W rocznicę Powstania Warszawskiego


Realista i gorące głowy

Krystyna Heska-Kwaśniewicz



„Kamienie na szaniec” oraz „»Zośka« i »Parasol«” Aleksandra Kamińskiego realnie istniejących bohaterów przeniosły w wymiar legendy. Wśród tych, którzy przeżyli Powstanie i służyli pomocą pisarzowi, wymienieni zostali Stanisław Broniewski (Stefan Orsza), prof. Józef Zawadzki (ojciec „Zośki”) i Bolesław Srocki (1893–l954). Z tym trzecim czas obszedł się najmniej łaskawie.



„Pan Bolesław” – bo tak mówili o nim chłopcy z „Zośki” i „Parasola” – opowiadał Kamińskiemu o Jerzym Zborowskim, o Andrzeju „Morro” Romockim i innych harcerzach i harcerkach. W książce wielokrotnie powraca jego postać, zwłaszcza w dramatycznych dla „Parasola” momentach Powstania. To on dla Jasi Zborowskiej, żony Jeremiego, sprowadzał najlepszych chirurgów; to on odszukał „parasolarzy” w godzinę po ich wyjściu z kanału, znosił im pożywienie, lekarstwa, przyprowadzał lekarzy specjalistów, wyprowadzał z depresji.
Bolesław Srocki – wspominała Wanda Leopold – był „karłowatego wzrostu, utykający na nogę, o za długich rękach i wyłupiastych oczach krótkowidza, był właściwie groteskowo brzydki. Już po paruminutowym z nim obcowaniu zapominało się o jego brzydocie i to na zawsze”. Drobna, szczupła sylwetka w lichym garniturze, kaczkowaty chód, rzadkie siwe włosy – „dziwny, zagadkowy pan Bolesław, niewątpliwie jedna z poważniejszych pozycji polskiej myśli politycznej tego okresu” – pisał o nim Broniewski. Był fenomenalnie uzdolniony, choć nie ukończył żadnych studiów. Książki po jednym przeczytaniu znał prawie na pamięć, recytował poezję młodopolską i romantyczną, a równocześnie pasjonowała go matematyka i astronomia. Mimo kalectwa podobno był niezłym taternikiem. 
Przyciągał do siebie grupy młodzieży. Otwierał dom, serce, także i portfel dla studentów, często klepiących biedę. Ta przyjaźń przeniosła się w czas wojny. Gdy Stanisław Leopold – „Rafał” zaczął werbować młodych do Petu, tajnego koła samokształceniowo-dyskusyjnego, Srocki szybko stał się przywódcą duchowym koła.
Był przeciwny walce zbrojnej, chciał przeciwstawiać się okupantowi poprzez bierny opór, przeciwdziałać zahamowaniu rozwoju umysłowego i deprawacji młodzieży przez kult historii Polski, budzenie patriotyzmu, pochwałę uczciwości i walki o prawa ludzkie. To on doprowadził do spotkania ówczesnego komendanta Chorągwi Warszawskiej Stanisława Broniewskiego z komendantem Petu, był jednym z doradców Floriana Marciniaka, pierwszego naczelnika Szarych Szeregów. W konspiracji od marca 1940, początkowo jako redaktor naczelny „Wiadomości Polskich”, organu Komendy Głównej ZWZ, a równocześnie współorganizator konspiracyjnego Polskiego Związku Zachodniego. Brał udział w szkoleniu światopoglądowym żołnierzy batalionu „Parasol”, w którym znów spotykał swoich młodych przyjaciół z „Petu”.
W czasie Powstania Warszawskiego był zastępcą redaktora naczelnego „Biuletynu Informacyjnego” Aleksandra Kamińskiego. Razem uczestniczyli w codziennych odprawach BIP-u u Komendanta Głównego AK Jana Rzepeckiego, razem redagowali materiały. Na kartach „»Zośki« i »Parasola«” Kamiński nakreślił portret Srockiego: 
„W jego wieku trudno było się rozeznać, równie dobrze mógł mieć lat 40, jak i 60. Ten niski, szczupły, drobny człowiek, ciągle zaaferowany i krążący jak kwoka koło swoich chłopców z Grup Szturmowych, był bardzo lubiany. Przywiązali się doń w ciągu tych lat okupacji i mieli duże zaufanie do jego rozsądku. Nieraz ze wzruszeniem patrzyli na pomarszczoną twarz starego kawalera, który poza nimi, zdaje się, nikogo nie miał w wielkim mieście. Czasami pokpiwali z pana Bolesława i z jego jakby wiecznej studenckości, z jego umiłowania wielkiej poezji, z jego jedynego ubrania i kieszeni marynarki zawsze wypchanych książkami, z jego abnegacji i pogardy dla wielu mieszczańskich cnót”. Kamiński pisze, że pan Bolesław zawsze chodził z gołą głową, więc gdy czasem wkładał jakieś nakrycie, jego młodzi przyjaciele żartowali, że się ukrywa. 
W zbiorach Władysława Bartoszewskiego zachowały się wspomnienia Bolesława Srockiego. Są tam biografie: Bronisława Pietraszkiewicza „Lota”, Andrzeja Romockiego „Morro” i „Bystrego” – Henryka Poznańskiego, młodego Żyda, który po oswobodzeniu obozu na Gęsiej zgłosił się do „Parasola”. Nawet pobieżne zestawienie biogramów z książką Kamińskiego pokazuje, do jakiego stopnia wspomnienia Srockiego były pomocą dla autora. O „Locie” Srocki pisał: „Niewysoki, szczupły, o chłopięcej jeszcze budowie, śniadej cerze, ciemnych i gładko zaczesanych włosach, piwnych oczach pod gładko zarysowanymi brwiami, sprawiał wrażenie nieco wybuchowego i upartego, skłonnego do dysput i polemik, teoretyka-intelektualisty”. A u Kamińskiego czytamy: „Był szczupły, niewysoki, włosy ciemne i gładko zaczesane banalizowałyby głowę, gdyby nie silnie zarysowane brwi nad piwnymi oczami i ruchliwość śniadej twarzy. Czynił wrażenie człowieka nieco wybuchowego i upartego, skłonnego do dysput i polemik teoretyka-intelektualisty”.
W gorących dniach przedpowstaniowych mieszkanie pana Bolesława na Powiślu było oazą spokoju. Raz na kilka dni gotował wielki gar bigosu lub fasoli, trzymał go w szafie i codziennie po trochu odgrzewał. Na ten posiłek zawsze mogli liczyć zaprzyjaźnieni harcerze. Przychodzili po komentarze na temat sytuacji wojennej i politycznej. Konspiracyjnie wydana w 1943 roku broszura Srockiego „Polska i Niemcy. Wczoraj – Dziś – Jutro (Co każdy Polak dzisiaj o Polsce i Niemczech wiedzieć powinien)” oceniana była jako wizjonerska.
To on z pewnym wahaniem powie Jeremiemu, Andrzejowi Morro i Czarnemu Jasiowi, że powstanie zostało przegrane w pierwszych trzech, czterech dniach sierpnia i dokona wnikliwej analizy działań powstańczych. Wypowie też odważne, gorzkie słowa, czując, że rani nimi młodych przyjaciół: „Jest w tym typowo polski rys: niedowład w przewidywaniu i patos improwizacji, patos bohaterskiej realizacji. Nie tylko w oddziałach, ale i w dowództwach. Myślę, że powstanie w swym całokształcie, mimo fiaska celu ostatecznego – wyzwolenia stolicy – przejdzie do historii jako przykład szczytowy polskiego bohaterstwa wojennego”.
Jego sądy jeszcze dzisiaj zaskakują trafnością. Kamiński opisał wiele dyskusji p. Bolesława z harcerzami z „Parasola”. Jedna z nich rozgorzeje, gdy Srocki poinformuje przyjaciół z Grup Szturmowych o powstaniu PKWN w Lublinie i uznaniu go przez rząd moskiewski. Srocki tłumaczył, że Moskwa domaga się zrzeczenia ziem na wschód od Bugu i Białostocczyzny oraz utworzenia rządu dobrosąsiedzkiego, tzn. takiego, w którym przeważać będą ludzie „przyjaźni” wobec Rosji. Lecz słowa, które znajdujemy w książce Kamińskiego, zostały już ocenzurowane. W rękopisie, znajdującym się w posiadaniu prof. Ewy Feleszko, brzmią bardziej jednoznacznie. Srocki nie miał złudzeń. Gdy Andrzej Morro powie, że „Stalin na zimno pozwala Hitlerowi mordować Warszawę”, pan Bolesław zareplikuje:
„Zaraz, moi kochani, zaraz... Nie podnoście temperatury, gdyż przestaniemy myśleć logicznie. Stalin to twardy polityk. Powstanie własnego narodu, Gruzji, zdusił bardzo twardą ręką. Związkiem Radzieckim rządzi bardzo twardą ręką. Teraz tą samą bardzo twardą ręką reguluje sprawy polskie.
– Ale jakim prawem?
– Zaraz, zaraz... zdobądźcie się na obiektywne spojrzenie. To prawda, że zbrojnie Powstanie walczy z Niemcami, ale politycznie posiada ono niewątpliwie ostrze skierowane także przeciw Rosji, gdyż dąży do odrodzenia Polski związanej z zachodem Europy, nieufnej wobec Rosji. Stalin ze swego punktu widzenia ma podstawy do szukania rozwiązań innych, do wpływania na ukształtowanie Polski – jak to się mówi w języku dyplomatycznym – dobrosąsiedzkiej”. 
Tych słów próżno szukać w książkowej edycji „»Zośki« i »Parasola«”, a przecież dziś wydają się powściągliwe. Gdy młodzi się zaperzą – zdenerwuje się i powie: „Traktowałem was jak umysły dojrzałe... Zaraz... Przecież ja nie ustanawiam norm politycznych ani moralnych... Ja nie głoszę, jak być powinno, ja stwierdzam, jak jest... Ja teraz charakteryzuję rzeczywistość, a nie naprawiam świat...” To jakby początek sporu o sens Powstania, który toczy się po dziś.
Po wojnie, gdy prawie wszyscy jego wychowankowie zginęli w Powstaniu, Srocki odszedł od dawnego środowiska. Jeszcze w 1946 roku w artykule „Twórczość literacka i rzeczywistość wojenna” („Życie Literackie” 1946 nr 5/6) wykpił bezlitośnie, z niekłamaną furią, reportaż Wojciecha Żukrowskiego za jego naiwne i szukające taniej sensacji wyobrażenia o zamachu na Kutscherę i działaniach powstańczych. Dla zmarłych przyjaciół żądał przede wszystkim szacunku. Postawił im epitafium, w którym on, tak unikający patosu, pisał: „...do końca (...) grupy te, a później bataliony »Zośki« i »Parasola«, zachowały niezmienność postawy, której istotą były właśnie wspomniane wyżej cechy: bezgraniczne poświęcenie, fanatyzm służby, niczym nie ograniczona ofiarność nie tylko z własnego życia, lecz ze wszystkich własnych spraw, przede wszystkim ze spokoju i serc najbliższych”.
W 1948 roku związał się z Instytutem Bałtyckim, którego był „mózgiem i sercem”, opublikował jeszcze kilka książek na tematy polsko-niemieckie, a po likwidacji IB przeszedł do Instytutu Zachodniego w Poznaniu. Zmarł w marcu 1954 roku i został pochowany w Gdańsku-Sopocie. Jego symboliczna mogiła znajduje się na Cmentarzu Powązkowskim.

Szczegółowy biogram Bolesława Srockiego zamieścił A. K. Kunert w „Słowniku Biograficznym Konspiracji Warszawskiej 1939–1944”, t. 1, Warszawa 1991. Cytat z relacji Wandy Leopold za: Danuta Kaczyńska: „Grupa żoliborska okupacyjnego »Petu«”, w: „Warszawa lat wojny i okupacji. 1939–1944”. Z. I. Warszawa 1971. Panu prof. Władysławowi Bartoszewskiemu bardzo dziękuję za udostępnienie wspomnień Bolesława Srockiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 31 (2769), 4 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl