Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Praca uracjonalniona 

Marek Orzechowski, Bruksela Z Rosji do Rosji

Marek Zając 150 błędów, jeden błąd


Jarosław Makowski Nie w agentach siła


 

 




  
Praca uracjonalniona


Sejm znowelizował kodeks pracy – przy, co ciekawe, zadowoleniu pracodaw-
ców i braku głośniejszych protestów związkowców (sprzeciw zgłaszała, co też znamienne, „Solidarność”). Zmiany można sprowadzić do uracjonalnienia (m.in. inne zasady wypłacania diet za podróże służbowe i procedury ustalania planów urlopowych, likwidacja dni wolnych na poszukiwanie pracy, jeśli pracownik sam złożył wypowiedzenie) oraz uelastycznienia przepisów (m.in. wprowadzenie umowy o pracę „na zastępstwo”, dłuższego okresu rozliczeniowego czasu pracy, możliwości zawieszenia układu zbiorowego w razie trudności finansowych firmy). Niektóre przepisy związane są z nowymi tendencjami na rynku pracy (m.in. uzależnienie wysokości odpraw od długości zatrudnienia w jednej firmie, nie zaś od ogólnego stażu pracy). Jedne służą pracodawcom (m.in. wydłużenie okresu zwolnienia chorobowego, za który płaci ZUS, możliwość wprowadzania dłuższych, a niewliczanych do czasu pracy przerw na posiłek lub załatwienie spraw osobistych), inne pracownikom (obostrzenia w zastępowaniu umów o pracę umowami cywilnoprawnymi). Tak czy inaczej, nowelizacja powinna wpłynąć na poprawę efektywności firm, a na tym zyskają wszyscy.
Oczywiście: niektórzy pracodawcy nadal będą próbować obchodzić kodeksowe regulacje. Na szczególnie drastyczne przypadki łamania prawa pracy jest tylko jedna rada: aktywniejsze sięganie przez samych zatrudnionych po pomoc Państwowej Inspekcji Pracy i sądów pracy. Teraz spora część naruszeń – w tym, czego dowodzą raporty PIP, także tych zagrażających życiu zatrudnionych – pozostaje nieujawniona, bo pracownicy w obawie przed represjami skarżą się na nie dopiero, gdy i tak opuszczają firmę. A przecież wytyczne PIP oraz werdykty i orzecznictwo sądów pracy są zwykle przez pracodawców respektowane – choćby ze względu na sankcje grożące za ich niewykonanie. Zresztą i tu może pomóc zasada konkurencji: jeśli rynek pracy będzie elastyczniejszy, to i pracownikom łatwiej będzie porzucić lekceważącą ich prawa firmę i znaleźć nową.
 

 
Krzysztof Burnetko








Z Rosji do Rosji


Przyjęcie Polski i Litwy do Unii Europejskiej sprawi, że Rosjanie będą potrzebować wiz, jeżeli będą poruszać się między Kaliningradem a Rosją, z Rosji do Rosji. Trzeba przyznać, że nie będzie to sytuacja typowa, a ponieważ będzie i pierwszą tego rodzaju, wszystkim brakuje doświadczenia w obchodzeniu się z tematem. Prezydentowi Francji przyszło więc na język to, co mogło przyjść każdemu: perspektywa, że Rosjanin będzie potrzebować wizy jakby do własnego kraju wydaje się być na pierwszy rzut oka absurdalna. Stąd jego wypowiedź na Krymie, gdzie w rozmowie z prezydentem Putinem absurdalność rysującej się praktyki była dodatkowo oczywista.
Nie minęło jednak wiele czasu, a Jacques Chirac został przywołany do porządku. W ub. tygodniu w Brukseli podczas konsultacji z Rosją przedstawiciele Unii podtrzymali znane stanowisko: z praktyki wizowej na przyszłym terytorium wspólnoty zrezygnować nie można. Chyba że zmienione zostanie unijne prawo, a na to się nie zanosi. Dlatego i Polska, i Litwa mają obowiązek kontroli swoich granic, które będą też zewnętrznymi granicami Unii. Chociaż to nie był polski pomysł – do wprowadzenia wiz jesteśmy po prostu zobowiązani przez Unię – polska będzie na granicy odpowiedzialność. A im poważniej do niej Polska podejdzie, tym szybciej polski obszar włączony zostanie do układu z Schengen i tym szybciej Polacy będą mogli podróżować bez paszportów.
Choć sprawa dotyczy Polski i Litwy, oba kraje nie prowadzą na jej temat negocjacji z Rosją. Kaliningrad nie jest bowiem naszym problemem. Nie jest to też problem związany z rozszerzeniem wspólnoty, ale ze stosunkami Unia – Rosja. To w kontaktach Warszawy z Moskwą nowa jakość; tak nowa, że nie wszyscy na Kremlu zdają sobie z tego sprawę. Polska jest w tej sprawie przez Brukselę konsultowana, ale sama głosu zabierać nie musi. To wygodna dla nas pozycja. Nareszcie. Problem Kaliningradu naładowany jest emocjami, a na dodatek – przy złej woli – politycznie wybuchowy. Ale to nie nasze zmartwienie, a przy tym – nie jesteśmy sami w tej grze.
Psychologicznie sytuacja jest oczywiście dla Moskwy niewygodna. Lecz tylko elastyczność zaoszczędzić jej może mitręgi i, przede wszystkim, poniżenia. Nie ma zimnej wojny, nie ma żadnej konfrontacji, więc szczególne restrykcje nie są potrzebne. Unijne wizy nie zostały też wymyślone specjalnie dla Rosjan. Dlatego Rosjanom trzeba mówić to, co my już wiemy: problem Kaliningradu rozwiązany zostanie w duchu europejskim, proporcjonalnie do jego znaczenia, ale w ramach unijnego prawa. Prawo to nie tworzy nowych podziałów. Przeciwnie: podziały te znosi. Któregoś dnia mieszkańcy Kaliningradu przekonają się o tym na własnej skórze. 

 
Marek Orzechowski, Bruksela









150 błędów, jeden błąd

Zabici: Salah Szehada, szef zbrojnego skrzydła Hamasu, oraz czternastu cywili, w tym dziewięcioro dzieci – takie jest żniwo izraelskiego ataku na palestyńskie miasto Gaza. „To wielki sukces” – mówi premier Izraela Ariel Szaron. „To zbrodnia” – odpowiada lider Palestyńczyków Jaser Arafat. A szanse na rozwiązanie bliskowschodniego konfliktu znów zmalały, choć i tak od miesięcy oscylują wokół zera. Szaron mówi, że chce negocjować, ale dopiero po odsunięciu Arafata. Po ataku na Gazę żaden Palestyńczyk długo nie będzie chciał rozmawiać z izraelskim premierem – w oczach rodaków witałby się z kimś, kto ma na rękach krew palestyńskich dzieci. A zamieszczony na stronie internetowej Autonomii fotoreportaż z miejsca ataku – zdjęcia zabitych dzieci – to impuls dla tych młodych Arabów, którzy chcą zasilić szeregi zamachowców-samobójców.
Można – jak armia izraelska – twierdzić, że nie ma wojny bez ofiar i w imię bezpieczeństwa własnych obywateli trzeba zabić czołowego terrorystę, choćby ceną była śmierć cywili palestyńskich. Można też mówić, że ta wojna jest nierówna. Świat potępia samobójcze zamachy na mieszkańców Izraela, ale już się do nich przyzwyczaił. Natomiast od Izraela domaga się „chirurgicznych uderzeń”, wyłuskiwania terrorystów, cynicznie ukrywających się wśród cywili i wykorzystujących ich jako żywe tarcze. Ale równocześnie wielu Izraelczyków, obywateli jedynej w regionie demokracji, poczytuje sobie owo nierówne traktowanie za powód do dumy – nie chcąc, by przykładano do nich tę samą miarę, co do szaleńców wysadzających się w powietrze w zatłoczonych autobusach.
Były premier Izraela Ehud Barak mówił niedawno, że odrzucenie przez Arafata planu z Camp David to „poważniejszy błąd niż ponad 150 błędów”, które Izrael mógł popełnić w procesie pokojowym. Teraz bez względu na to, czy atak na Gazę nazwiemy „wielkim sukcesem” czy „zbrodnią”, to premier Szaron popełnił poważny błąd. 


Marek Zając






Nie w agentach siła

Strategia obronna Stanów Zjednoczonych musi wpędzać ich sojuszników z NATO w kompleksy. Żadne z państw Sojuszu nie może sobie pozwolić, by na zbrojenia przeznaczać tyle pieniędzy, co Ameryka. Mało tego; Izba Reprezentantów przyjęła właśnie projekt ustawy, który zakłada największy od dwudziestu lat wzrost budżetu amerykańskich agencji wywiadowczych. Cel, na który ma zostać przeznaczone 35 mld dolarów, jest jasny: walka z terroryzmem. Ustawa, którą musi jeszcze zaaprobować Senat, przewiduje pokrycie kosztów rekrutacji większej liczby agentów za granicą, zwłaszcza w krajach, które są bazą ugrupowań terrorystycznych i ekstremistycznych. Ale czy zwiększenie funduszy dla agencji wywiadowczych sprawi, że Amerykanie będą mogli spać spokojnie?
Kilka dni przed świętem Niepodległości wiceprezydent Dick Cheney, trochę dmuchając na zimne, ostrzegał naród: „pytanie nie jest czy, ale kiedy” terroryści uderzą. Szczery był też sekretarz obrony Donald Rumsfeld, który przyznał, że nie ma zabezpieczeń, które w pełni eliminowałyby groźbę ataków. 
Republikański kongresmen Saxbi Chamliss w trakcie debaty nad ustawą stwierdził, że „nie było i nie ma wystarczającej liczby agentów CIA, którzy na ulicach całego świata zdobywaliby informacje o naszych wrogach”. Kłopot w tym, że agentów takich zawsze będzie za mało. Jak i w tym, że – co wiele razy udowodniła historia – dezinformacja i chaos w służbach wywiadowczych biorą się raczej z nadmiaru informacji niż z ich niedostatku. Wojny z terroryzmem, o czym zapomina ekipa George’a W. Busha, niepodobna wygrać zwiększając tylko fundusze na zbrojenie armii i werbowanie nowych agentów. Bo warunkiem skutecznej walki z terroryzmem jest też przemyślana polityka zagraniczna. A tej administracja ta wciąż nie posiada. Może dlatego stawia na zbrojenia.


Jarosław Makowski



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 31 (2769), 4 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl