LISTY



Nie-wielebny biskup 

Przygotowania do posługi kapłańskiej rozpocząłem w Polsce, jednak w 1987 r. przeniosłem się do polskiego seminarium w Orchard Lake w USA. Święcenia otrzymałem w 1992 r., w diecezji Marquette w Michigan. Po licencjacie z prawa kanonicznego przez rok pracowałem jako wicekanclerz oraz sędzia w trybunale. Ponad półtora roku temu „wypożyczono” mnie do diecezji Saginaw w Michigan, gdzie pasterzuje chyba jedyny w USA bezdomny biskup – ks. Kenneth Untener. O nim właśnie chciałbym napisać kilka słów. 
Przez wiele lat był rektorem w prowincjonalnym seminarium. Doktorat z teologii obronił w Rzymie, specjalizuje się w homiletyce. W 1980 r. został biskupem pomocniczym w Detroit, później biskupem Saginaw. Po otrzymaniu sakry sprzedał pałac biskupi i zdecydował się mieszkać w poszczególnych parafiach diecezji (w każdej trzy miesiące). Raz nawet zamieszkał w szpitalu. W ten sposób poznał już połowę diecezji. Biskup Untener, mieszkając w parafii, pomaga w jej prowadzeniu i codziennie dojeżdża do biura, aby pełnić normalne biskupie obowiązki. Parafii nie omijają tragedie: proboszcz z sąsiedniej zginął w wypadku samochodowym, z innych usunięto ostatnio dwóch księży za przeszłość pedofilską. Biskup jest tam w każdy weekend i zajmuje się posługą. To dla niego normalne, że jeśli ma wolny czas, zastępuje księży w parafii (tak stało się choćby podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce). Nie oczekuje używania zwrotów „wielebny” czy „najprzewielebniejszy” – każdy może zwracać się do niego po imieniu. Choć nie wszyscy zgadzają się z liberalnymi poglądami ks. biskupa, jest ceniony za autentyczność i bezpośredniość. Ma specyficzny stosunek do rzeczy materialnych: posiada kurialne biuro z książkami i komputerem, ale rzeczy osobiste mieszczą się w jego samochodzie (jest przez to dość zagracony). Ich ilość nie zmienia się. Jeśli, np. dostanie (lub kupi) nowy sweter, stary oddaje komuś innemu. Oczywiście, nie ma osobistego kierowcy. 
Dla księży-kaznodziei stworzył program „dokształcający”, aby pomóc im w bardziej owocnym głoszeniu słowa Bożego. Otworzył specjalny ośrodek szkoleniowy, który stał się filią uniwersytetu katolickiego w Windsor, w Kanadzie, oferujący trzy programy magisterskie z teologii pastoralnej. Zależy mu na dużym zaangażowaniu świeckich w życie Kościoła lokalnego (z wyborem biskupów oraz proboszczów włącznie!) oraz na określeniu czasu sprawowania funkcji przez duchownych (w USA proboszczowie są mianowani na 6 lat z możliwością tylko jednej „reelekcji”). Jego zdaniem posługa proboszczów i biskupów musi być przede wszystkim ukierunkowana na dobro ludu, a nie dożywotnie zabezpieczanie posad. Ceni zaangażowanie kobiet, obdarzając je (oczywiście w ramach przepisów kanonicznych) funkcjami i zadaniami. Parafie bez proboszcza powierzył opiece sióstr zakonnych. Kapłan dojeżdża tam w każdym tygodniu, aby odprawić Mszę i zapewnić posługę sakramentalną. Poza tym ks. biskup Untener w dzieciństwie stracił nogę do kolana, ale nadal świetnie gra w hokeja.

 

Ks. MIECZYSŁAW ONIŚKIEWICZ 
(proboszcz w Kinde, Michigan, USA)






A moja żona...

...ma wyczucie w wielu sprawach. O jednej chcę napisać, opierając się na przemyśleniach pani Józefy Hennelowej („Tylko nie pomnik!”, „TP” nr 29/2002). Kilkanaście lat temu zastanawialiśmy się z żoną, dlaczego Kościół nigdy nie wyniósł na ołtarze pary małżeńskiej? Ucieszyliśmy się, gdy wreszcie do tego doszło (też wychowujemy czworo wspaniałych dzieci). Artykuł pani Hennelowej spowodował wymianę zdań na forum całej rodziny. Wyklarowały się dwa stanowiska: żony, która popiera autorkę artykułu, i moje – przeciwne. Uważam beatyfikację za fakt przełomowy w dziejach Kościoła. Decyzje zgromadzenia najwyższych dostojników, dotyczące uznania osoby za błogosławioną lub świętą, są zawsze subiektywne. Tylko Bóg rozsądzi o świętości człowieka. 
Choć wiary nauczyłem się w domu rodzinnym (patrzyłem na mamę, która rano i wieczorem czyniła znak Krzyża, uznając Boga w Trójcy Jedynego), to Kościół pomaga prowadzić człowieka do Boga. Jego działanie oparte jest na odczytywaniu znaków czasu. Jednym z nich jest zmiana akcentów w interpretacji małżeństwa. Jeśli kiedyś poczęcie i wychowanie dziecka było jego celem, teraz jest ono jego owocem, a samo małżeństwo ma jeszcze inne funkcje. Myślę, że najważniejszą sprawą jest dyskutować, dochodzić do kompromisów, nie zapominając, że to Bóg wybrał nas, a nie my Jego.


JACEK OSTROWSKI
(Bolesławiec, woj. dolnośląskie)






Sprostowanie

W reportażu Jana Strzałki „Tajemnice Kalwarii” („TP” nr 29/2002) błędnie podaliśmy nazwisko prowincjała zakonu bernardynów, ojca Romualda Kośli. Za popełniony błąd przepraszamy zarówno Ojca Prowincjała, jak czytelników.


REDAKCJA „TP”






Karty polskie i czeskie 

Nie mogę zgodzić się z opinią Wojciecha Pięciaka wyrażoną w tekście „Zatrzymać Stoibera!” („TP” nr 27/2002), że „jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia byłby ton, w jakim niemieccy politycy i komentatorzy pouczali w ostatnich miesiącach Czechów”. W mediach daje się on słyszeć od bardzo dawna, często w tym kontekście dodaje się, że „z Polakami można się dogadać i w naszych stosunkach wzajemnych nie ma problemów, a Czesi są tacy uparci”. Czy nie jest zabawne to rozgrywanie karty polskiej przeciw czeskiej? Nie zgodziłbym się również z twierdzeniem autora, że w Niemczech pojawia się „dominujący punkt odniesienia: Niemcy jako ofiary II wojny światowej, także przesiedleń”. Ten punkt odniesienia znany jest mi z mediów i prywatnych kontaktów od kilkunastu lat. Jeśli my Polacy mamy tyle problemów ze śmiercią ludzi w Jedwabnem, to przed jakimi otchłaniami stają Niemcy, pamiętając o śmierci ludzi w Oświęcimiu? Jakże łatwo wówczas o ucieczkę na pozycję ofiary... Rozumiem to z psychologicznego punktu widzenia. Nie rozumiem natomiast niemieckich sentymentów do dawnych cierpień i dawnych ziem ojczystych, bo takie zrozumienie zagrażałoby moim żywotnym interesom, jako jednostki – cząstki społeczności, żyjącej po przeciwnej stronie Odry.
Nie mogłem nadziwić się, że w Polsce, gdy niemieckie media i politycy ostro krytykowali czeski rząd i parlament, zabrakło zdecydowanej na to reakcji. W polskim interesie politycznym byłaby jak najdalej idąca solidarność ze stroną czeską, a nie chowanie głowy w piasek, skoro „stosunki polsko-niemieckie są najlepsze, jakie mogą być od niepamiętnych czasów”. Nawet gdy Polaków wywołano do odpowiedzi, Wojciech Pięciak rozdzielał włos na czworo, bo nasza „sytuacja jest nieco inna niż w przypadku Czech”. Wydaje mi się, że znajdujemy się w sytuacji identycznej. W całej sprawie nie chodzi tylko o wyjaśnienie historycznych zaszłości, ale też o bieżące i wybiegające w przyszłość interesy polityczne.
Pozwalam sobie na te uwagi, bo „TP” jest jednym z ostatnich okopów „świętej... myśli” w „zalewanej kolorem” Polsce i chciałoby się, czytając to pismo, być pobudzanym do nowych myśli. Chciałoby się też, po przerzuceniu działu publicystyki w „Die Zeit”, czym prędzej sięgnąć po „TP”, by po lekturze stwierdzić: ci mają trzeźwiejszy i głębszy ogląd rzeczy. 


ZBIGNIEW MICH
(Düsseldorf, Niemcy)






Lepsi i gorsi wypędzeni

Od jakiegoś czasu w środkach przekazu pojawia się problem umiejscowienia „Centrum przeciw Wypędzeniom”. Temat budzi sporo emocji, nikt jednak nie kwestionuje samego pomysłu powołania Centrum. Mnie wydaje się on co najmniej dyskusyjny. Obawiam się, że „gromadne” rozpatrywanie doznanych krzywd i tęsknot tylko podsyci nastroje rewizjonistyczne, natomiast wypędzeni Niemcy będą najgłośniejszym partnerem w tym gronie. Ich los już jest bardziej eksponowany niż Ukraińców, Polaków wysiedlonych ze Wschodu, czy narodów przesiedlonych przez Stalina. Ze względów politycznych wprowadzi się podział na bardziej i mniej skrzywdzonych, a niektórych pominie. Czy powinna być różnica między wypędzonymi z powodu układów międzynarodowych, a wysiedlonymi ze względów ideologicznych?
W krajach postkomunistycznych jest jeszcze jedna grupa wypędzonych. To ci, którzy po nacjonalizacji musieli opuścić warsztat pracy, dom, nawet rodzinne strony. Są wśród nich ziemianie, przemysłowcy, rolnicy-chłopi, aptekarze, młynarze itd. Zapewne nikt ich do Centrum nie zaprosi, ponieważ propaganda komunistyczna spowodowała, że nadal są postrzegani jako ci, którym „wymierzono sprawiedliwość”. A przecież utracili dorobek poprzednich pokoleń, przeważnie zostali bez środków do życia, mieli trudności z dostaniem pracy (nawet poniżej swoich kwalifikacji), przez wiele lat ich dzieci nie mogły dostać się na studia, wielu trafiło do więzienia. Musieli budować swoje życie od nowa tak, jak wszyscy wypędzeni, a ich potomkowie nadal nie mają szans na rekompensatę.
„Centrum przeciw Wypędzeniom” podzieli pokrzywdzonych na „lepszych” i „gorszych”.


MARIA KONARZEWSKA
(Warszawa)






Czas lektur i podróży

Amerykańska pisarka i dziennikarka Barbara W. Tuchman, w książce „Odległe zwierciadło, czyli rozlicznymi plagami nękane XIV stulecie”, opisuje dom bogatego Francuza – Enguerranda de Coucy III: pięciowieżowy zamek i potężna cytadela otoczona murem z trzydziestoma wieżyczkami strzelniczymi, tunele, fosy, wykusze, brama z opuszczoną kratą. Zdecydowanie inny był kształt antycznego domostwa bogatego Rzymianina: mozaiki, termy, ogrody, rzeźby, westybule. Jak pisze autorka, bezpieczeństwo villi opierało się na rzymskim prawie i legionach, a nie na fortyfikacjach.
Podczas podróży po kraju widzimy powstające domy bogatych Polaków. Stylem rzadko przypominają wille Petroniusza, a częściej zamek pana de Coucy: mur, brama z domofonem, telewizja przemysłowa, kraty, alarmy, groźne psy. Źle to świadczy o kondycji naszego państwa.
Ostatnio pojawiło się u nas inne średniowieczne zjawisko: piractwo morskie. Wokół Helu piraci na motorówkach abordażują jachty i okradają załogi. Policja dysponuje jedną małą motorówką i często brakuje do niej paliwa. Dodam, że nasze wybrzeże wyjątkowo nie sprzyja piratom: nieskomplikowana linia brzegu, brak wysepek i zatoczek, w których można się szybko ukryć. A przecież nasze państwo nie zawsze było słabe. W tej samej książce autorka opisuje dżumę pustoszącą Europę. Zaraza zaczęła się od Neapolu, ogarnęła Francję i Niemcy, do Norwegii zadryfował statek z wymarłą załogą, ale żywymi szczurami. Jedynym krajem, który się obronił, była Polska, ponieważ nasz król ustanowił i potrafił dopilnować kwarantanny na granicach. Sprawdziłem – był to Kazimierz Wielki!


PIOTR LINDNER
(Łódź)






Może ktoś pamięta?

Po publikacji fragmentu mojego listu o mało znanym powstaniu antysowieckim w Czortkowie na Podolu, zamieszczonego wraz z tekstem na ten sam temat Rudolfa S. Falkowskiego „Prawdziwa polska głupota” („TP” nr 28/2002), otrzymałem list od czytelnika „TP” – pana Bernarda Rawluka z Torunia. 
„W czortkowskim powstaniu brał udział mój brat – Michał Rawluk. Później aresztowano go, osadzono w więzieniu w Odessie i tam skazano na karę śmierci, którą wykonano. Będę serdecznie zobowiązany, jeśli udzieliłby mi Pan jakichkolwiek informacji na ten temat. Dlaczego otrzymał najwyższy wymiar kary? Dlaczego odrzucono prośbę o dożywocie? Może zna Pan kogoś, kto z nim siedział w więzieniu i może coś opowiedzieć o moim bracie?” 
Omyłkowo uznano mnie za znawcę tematu. Nie mam tak bogatych źródeł, aby udzielić odpowiedzi na postawione pytania. Przyczyn wykonania wyroku śmierci na Michale Rawluku tylko się domyślam. Bolszewicy szczególnie nienawistnie odnosili się do Rusinów (Ukraińców) optujących za Polską. Wrogość do unitów (grekokatolików) zaznaczyła się już wcześniej pod zaborem rosyjskim. Prześladowania unitów na Podlasiu poznałem dzięki książce Władysława Reymonta „Opowiadania z ziemi chełmińskiej” (jestem w jej posiadaniu od 1945 r., gdy jako dziecko otrzymałem ją w prezencie przysłanym z Włoch do obozu szkolno-uzdrowiskowego w Rongai w Kenii). To wszystko, czego mogę się domyślać. Może jednak wśród czytelników „TP” są świadkowie tamtych wydarzeń, którzy wiedzą więcej?


PIOTR ŁABUZ
(Milicz, woj. dolnośląskie)






„Odważył się być prawym” 

Minęło 50 lat od śmierci prof. Władysława Konopczyńskiego – znakomitego historyka, zajmującego się przede wszystkim dziejami nowożytnymi. Urodzony w 1880 r. w Warszawie, wykształcenie zdobywał w zrusyfikowanym szkolnictwie ery apuchtinowskiej oraz metodą kursów, samokształcenia, indywidualnej lektury. Imponującej pracowitości i zdolności młodzieniec, już w wieku 15 lat opracował skrypt, zawierający dzieje Polski przedrozbiorowej. Znał wiele języków, z czasem kilkanaście, w tym duński, szwedzki, norweski, holenderski i serbochorwacki. Od 1913 r. pracował na Uniwersytecie Jagiellońskim, wykładając historię na wydziale filozoficznym. W okresie międzywojennym zaangażował się politycznie: był ekspertem podczas rokowań pokojowych w Wersalu w 1919 r., posłował na Sejm z ramienia Narodowej Demokracji, prowadził szeroką działalność publicystyczną i naukową.
Uwięziony podczas „Sonderaktion Krakau” 6 listopada 1939 r., spędził parę miesięcy w więzieniu oraz obozie w Sachsenhausen, gdzie organizował grupy samokształceniowe, wygłaszał prelekcje, podjął naukę języków węgierskiego i tureckiego. Po zwolnieniu (8 lutego 1940 r.) intensywnie pracował, mimo wysiedlenia z domu i braku warunków. Po wojnie ze zdwojoną energią rozpoczął wznawianie przerwanych prac i rejestrację strat. Profesor był inicjatorem i organizatorem wielu przedsięwzięć, m.in. krakowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego, badań nad parlamentaryzmem polskim, a przede wszystkim założycielem i pierwszym redaktorem najpoważniejszego dzieła polskiej humanistyki – „Polskiego Słownika Biograficznego”. W jego dorobku znalazły się 62 monografie, niezliczone artykuły, wydawnictwa źródłowe z zakresu historii Polski, dziejów powszechnych, historii ustroju i kultury. Do dziś studenci korzystają z dwutomowej historii Polski („Dzieje Polski nowożytnej”), niezastąpionego kompendium do nauki przed egzaminem, a badacze, zwłaszcza XVIII w., nie mogą obejść się bez tak wnikliwych monografii, jak m.in.: „Konfederacja Barska”, „Polska w dobie wojny siedmioletniej”, „Geneza i ustanowienie Rady Nieustającej”, „Liberum Veto” „Stanisław Konarski”. Prof. Konopczyński przebadał wiele materiałów archiwalnych, dotarł do niedostępnych archiwów rosyjskich, penetrował archiwa szwedzkie, francuskie, niemieckie i austriackie, zgromadził niezliczone ilości odpisów, zyskując zasłużony przydomek „archiwożercy”. 
Lata po 1945 r. to okres wytężonej pracy, ale i niespotykanej nagonki. Profesor padł ofiarą prześladowań politycznych, kierowanych przez ministra Stanisława Skrzeszewskiego. Odsunięto Go od wszelkich stanowisk organizacyjnych i naukowych, władz PTH, z UJ, w końcu z redakcji PSB. Trudy i doznane krzywdy odbiły się na Jego zdrowiu skracając pracowity żywot – zmarł 12 lipca 1952 r. w Młyniku, ulubionej posiadłości w rejonie Ojcowskiego Parku Narodowego. Prof. Konopczyński wychował spore grono znakomitych uczonych polskich. Nieliczni już, pamiętający Mistrza, uczcili Jego pamięć na sesji naukowej zorganizowanej 21 czerwca 2002 r., w 50. rocznicę Jego śmierci, przez ucznia Profesora – prof. Józefa Gierowskiego i Polską Akademię Umiejętności. Dostojnym Gościem sesji i zjazdu była córka prof. Konopczyńskiego – pani dr Wanda Mrozowska. Do 25 października trwa w salkach wystawowych Archiwum Nauki PAU/PAN w Krakowie, przy ul. Św. Jana 26, wystawa poświęcona „Temu, który odważył się być prawym”.


Maria Czeppe
(Kraków)






Za co lubię „TP”...

Od wielu lat jesteście dla mnie ostoją rzetelności dziennikarskiej. Nie tylko etycznej, ale i merytorycznej. Dlaczego więc spotykam się z takimi osobliwościami, jak znalezione w „TP” nr 29/2002? 
W tekście „Marzenie o Orient-Expressie” Agnieszka Sabor stwierdza, że problemy logistyczne armii austriackiej w wojnie krymskiej spowodowały wybudowanie pewnego odcinka kolei w tym kraju. Otóż Austria, czy raczej Austro-Węgry, nie uczestniczyła w konflikcie. Z książki prof. Ludwika Bazylowa „Historia Rosji” można się dowiedzieć, że do koalicji antyrosyjskiej należały: Turcja, Anglia i Francja, później dołączyła Sardynia. Austro-Węgry były żywo zainteresowane wynikiem wojny, ale do koalicji nie należały, co jest tamże osobno, a jasno powiedziane, nie mówiąc już o uczestniczeniu w działaniach wojennych.
Nieścisłości znalazłem też w tekście ks. Adama Bonieckiego „Czy wiecie, że Białoruś... ?” W ostatnim akapicie autor pisze o ustaleniach Soborów w Nicei i Konstantynopolu odnośnie treści „Credo” bez filioque: „Pamiętałem, że taki tekst został odmówiony w Rzymie podczas uroczystych obchodów rocznic ostatnich Soborów przed rozdziałem: Nicejskiego i Konstantynopolitańskiego”. A ja pamiętam zaskoczenie, gdy w 1981 r. przeczytałem w polskim wydaniu „Osservatore Romano” „Credo” bez filioque. Przytoczenie tekstu było związane z obchodami 1600. rocznicy pierwszego Soboru w Konstantynopolu (AD. 381) i 1550. rocznicy Soboru w Efezie (AD. 431), na których ustalono jego treść. Były to drugi i trzeci Sobory Powszechne (ekumeniczne). Do schizmy doszło dopiero w 1054 r. Prawdą jest, że dwa ostatnie Sobory przed rozłamem odbywały się także w Nicei (II Nicejski) i Konstantynopolu (III lub IV – inaczej liczą katolicy, inaczej prawosławni), ale nie były to te same, które ustaliły tekst „Credo” nicejsko-konstantynopolitańskiego (bez filioque). Stało się na Soborach w 325 i 381 r., a potwierdzono na Soborze w Efezie w 431 r.
Ze znanych mi pism macie najniższy procent błędów merytorycznych (na podstawie innych można byłoby wydawać tygodnik satyryczny). Trzymajcie więc poziom! 


WOJCIECH CHRZANOWSKI
(Politechnika Gdańska)


*

Dziękujemy za korektę i bijemy się w piersi.


REDAKCJA „TP”






LISTY – apele o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 31 (2769), 4 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl