważnym zagrożeniem jest natomiast groźba takiej zmiany prawa, by rząd mógł wprowadzać do Rady Polityki Pieniężnej swoich ludzi. Premier Leszek Miller skarżył się: „Rząd przygotował program strategiczny, ale w polityce kursowej i stopach procentowych bez zgody NBP nie możemy nic zrobić. (...) To ciało [Rada Polityki Pieniężnej – przyp. W.M.] jest kształtowane w sposób całkowicie polityczny i zdominowane przez opcję, która przegrała wybory” („Gazeta Wyborcza” 22--23 czerwca 2002 r.). Jednoznacznie wynika z tego postulat uzupełnienia Rady o przedstawicieli opcji, która wygrała wybory. W ten sposób polityczna władza państwowa, wyrugowana w ostatnich latach z tej sfery życia, szykowała się do odbicia utraconego terenu. Po mianowaniu nowego ministra finansów konflikt przycichł, ale nie ma gwarancji, że nie rozgorzeje na nowo.
A przecież, podobnie jak w przypadku kas chorych, powołanie autonomicznego, oddzielonego od rządu banku centralnego oraz Rady Polityki Pieniężnej było celowym zabiegiem, nie zaś przypadkowym błędem. Właśnie o to chodziło, by rząd nie mógł samowolnie podejmować decyzji w sprawie polityki pieniężnej i by doraźne interesy rządzących nie mogły wywierać na nią wpływu. Solidny pieniądz to rzecz zbyt ważna dla społeczeństwa i gospodarki, żeby pozwolić politykom na majstrowanie przy nim.
Są też powody, by niepokoić się o przyszłość prywatyzacji przedsiębiorstw pozostających w rękach państwa. Jest ich jeszcze sporo – sektor publiczny wytwarza dziś w Polsce 28 proc. PKB. Minister skarbu Wiesław Kaczmarek zapowiada, że za trzy lata udział ten spadnie do 10-15 proc. To dobra zapowiedź. Cóż z tego, skoro towarzyszą jej sygnały mniej optymistyczne?
Nowy rząd na dzień dobry wstrzymał procesy prywatyzacyjne rozpoczęte lub planowane przez poprzedników. Zafundował też Polsce spór z międzynarodowym konsorcjum Eureko, które jest udziałowcem w PZU i któremu poprzedni rząd oficjalnie obiecał sprzedać dodatkowe udziały, stanowiące w sumie pakiet kontrolny. Ekipa Leszka Millera chce się z tej obietnicy wycofać, narażając reputację Polski na poważny szwank.
Przede wszystkim jednak pojawia się wątpliwość, czy planowana przez rząd „prywatyzacja” rzeczywiście będzie prywatyzacją. Ten termin oznacza bowiem, że nowi, niepaństwowi właściciele firm powinni móc swobodnie zarządzać swą własnością i decydować o jej losie, państwo zaś powinno stracić prawo do ingerowania i narzucania swej woli. Tymczasem w co najmniej kilku przypadkach rząd nie zamierza oddać firm nowym właścicielom, a jedynie chce znaleźć frajerów, którzy zaangażują pieniądze w przedsięwzięcia, nad którymi państwo zachowa kontrolę. Tak jest np. w przypadku Banku Gospodarki Żywnościowej, który miał być sprywatyzowany w tym roku. Nowa ekipa wstrzymała prywatyzację i doprowadziła do uchwalenia w statucie banku takich zmian, które dają państwu dominującą rolę – nawet jeśli niepaństwowi inwestorzy uzyskają większość akcji. Podobne zamiary ma rząd wobec PKO BP, którego prywatyzację również wstrzymał.
Jeśli więc cała zapowiadana przez ministra Kaczmarka prywatyzacja ma wyglądać właśnie tak, to należałoby powiedzieć: w Polsce ten proces został zatrzymany. Państwowy moloch, który od 1989 roku wycofywał się ze sfery gospodarczej, ustępując pola obywatelom, zgromadził dość sił, by stawić opór dalszym zmianom i podjąć kontrofensywę. Czy zwiastunem kierunku, w jakim podąży teraz Polska, są słowa premiera Leszka Millera: „Za granicą istnieją duże organizmy gospodarcze należące do państwa (...). Dlaczego my nie mamy mieć takich organizmów?” („Gazeta Wyborcza” z 22–23 czerwca 2002 r.).
Kontrofensywa w sferze gospodarki widoczna jest nie tylko w zahamowaniu prywatyzacji. W ciągu ostatnich kilku miesięcy wyraźnie nasiliły się też ingerencje państwowe w przebieg procesów rynkowych. Oto tylko kilka przykładów: zakaz importowania niesortowanej odzieży używanej; zakaz sprowadzania z zagranicy uszkodzonych samochodów; zakaz sprzedawania w supermarketach towarów bez marży i praktyczny zakaz promocji; zakaz wręczania pracownikom bonów uprawniających do zakupów w konkretnej sieci handlowej; nakaz, by artykuły własnej marki stanowiły najwyżej 20 proc. obrotu sklepu; zróżnicowanie opłat za koncesję na sprzedaż alkoholu w zależności od obrotów: dla małych sklepów ma być tańsza, dla supermarketów o wiele droższa. I tak dalej.
Część z tych regulacji pewnie nie wejdzie w życie (bo np. zawetuje je prezydent), ale nie zmienia to faktu, że oto po kilku latach przerwy państwo ponownie zaczęło uzurpować sobie prawo do oceniania działalności gospodarczej obywateli. Mały sklep jest uznany za pożyteczny i państwo go nagradza, duży sklep jest oceniony negatywnie i otrzymuje karę. W przypadku samochodów odwrotnie – to duże jest piękne: FSO jest dobre, mały prywatny warsztat zaś, remontujący rozbite samochody z importu, zły. Szwalnia T-shirtów jest dobra, importer używanych T-shirtów – zły. I tak dalej.

Dziwna wojna o media

Najbardziej zdumiewające rzeczy zaczęły dziać się w sferze relacji pomiędzy państwem a mediami. Wydawało się, że w tej akurat dziedzinie dorobek III RP odpowiada standardom światowym i może być powodem do dumy. Do rozwiązania pozostała już chyba tylko kwestia absurdalnie dużej liczby publicznych kanałów radiowych i telewizyjnych. Gdy w 1992 r. uchwalano ustawę o radiofonii i telewizji, ustawodawcy przewidywali możliwość sprywatyzowania tych mediów w przyszłości. Dlatego z pierwszej wersji ustawy („jednostki publicznej radiofonii i telewizji działają w formie jednoosobowej spółki akcyjnej skarbu państwa”) wykreślono słowo „jednoosobowej”. „Otworzy to możliwość prywatyzowania telewizji publicznej” – tłumaczył wówczas senator Edward Wende.
Dziesięć lat później o takiej możliwości nikt już nawet nie wspomina. Telewizja publiczna nie będzie odchudzana i prywatyzowana; nie będzie jej mniej, lecz przeciwnie – jeszcze więcej. W końcu maja prezes TVP Robert Kwiatkowski ogłosił, że gotowe są plany uruchomienia nowych kanałów, które mają dołączyć do istniejących czterech. Rozrastający się gigant ma uzyskać dodatkowe wsparcie finansowe i prawne ze strony państwa: w Sejmie toczą się prace nad nowelizacją ustawy o radiofonii i telewizji, która m.in. zaostrzy kontrolę państwa nad obywatelami, usiłującymi wykręcić się od podatku, zwanego abonamentem. W myśl nowych przepisów tę daninę będzie musiał płacić każdy pełnoletni mieszkaniec Polski – chyba że złoży specjalne oświadczenie, iż nie ma telewizora. Nie jest jasne, w jaki sposób państwo chce weryfikować prawdziwość oświadczeń. Czyżby miało zamiar kontrolować mieszkania obywateli?
Snując plany wzmocnienia swojego medialnego kombinatu, państwo zmierza zarazem do osłabienia mediów prywatnych, nad którymi nie ma kontroli. Taki właśnie jest cel projektowanego w nowej ustawie o RTV zapisu na temat dekoncentracji kapitału. W kręgach dziennikarzy zyskał on miano „lex agora”, bo konsekwencje ewentualnego uchwalenia tego przepisu uderzają przede wszystkim w prywatny koncern Agora, wydający „Gazetę Wyborczą”, który rozważa możliwość połączenia się z Polsatem.
Gdy przeciw planom takiej ingerencji państwa w rynek mediów posypały się protesty, premier Leszek Miller oświadczył w programie I publicznego radia: „Wszyscy mogą się przekonać, jak groźny jest monopol medialny, jak może taki monopol manipulować opinią publiczną i lansować tylko te poglądy, które są wygodne. Mówię oczywiście o monopolu posiadającym ogólnopolską gazetę, ogólnopolskie radio i telewizję. Przeciwko takiemu monopolowi jest właśnie ta ustawa w części dotyczącej dekoncentracji kapitału. Dlatego właśnie ten projekt budzi wręcz histeryczną demagogię”.
Premier mówił oczywistą nieprawdę, bo na polskim rynku mediów nie ma groźby powstania jakiegokolwiek monopolu, protesty zaś przeciw działaniom rządu nie noszą charakteru histerii i nie są spowodowane zagrożeniem dla finansowych interesów właścicieli mediów. Poważnym zagrożeniem dla wolności polskich mediów jest natomiast państwo, które najwyraźniej próbuje odzyskać teren utracony po 1989 roku. Zastanawia emocjonalna zaciekłość towarzysząca tym działaniom. Żaden chyba z dotychczasowych premierów III RP nie ośmielił się przemawiać do mediów tak aroganckim tonem jak Leszek Miller w cytowanej wypowiedzi.
Za kadencji żadnego z dotychczasowych parlamentów i rządów nie pojawiła się też groźba, że stacja radiowa lub telewizyjna, która nie naruszyła prawa ani warunków koncesji, zostanie zlikwidowania. Tymczasem w ostatnim miesiącu los ten spotkał dwie rozgłośnie radiowe: krakowskie Blue FM i wałbrzyskie Twoje Radio, którym Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji odebrała koncesje. Społeczeństwo znów, jak przed rokiem 1989, musi się organizować, pisać petycje i powoływać komitety dla obrony przed arbitralnymi decyzjami władz państwowych. Czy to nie znak czasu?
Na szczęście wygląda na to, że ostatnio rząd nieco się opamiętał i do projektu nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji zaczął wnosić poprawki, wychodzące naprzeciw postulatom środowiska mediów.

Pora bić na trwogę

Ale i tak chyba już pora bić na trwogę. Polska wolność może być poważnie zagrożona. Zewsząd nadchodzą złe sygnały. Zmęczone i rozczarowane społeczeństwo. Totalna rozsypka ugrupowań, które były politycznym zapleczem reform rynkowych i demokratycznych. Władza wyłoniona ze środowisk, które po 1989 roku przeszły dość pobieżny kurs wiedzy o zasadach, na jakich opiera się nowoczesne państwo wolności, demokracji i rynku. Przebudzenie się środowisk antyrynkowych i antywolnościowych, które poczuły sprzyjający wiatr i przystąpiły do ofensywy, powołując w Szczecinie Ogólnopolski Komitet Protestacyjny, żądający wstrzymania prywatyzacji i dofinansowania bankrutujących przedsiębiorstw z kieszeni wszystkich obywateli...
Wszystko to źle wróży na przyszłość. Więc może by tak zwolennicy reform i obrońcy wolności wreszcie się, do jasnej cholery, ocknęli i zaczęli coś robić?!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 31 (2769), 4 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl