„Znak” o modernizmie katolickim


Wilki w owczych skórach

Jarosław Makowski



Kościół katolicki ostrożnie podchodzi do „nowinek kulturowych”. Nim coś przyjmie i uzna za swoje, skrupulatnie bada, czy aby na pewno jest to zgodne z jego tradycją i nauczaniem. Tak było choćby z prawami człowieka, które biorą swój początek z Rewolucji Francuskiej, a których dziś Kościół strzeże i wzywa do ich respektowania. Jeśli o teologii mowa, można wymienić pisma wielkich myślicieli katolickich (Henri de Lubaca czy Marie-Dominique Chenu), które przed ostatnim Soborem nie budziły w Rzymie zachwytu, ale podczas obrad ojcowie soborowi dostrzegli w nich program, który zreformował stosunek Kościoła do świata.
Podobny los spotkał modernizm katolicki z przełomu XIX i XX w. Czy teraz, gdy Kościół staje przed wielkimi wyzwaniami (bioetyka, dialog między religiami, fundamentalizm), warto kruszyć kopie o katolicki modernizm, jak uczynił to w lipcowym numerze miesięcznik „Znak”?
Kryzys modernistyczny – wyraźniej niż inne, które Kościół przeżywał w swych dziejach – odsłonił napięcie, które istnieje między tym, czego Kościół naucza, a tym, czego w swym codziennym życiu doświadcza człowiek religijny; między tym, co w Kościele niezmienne, a tym, co jest tylko tworem ludzkim i z konieczności ulega przeobrażeniom. Tego fundamentalnego napięcia doświadczamy także dziś. Jest to owoc aporii, która wynika z faktu, że Kościół działa w tym świecie, a z drugiej strony winien mieć z tym światem jak najmniej wspólnego. Gdy o tej równowadze zapomina, wtedy pojawiają się ludzie i ruchy, które nawołują do odnowy – powrotu do źródła, czyli Dobrej Nowiny.
Trudno nie zgodzić się z Leszkiem Kołakowskim, który w eseju „Uwaga o modernizmie” pisze, że modernizmy pojawiają się w Kościele wraz z przekształceniami kulturowymi w świecie. Oczywiście sens doktrynalny każdej odnowy jest inny, ale struktury duchowe podobne. Można więc powiedzieć, że modernistą był i Klemens z Aleksandrii, i św. Tomasz z Akwinu – każdy człowiek Kościoła, który wyznaczał nowe drogi i nie bał się mówić o konieczności reformy kościelnych instytucji.
Oto dlaczego moderniści uchodzili za burzycieli, za wilki, które tylko przywdziewały – dla niepoznaki – owcze skóry. Jakie bluźnierstwa głosili, że Pius X postanowił ogłosić antymodernistyczną encyklikę „Pascendi”? Kołakowski wskazuje na trzy sprawy. Po pierwsze, moderniści żądali, aby w badaniach nad Biblią stosować te same krytyczne i filologiczne kryteria co w badaniach historycznych. Po drugie, uważali, że dogmaty Kościoła wyrastają z doświadczeń, przemyśleń i sporów w chrześcijaństwie, a zatem nie są po prostu wpisane od początku w jego strukturę. I wreszcie, krytykowali biurokratyczny charakter ustroju kościelnego, zwyczaje autorytarne, niezdolność do krytycznej refleksji nad przemianami kulturowymi, którym i Kościół, co naturalne, ulegał. Ale również, a to wówczas musiało oburzać, mówili o rozdziale Kościoła od państwa.
Kościół szybko dał do zrozumienia, że nie ma w nim miejsca dla modernizmu. „Zwolenników błędów należy dziś szukać już nie wśród otwartych wrogów Kościoła, ale w samym Kościele. Ukrywają się oni, że tak powiemy, w samym wnętrzu Kościoła; stąd też mogą być bardziej szkodliwi, bo są mniej dostrzegalni” – pisał Pius X w encyklice „Pascendi”. Moderniści byli katolikami, uważa ks. Jan Kracik (artykuł „Antymodernistyczna kampania”), którzy – wyraźniej niż hierarchia i masy – dostrzegali potrzebę aggiornamento Kościoła. „Nie zamierzali go opuszczać, ale przyczynić się do odnowienia jego instytucji, teologii, duszpasterstwa, stosunku do świata”. O ile jednak nowatorzy przekonani byli, że w mroczne gmachy kościelne wnoszą ewangeliczne światło, o tyle ich przeciwnicy zamiast światła widzieli brak ortodoksji, złą wolę, a w najlepszym razie szerzenie zamętu w umysłach wiernych.
Dlaczego Pius X z taką pasją prześladował modernistów? Papież uważał, że wiara Kościoła stanowi niezmienną strukturę, która musi runąć, gdyby wyjąć z niej choćby jeden kamień. Że się mylił, pokazali jego następcy: Jan XXIII i Paweł VI. Sobór Watykański II dowiódł, że bez uszczerbku dla doktryny Kościół i świat współczesny mogą prowadzić partnerski dialog, ucząc się od siebie wzajemnie, a nie przestając być sobą.
Nie ulega wątpliwości, że niektóre tematy soborowe – od reformy liturgii, przez rolę świeckich aż po ekumenizm – nie zostałyby zrealizowane na ostatnim Soborze bez wieloletniego ruchu odnowy, modernizującego wielowiekowe zastoje. Już pojmowanie Kościoła, który nie jest tylko instytucją prawa, lecz communio, wywodzi się z ducha modernizmu. Co ciekawe, moderniści nie wymyślili tego pojęcia, ale wydobyli je z eklezjalnego zapomnienia. Podobnie zresztą jak obraz Kościoła jako wędrującego Ludu Bożego, a nie zamkniętego w oblężonej przez „podły świat” twierdzy. Sobór odkrył ponadto, także dzięki modernistom, znaczenie Kościołów lokalnych, osłabiając rzymski centralizm. Ks. Tadeusz Dzidek (,,Wpływ modernizmu na współczesną teologię”) może więc śmiało sugerować, że wielu wybitnych teologów, którzy tworzyli Sobór, to synowie i wnuki modernistów. „W sumie impuls, jakim mimo wszystko był modernistyczny kryzys, przysłużył się dojrzałości, osiągniętej przez Kościół dzięki II Soborowi Watykańskiemu” – konkluduje ks. Kracik.
Kościół wyciągnął wnioski z lekcji katolickiego modernizmu. Choćby dlatego, że – jak pisze Czesław Miłosz – „ochłódł w swej skłonności do pochopnych oskarżeń i potępień”; z uwagą czyta dziś „znaki czasu”, prowadzi dialog ze współczesną kulturą, chroni wolność badań teologicznych, a jednocześnie nadal jest „znakiem sprzeciwu”. Duch Boży przebywa czasem tam, gdzie nikt się Go nie spodziewa. Stąd też paradoks: to, co dziś wydaje się być sprzeczne z tradycją i nauczaniem Kościoła, jutro może okazać się jego kamieniem węgielnym. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 31 (2769), 4 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl