„Do Reichu” i z powrotem

Tadeusz Chrzanowski



Kazimierz Traciewicz wydał – po „Jom Kipur”, powieści poświęconej losom Żydów w czasie okupacji – drugą opowieść okupacyjną, o Polakach, którzy zostali wywiezieni na roboty do Reichu, a przy okazji o Niemcach tam zamieszkujących (rzecz dzieje się na Śląsku) i o pierwszych miesiącach rządów polskich na tym terenie. 



Bohaterka, dziewczyna imieniem Zosia, trafia do rodziny niemieckiej prowadzącej restaurację w małym miasteczku, niejakich Küchlerów, którzy jej okazują wiele serdeczności i opiekują się nią jak rodzice. Dzięki swej prostolinijności i pracowitości Zosia zyskuje coraz większą sympatię pośród Niemców, jako też pośród Polaków, których sporo pojawiło się w mieście w związku z nieustannymi transportami „siły roboczej” do Reichu.
Narracja unika zbytniego przeładowania dramatyzmem, choć oczywiście nie brak tu okrucieństw, ale pośród tych motywów tragicznych rozciąga się pasmo wydarzeń zwykłych i ludzkich, zarysowują się nici sympatii, słabiutki nurt życia zwyczajnego wciska się w strefę nienawiści i upodlenia. Traciewicz wyraźnie rozdziela jasne i ciemne barwy, ukazuje wydarzenia o rozmaitej temperaturze. Maluje życie oparte na wielości nastrojów i motywacji.
Tamte czasy poznał z autopsji, chociaż w latach okupacji był jeszcze bardzo młody. Ale dojrzewanie było wtedy przyśpieszone, a ludzkie doświadczenie nieustannie lawirowało pomiędzy współczuciem i nienawiścią. Pamiętam ostatnie godziny niemieckiej władzy, żołnierzy z pierwszej linii frontu, wygłodniałych i śmiertelnie umęczonych; chociaż w latach okupacji obiecywaliśmy sobie rżnięcie bezlitosne tych niedobitków, dawaliśmy im chleba z buraczaną marmoladą i herbatę.
Umiejętności pisarskie krakowskiego realisty trzeba umieć docenić. Kraków był zresztą zawsze ostoją takiego właśnie realizmu, nie szukającego efektów. Jego przedstawicielem był przed wojną Jalu Kurek, a po wojnie między innymi Kornel Filipowicz. Tak zresztą musiało być, skoro była to także pepiniera awangardy rozmaitych odmian. W tym mieście przedziwnych tajemnic, mieście magicznym i ślicznym, uniwersyteckim i kabaretowym potrzebni byli zawsze reprezentanci kierunków skrajnych. I pojawiali się, bo gleba była tu urodzajna. 
Z Kaziem, pod berłem Kornela, uprawialiśmy w latach 80. ostatnią (daj Boże) konspirację, organizowaliśmy spotkania literackie i klasztory, zwłaszcza tyniecki i karmelitów trzewiczkowych na Piasku, wspomagały nas swym parasolem. Stąd moja sympatia z czasów podziemnego „Miesięcznika Małopolskiego” do tych, z którymi spotykaliśmy się po kryjomu, a z których grona już tylu druhów (i druhen) odeszło w literackie zaświaty. Jedna z druhen zawędrowała na tron noblowski w Sztokholmie, a ze Stanów Zjednoczonych doszlusował do niej inny druh-noblista, nestor poezji polskiej. Bo o genius loci Krakowa świadczą także owe powroty, by nie pominąć Mrożka.
Traciewicz jednak nie pisze opowieści o czasach i ludziach, aby czytelnika porwać i unieść w tajemnicze rewiry fantazji. On ma wyraźny cel: pragnie ukazać skomplikowane relacje przedstawicieli różnych kultur, wyznań, mentalności. Jest przy tym urodzonym optymistą, wierzy w naturalną dobroć mieszkającą w człowieku, więc nie obawia się podejmować wątków, które w mojej opinii – notorycznego sceptyka – nie są, przynajmniej dziś, do rozwiązania. Dlatego podjął wątek niemiecki z całym nawarstwieniem rozmaitych żalów i stereotypów. 
W świadomości milionów mieszkańców naszej planety roi się na niej od poszkodowanych, natomiast tych, którzy te poszkodowania sprawili, nie ma lub są tylko nieliczni. Oczywiście propaganda pana Goebbelsa nie przechwalała się publicznie osiągnięciami w rozmaitych zakresach uprawianych przez hitleryzm zbrodni. Pamiętam, jak pod koniec okupacji niespodziewanie pojawił się w domu mojej babci w Bieżanowie niemiecki oficer i przedstawił jako daleki krewny. Przejeżdżając obok obozu w Płaszowie szalał z oburzenia, że gestapo coś takiego stworzyło; było dlań oczywiste, że gestapo jest organizacją zbrodniarzy i że Hitlera nikt o tym nie informuje... Z drugiej strony czy dla nas (akurat w czasie wizyty tego germańskiego herosa, w obozie płaszowskim przebywali syn i wnuczka mojej Babci) istniało jakieś rozróżnienie pomiędzy Niemcami dobrymi i złymi? A tym właśnie zajmuje się Kazimierz ukazując codzienność Reichu, w którym obok gestapowców żyją „heimlich und gemütlich” jacyś zacni Kuchlerowie. 
Śmiałym czynem autora było ukazanie w mrocznych barwach początków polskiej okupacji niemieckiego Śląska, okresu wysiedleń, obozów pracy, panoszenia się bezpieki, szabrownictwa i całej tej plugawości, która pojawiła się na „ziemiach odzyskanych” (jak można było odzyskiwać coś, co nigdy do Polski nie należało, jak np. Pomorze Zachodnie i znaczne obszary nad dolną Odrą?). Zosia, dotknięta serią nieszczęść (śmierć rodziców, losy niemieckich przyjaciół, identyfikacja szefa miejscowej bezpieki jako dawnego volksdeutscha i szmalcownika z Warszawy), przeżywa głęboki kryzys, który ją prowadzi do klasztoru, do łagiewnickiego sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Ten jakże aktualny akcent w zakończeniu książki ukazuje rąbek nadziei w świecie pełnym krzywd i nienawiści.

KAZIMIERZ TRACIEWICZ, „DO REICHU”. Poznań 2001, wydawnictwo FENF. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 31 (2769), 4 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl