Pierwszą czeczeńską organizację kobiecą założyły Polka, Inguszka i dwie Czeczenki


Najsmutniejsze oczy Kaukazu

Wojciech Górecki



Moskwa. Na dworzec kazański wtacza się pospieszny z Inguszetii. Przebył 2000 kilometrów, tłukł się półtorej doby. Nic szczególnego. Z sąsiedniego peronu właśnie odszedł Barnauł, a wieczorem ruszy Ałma Ata – przez Aktiubińsk, Dżambuł i Czu. Stąd jeździ się do Ułan Bator, Pekinu, Władywostoku. Na rozkładzie czas podróży podany jest w pełnych godzinach.
Pociąg z Inguszetii – a konkretnie z Nazrania, największego miasta tej republiki – pojawił się w rozkładzie niedawno. Kursuje po uwiedomlieniju, czyli dorywczo, za każdym razem osobno zapowiadany. W praktyce odjeżdża i przyjeżdża co 3–4 dni, choć zdarzają się tygodniowe przerwy.
Hamujące ze zgrzytem wagony otacza kordon milicji. Z peronu usunięto oczekujących, miejsce bagażowych zajęli uzbrojeni w długą broń funkcjonariusze OMON-u. Dla milicjantów każdy, kto przybył z Nazrania jest potencjalnym terrorystą. Każdy musi zostać poddany drobiazgowej kontroli.
Wśród podróżnych dominują kobiety: Czeczenki i Inguszki w wełnianych spódnicach i zakrywających włosy chustach. Taszczą góry koszyków, tobołków, kartonów i walizek. Przyjechały na handel. Pewnie wydały na bilet ostatnie kopiejki. Na Kaukazie nie ma pracy, nie ma za co wykarmić dzieci. Taka handlowa wyprawa bywa ostatnią deską ratunku.
Część kobiet to wdowy. Widać to po wszechogarniającej czerni ubrań i po znaczkach z fotografiami zmarłych, przypiętych demonstracyjnie do bluz i swetrów.







Na Kaukazie kobiety często sięgają po broń: kobieta-snajper z oddziału separatystów abchaskich, walczących o oderwanie się od Gruzji; Suchumi, listopad 1993.




Rozpoczyna się rewizja bagażu, sprawdzenie dokumentów i natrętne rozpytywanie: „A po co przyjechałaś?”, „A na jak długo?”, „A gdzie będziesz mieszkać?”, „A z czego żyć?”. Kobiety wypuszczane są z peronu w 10-osobowych grupach. Ostatnie wyjdą za dwie godziny.
To preludium do tego, co czeka je w Moskwie. Jako lica kawkazskoj nacjonalnosti będą na każdym kroku poszturchiwane, wytykane palcami, obrażane. Mężczyznom będzie jeszcze gorzej: każdy patrol milicji zapyta o dokumenty, prawie każdy zażąda łapówki, grożąc aresztem „do wyjaśnienia okoliczności”.
Zosia nie wyróżnia się z tłumu. Krucze włosy i naturalnie ciemna karnacja upodobniają ją do współtowarzyszek. Do obrazu nie pasuje jaskrawoczerwony śpiwór rodem z Legionowa. Ale i tak nie sposób się domyślić, że to nie kaukaska góralka, tylko polska Żydówka z fińskim paszportem. I współzałożycielka czeczeńskiej organizacji kobiecej.

Zosia, wieczna tułaczka

Siedzimy w kuchni w jednym z tych moskiewskich mieszkań, gdzie zawsze można liczyć na gościnę. Wyposażenie jest więcej niż skromne: zwichrowana wykładzina, kilka poobijanych szafek, bucząca lodówka i koślawy stół. Dla Zosi Grodzińskiej-Klemetti to jednak luksus nad luksusy.
– Jest ciepła i zimna woda, gaz, prąd i ogrzewanie – wylicza. – Nie wieje, nie pada, nie ma szczurów. No i nie strzelają. Przyjechałeś z Polski, więc nie doceniasz. Gdybyśmy zdobyły taki lokal w Groznym czy Gudermesie...
Stowarzyszenie powstało jeszcze w marcu 2001, ale dopiero niedawno udało się je zarejestrować. Nazywa się „Związek Kobiet Twórczych”. W statucie zapisano, że celem organizacji jest „obrona interesów kobiet w społeczeństwie, stworzenie równych warunków dla rozwoju ich talentów, odrodzenie moralnych i duchowych wartości Wajnachów [mianem tym określa się wspólnie Czeczenów i Inguszy – WG] zgodnie z Kartą ONZ”.
– Chodzi nam o emancypację – tłumaczy Zosia. – Emancypację prawdziwą, a nie taką na wzór sowiecki, gdy formalnie wszystko było w porządku, ale kobieta nie mogła zrobić kroku bez zgody ojca, męża czy brata. Stawiamy na oświatę. Tylko edukacja może zniwelować przepaść, jaka dzieli na Kaukazie obie płcie. Tylko wykształcone dziewczyny będą umiały dopomnieć się w tym patriarchalnym świecie o swoje prawa.
Pytam Zosię, ile członkiń liczy stowarzyszenie.
– Cztery – odpowiada. – Mamy też kilkanaście sympatyczek. Wspierają nas po cichu, bo na Kaukazie do takich nowinek podchodzi się z nieufnością. To osoby sprawdzone, kierujące się podobnymi wartościami. Z jedną z koleżanek musiałyśmy się rozstać, bo jej zależało na tytule prezeski, a nas interesowała konkretna robota. Nigdy nie będziemy organizacją masową, raczej elitarnym klubem. Oby wpływowym i opiniotwórczym.
Zosia, wieczna tułaczka.
Urodziła się gdzieś na wschód od Warszawy tuż przed końcem II wojny światowej. Nie wie, kim byli rodzice. Kiedy państwo Grodzińscy zabierali ją z żydowskiego sierocińca, uczyła się dopiero mówić. W szkole najbardziej lubiła rosyjski. Przybrana matka (dla Zosi po prostu: mama), która spędziła wojnę na Syberii, korygowała jej wymowę i uczyła poprawnego akcentu.
W 1968 r. studiowała na Uniwersytecie Warszawskim. Kończyła prawo. Dyplomu nie zrobiła. Oficer bezpieki, który przesłuchiwał ją w związku z wypadkami Marca, zasugerował, że byłoby lepiej, gdyby szybko opuściła kraj. Zrozumiała. Dostała „Dokument Podróży”. Putiewoj dokumient. Titre de voyage.
Już w Finlandii ukończyła historię nowożytną, stosunki międzynarodowe i rusycystykę. Nauczyła się kilku języków. Podjęła pracę wykładowcy na uniwersytecie w Helsinkach. Zajęła się kwestiami bezpieczeństwa: NATO i Układem Warszawskim.
Wyszła za mąż, rozwiodła się.
Śledząc doniesienia z rozpadającego się Związku Radzieckiego poczuła, że wiedza, którą latami przekazywała studentom, lada chwila stanie się bezwartościowa. Dwubiegunowy świat odchodził w przeszłość. Chciała zobaczyć narodziny nowego.
Na punkt obserwacyjny wybrała Kaukaz. Tam było najgoręcej. Tam skumulowało się najwięcej konfliktów. Sto pokrzywdzonych przez historię narodów zaczęło naraz domagać się sprawiedliwości. Pod koniec 1991 r. wylądowała w Machaczkale, stolicy leżącego nad Morzem Kaspijskim Dagestanu. Wcześniej, po raz pierwszy od 20 lat, przyjechała do Polski.
Lata 90. spędziła w podróżach między Helsinkami, Warszawą i Kaukazem. Najczęściej bywała w republice czeczeńskiej, która próbowała wybić się na niepodległość. Czeczeni nie godzili się na zależność od Moskwy i nie uznali nowej rosyjskiej konstytucji. W zamian uchwalili konstytucję własną. W latach 1994-96 toczyła się rosyjsko-czeczeńska wojna, która zostanie później nazwana „pierwszą”. Górale wygrali ją i wyparli Rosjan. Przez następne trzy lata – aż do kolejnej wojny – Czeczenia była faktycznie niepodległa, choć nie uznawał jej żaden kraj ani organizacja międzynarodowa.

Polka, Inguszka,  dwie Czeczenki 

Grozny, zima 1999 r.
Od jesieni Zosia przebywała w Czeczenii i sąsiedniej Inguszetii niemal bez przerwy. W Finlandii zjawiała się teraz rzadko, a w Polsce, odkąd pochowała mamę (tato zmarł dużo wcześniej) – jeszcze rzadziej. Wciąż zbierała materiały do naukowej monografii, którą zaczęła pisać przed dekadą.
W bombardowanym Groznym zaprzyjaźniła się z Dagman Murtazalijewą, czeczeńską dziennikarką i poetką, która od lat marzyła o założeniu organizacji feministycznej. W piwnicy opodal Szpitala Numer 1, gdzie obie schroniły się przed nalotem i gdzie przyszło im spędzić kilka dni bez jedzenia i prawie bez picia, spierały się o kwestie programowe oraz taktykę i strategię działania. Tak zrodziło się stowarzyszenie.
Dagman była młodsza od Zosi o 20 lat. Urodziła się w Kazachstanie, dokąd Stalin wysiedlił w 1944 r. wszystkich Czeczenów (po śmierci generalissimusa większa część narodu wróciła na Kaukaz, ale parę tysięcy zostało w Azji Środkowej i do nich zaliczali się rodzice Dagman).
Ukończyła filologię rosyjską, ale nie mogła dostać pracy. Kazachowie właśnie otrzymali państwo i chcieli rządzić się po swojemu. Nie potrzebowali rusycystek ani Czeczenów. W 1993 r. osiedliła się w Groznym, ale tam też nie było pracy. Jako kobieta, na dodatek wywodząca się z jednego z mniej znaczących czeczeńskich klanów, nie miała szans na karierę. Tymczasem, w przeciwieństwie do koleżanek, które dawno powychodziły za mąż i chowały dzieci – a jeśli nawet pracowały, to tylko żeby dorobić: najczęściej w handlu, z rzadka jako nauczycielki i lekarki – jej marzyła się kariera zawodowa. W końcu zaczepiła się w jednej z gazet, potem w telewizji. Wydała tomik wierszy. Opublikowała kilka opowiadań.
Wkrótce do Zosi i Dagman dołączyła Roza Agasijewa, reżyser teatralna, oraz Małkan Matajewa, prawniczka i technik farmacji. Nowe towarzyszki były w wieku Dagman i miały podobne doświadczenia: mozolnie, zawsze nieco wbrew rodzinie zdobywane wykształcenie, morderczy wysiłek, którym okupywały kolejne sukcesy. W grudniu 1999, gdy w Groznym i innych miastach toczyły się najcięższe walki, gdy republikę opuszczały dziesiątki tysięcy uchodźców, te cztery kobiety: Polka, Inguszka (Roza) oraz dwie Czeczenki wymyśliły ostateczną formułę organizacji.

Smutne oczy Dagman

W grudniu 2001 poznałem we Władykaukazie Dagman. Towarzyszyła Zosi, którą znałem wcześniej, i z którą umówiłem się tam przez internet. Dagman powiedziała mi o kłopotach z rejestracją stowarzyszenia i poprosiła o kontakt z fundacją Jolanty Kwaśniewskiej „Porozumienie bez Barier” (– Nie chcę pieniędzy, tylko know how – wyjaśniła).
– Opowiem wszystko – zadeklarowała, gdy spytałem, czy mogę opisać ich organizację. – Ale nie wchodźmy w szczegóły. Nie chodzi o Zosię, ona jest Europejką. Chodzi o Rozę, Małkan i o mnie. Widzisz, my jesteśmy między młotem a kowadłem. Z jednej strony zagraża nam, jak wszystkim Czeczenom, rosyjska armia. Z drugiej, uwiera nas tradycja. Starcom z mojego rodu nie mieściłoby się w głowie, że siedzę tu sama z obcym mężczyzną. Gdyby się dowiedzieli, wyklęliby, potraktowali jak dziwkę. Każdy mógłby mnie opluć.
– Jedną z nas, ale nie powiem którą – ciągnęła Dagman – zgwałcił pijany Czeczen. Stało się to w biały dzień, ludzie widzieli, na co się zanosi, nikt nie zareagował. Drugiej o mało nie zgwałcili pijani rosyjscy żołnierze. Złapał ją jeden i zaczął skrzykiwać kolegów: „Chodźcie, jest baba, zabawimy się”. Na szczęście przechodził oficer i kazał ją zostawić. Trzeciej zaginął mąż. Szukała go przez wiele miesięcy. W końcu pojechała do Rostowa, gdzie składują nierozpoznane zwłoki. Mąż leżał w chłodni, zmasakrowany. Za 2,5 tys. rubli [350 zł – WG] wydali jej ciało, nie bawiąc się w pokwitowania. Nie wiadomo, dlaczego zginął, ani w jakich okolicznościach. Takie są nasze losy.
Dagman pracowała w przedstawicielstwie Duńskiego Komitetu ds. Uchodźców, jednej z tych nielicznych zachodnich organizacji, które nieprzerwanie niosą Czeczenom pomoc humanitarną. Jak na tamtejsze warunki, zarabiała krocie, ale przy każdej okazji wyrywała się do Władykaukazu albo do Nalczyka. Ożywiła się, gdy razem z Zosią poszliśmy do kawiarni – dowcipkowała, śmiała się. Nie potrafiła zmienić tylko wyrazu oczu. To były najsmutniejsze oczy, jakie widziałem na Kaukazie.
Wtedy, w kawiarni, pomyślałem, że cały ten Związek jest dla jego czterech członkiń rodzajem terapii, wysepką normalności w nienormalnym świecie. W trakcie kolejnych, protokołowanych rzecz jasna posiedzeń, mogły rozmawiać do woli o literaturze i muzyce, mogły żartować bez wyrzutów sumienia, że robią coś niestosownego, że zajmują się głupstwami, gdy tymczasem wokół giną ludzie: przecież dyskutują nad propozycjami programów w przyszłych czeczeńskich szkołach albo omawiają sytuację dzieci w obozach dla uchodźców.
A może je takimi domysłami krzywdziłem?
Zosię krzywdziłem na pewno. Z jej następnego e-maila dowiedziałem się, że wzięła w Inguszetii fikcyjny ślub, aby móc ado-ptować, a potem zabrać do Finlandii czworo osieroconego rodzeństwa. Tylko czy potrzebowała do tego stowarzyszenia?

„Wszystkiego nie zostawię”

Znów Moskwa. Idziemy z Zosią na dworzec leningradzki, sprawdzić pociągi do Helsinek.
– Zosiu, co ty jeszcze robisz na Kaukazie? – pytam. – Rozumiem, co robi Dagman, Roza i Małkan. To ich kraj, ich wojna. Ale ty?
– Ciągle nie skończyłam mojej monografii – odpowiada. – Ten Kaukaz jakoś mi się rozszerza. Był Dagestan, Czeczenia, Inguszetia, Osetia Północna, po drodze Abchazja. Została Czerkiesja, Kabarda, Karaczaj. Nie dozbierałam jeszcze materiałów.
– W ten sposób nigdy ich nie dozbierasz – mówię. – Zatracisz dystans do tematu i poczucie własnej odrębności, które w ogóle pozwala pisać.
– Nie zatracę – upiera się. – Przeciwnie. Najpierw idealizowałam Czeczenów, teraz patrzę bardziej obiektywnie. Widzę ich złe strony. Widzę żywą sowiecką mentalność. Już nie tak łatwo mnie okpić, już nie biorę każdej bajki za dobrą monetę.
– No dobrze – nie daję za wygraną. – Ale dlaczego żyjesz ich życiem, dlaczego działasz w tym stowarzyszeniu?
– Kiedy tam zamieszkałam – mówi – zrozumiałam, że inaczej nie można. Że nie można tam żyć i się od wszystkiego izolować. Że trzeba coś robić. Choćby małego. Choćby na polu humanitarnym.
– Wrócisz?
– Wrócę. Przecież teraz tego wszystkiego nie zostawię.
Pociąg do Helsinek odchodzi, bez opóźnień i komplikacji.


Autor jest reporterem i publicystą. Pracuje w Ośrodku Studiów Wschodnich. Wiosną br. ukazała się jego reporterska książka pt. „Planeta Kaukaz” (wyd. PWN).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 31 (2769), 4 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl