Dlaczego pękło serce „Zygmunta”

Patrycja Bukalska z Pragi 



W Czechach nastał czas „realistów”, wyciągających wnioski z nastrojów społecznych, a kończy się epoka „marzycieli”, działaczy społecznych o dysydenckich rodowodach. Ostatni z nich, Vaclav Havel, wkrótce wycofa się z życia politycznego. Jego prezydentura to kilkanaście trudnych lat: od Aksamitnej Rewolucji, przez rozpad Czechosłowacji i trudną transformację do chwili, gdy Czechy dzieli krok od wejścia do UE. Odejście Havla to koniec epoki. Nie obniży to wartości czeskiej demokracji, ale rzadziej będzie można usłyszeć bezkompromisowy głos o moralności w polityce.



Od ponad dwóch tygodni Czesi mają nowy rząd i choć świeżo upieczonego premiera Vladimira Szpidlę czeka na początku sierpnia najważniejszy test – głosowanie nad wotum zaufania dla jego gabinetu – to wszyscy już się cieszą, że po raz pierwszy od sześciu lat w Czechach udało się stworzyć rząd większościowy. W jego skład weszli zwycięscy socjaldemokraci oraz tzw. Koalicja, czyli sojusz chadeków i prawicowej Unii Wolności-DEU. 
W niższej izbie parlamentu rząd Szpidli dysponuje jedynie kruchą większością jednego głosu – 101 z 200 mandatów – więc najbliższe lata nie będą wolne od kryzysów. Na razie jednak wszyscy uznali, że pora na relaks. Miejsce rozważań o nowym rządzie na pierwszej stronie jednego z głównych dzienników zajęło już niepokojące pytanie: czy w tym roku politycy znajdą czas na wakacje? Najpierw wybory, potem rozmowy koalicyjne, a w sierpniu głosowanie nad wotum zaufania – gdzie tu wcisnąć choć dwa tygodnie urlopu? Obywatel zaniepokojony ciężkim losem parlamentarzystów może jednak spać spokojnie: wakacje będą, a politycy, tak jak większość Czechów, będą wypoczywać w tradycyjny sposób, czyli majsterkując lub pracując w ogrodzie na swoich daczach, zwanych tu „chalupami”. Tylko nieliczni przyznają się do marzeń o plażach Chorwacji czy Krety. 

Kto się przysłużył komunistom

Jeśli ktoś może odpoczywać ze szczególnym zadowoleniem, to komuniści: oni są prawdziwym zwycięzcą wyborów. Logo czeskich komunistów tworzą dwie czerwone czereśnie, motyw zaczerpnięty podobno ze starej francuskiej piosenki miłosnej „Wróci jeszcze czas czerwonych czereśni...”. Wybory w środku czereśniowego sezonu okazały się dla komunistów szczęśliwe: nieoczekiwanie zajęli trzecie miejsce, zdobywając ponad 18 proc. głosów, podczas gdy sondaże dawały im 12 proc. Dla Komunistycznej Partii Czech i Moraw (KSCzM) to najlepszy wynik od 1989 r. i szansa na przełamanie izolacji politycznej, w której się dotąd znajdowali. 
Mimo stałego poparcia społecznego – w czasie akcji NATO w Kosowie w 1999 r. komuniści wysunęli się na drugie miejsce w sondażach – od komunistów, uznawanych za ekstremistów, odżegnywały się bowiem wszystkie partie, i to na wyprzódki. Co nie przeszkadzało im szukać poparcia KSCzM w konkretnych głosowaniach. Konsekwentnie ignorował ich prezydent Vaclav Havel, który nawet po ostatnich wyborach nie spotkał się z ich przedstawicielem. Teraz komuniści mają swoje pięć minut: są świadomi sukcesu i swego potencjału. W 200-osobowej izbie mają 41 mandatów, niemal dwa razy więcej niż w latach 1998–2002, a jeden z ich liderów Vojtiech Filip został wiceprzewodniczącym parlamentu – precedens od początku istnienia samodzielnego państwa czeskiego. 
Tuż po wyborach publicyści gorączkowo starali się znaleźć winnego sukcesu komunistów. Wielu wskazywało na lidera Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS) Vaclava Klausa, który – podgrzewając debatę wokół tzw. dekretów Benesza i potencjalnego zagrożenia niemieckiego – wbrew swym intencjom przysporzył wyborców nie swojej partii, ale właśnie KSCzM. Komuniści od dawna bowiem kreują się na nieugiętych obrońców interesów narodowych przed pazerną Brukselą, ekspansywnym Berlinem i Zachodem w ogóle. Niektórzy z komentatorów zwracali jednak uwagę, że paradoksalnie komunistom przysłużył się Havel i ci wszyscy, którzy przez lata trzymali ich poza demokratycznym spektrum. Po latach skomplikowanej, pełnej błędów i afer czeskiej transformacji, komuniści mogą się teraz stroić w szatki jedynych sprawiedliwych, nie zbrukanych korupcją i nie obciążonych odpowiedzialnością za skutki reform. To sprawia, że KSCzM staje się niemal wzorcową partią protestu, szukającą wyborców wśród ludzi, którzy nie odnaleźli się w nowej rzeczywistości. 
Ten obraz psują nieco młodzi zwolennicy komunistów: 20-latkowie, tyleż pełni ideałów sprawiedliwości społecznej, co kompletnie nieświadomi doświadczeń ostatnich kilkudziesięciu lat. Najmłodsza posłanka nowej kadencji, 21-letnia Katerzina Koneczna pochodzi właśnie z listy KSCzM. W parlamencie pojawiła się w twarzowym czerwonym kostiumie – i trudno nie przypomnieć w tym momencie starego dowcipu o byku i działającej na niego płachcie. O ile jednak młodziutka blondynka jest po prostu medialną atrakcją w nudnych poselskich szeregach, to wśród komunistów są też politycy zręczni i inteligentni, jak np. Miroslav Ransdorff. Niewykluczone, że wykorzystają oni swą szansę i partię protestu spróbują przekształcić w ugrupowanie bardziej umiarkowane, które będzie mogło stać się w przyszłości partnerem np. socjaldemokratów. 

Pomnika Klausa nie będzie 

Jednak na wakacyjne odprężenie nie wszyscy mogą sobie pozwolić. Niejeden gracz musi na nowo odnaleźć się na czeskiej scenie politycznej. Pojawiają się nowe gwiazdy, a stare gasną lub rozpaczliwie walczą o przetrwanie. 
Jednym z tych, którzy nie dają za wygraną, jest szef konserwatywnej i narodowej ODS, i zarazem największy przegrany wyborów: Vaclav Klaus. Jego partia przegrała z socjaldemokratami Vladimira Szpidli, zdobywając o sześć procent głosów mniej (24,5 proc. do 30 proc.). A przecież w sondażach niemal do końca różnica poparcia dla tych dwóch najsilniejszych partii wahała się w granicach błędu statystycznego i żaden analityk nie był w stanie przewidzieć, kto wygra. 
Przełomowe okazały się dwa ostatnie tygodnie kampanii ODS, skoncentrowanej na osobie przewodniczącego. Wielkie billboardy, hasło „Naród wybiera Klausa”, głos Klausa, który odzywał się w tysiącach słuchawek telefonicznych w całym kraju i przekonywał do głosowania na ODS – to wszystko nie tylko nie przyniosło pozytywnych rezultatów, ale przeciwnie, zniechęciło część potencjalnych wyborców. Powszechne rozbawienie wzbudziła wypowiedź popularnej piosenkarki Lucii Bilej, że pomnik Klausa stanie kiedyś na praskim Staromiestskim Namiesti, obok pomnika Jana Husa. Bila, od lata znana z uwielbienia dla – jak zwykła go nazywać – „Profesora”, tym razem przeszła sama siebie. „Rozumiem, że to polityka i tak się robi, ale to przecież śmieszne” – chichotała znajoma pani, już po osiemdziesiątce, która w ostatnich dziesięcioleciach widziała budowę i upadek niejednego pomnika w centrum stolicy. 
Czas bezkrytycznego kultu Klausa minął i to nawet wśród zwolenników ODS, której członkowie coraz więcej mówią o potrzebie zmiany. „Jeśli Klaus nie odejdzie, ODS stanie się partią bez przyszłości, w której prócz przewodniczącego nie ma żadnej innej znaczącej osobowości. Jeśli jednak zastąpi go ktoś inny, ODS ma szansę stać się standardową partią prawicową” – przewiduje znany czeski publicysta i redaktor naczelny miesięcznika „Listy” Vaclav Żak. „Klaus jest osobowością polaryzującą, nie jest w stanie zaproponować już nic nowego, a swoimi skłonnościami do nacjonalizmu i antyeuropejską retoryką odstraszył sporo wiernych wyborców. A przecież to właśnie elektorat ODS jest w Czechach najbardziej proeuropejski. Jeśli Klaus zostanie na czele swojej partii, ODS czekają dalsze porażki” – wyrokuje z kolei Jirzi Pehe, publicysta związany z prezydenckim Hradem i dyrektor New York University w Pradze. O losie Klausa jako przewodniczącego rozstrzygnie zjazd ODS, ale dopiero w grudniu, po jesiennych wyborach do Senatu oraz samorządów. Wtedy też okaże się, czy ODS bez Klausa jest możliwa. Swoją drogą: o nowym, świeżym przywództwie ODS Czesi debatowali już kilkakrotnie i dotąd zawsze kończyło się to odejściem kilku osobistości albo nawet całej frakcji z tej partii – oraz „zwarciem szeregów” wokół Klausa. 
Na razie Klaus ma jeszcze czas na wyciągnięcie wniosków, jednak, jak uważa Jirzi Pehe, nie jest do tego zdolny. Dowód: Klaus znowu upatruje przyczyn klęski w spisku mediów, nie przyjmując tezy ekspertów ODS, że winę za czerwcową porażkę ponosi źle zaplanowana kampania wyborcza. Zdaniem wielu komentatorów, Klaus jest uzależniony od władzy i trudno będzie mu się pogodzić z rolą szeregowego posła. Przez ostatnie cztery lata ODS znajdowała się bowiem w opozycji, ale miała wpływ na rządy dzięki tzw. umowie opozycyjnej: w zamian za wspieranie mniejszościowego socjaldemokratycznego rządu Milosza Zemana, przedstawiciele ODS otrzymali wpływowe stanowiska, m.in. w parlamencie; sam Klaus został przewodniczącym izby niższej. Teraz też starał się o to stanowisko, ale przegrał z socjaldemokratą Lubomirem Zaoralkiem – to oznacza stratę nie tylko wysokiej pensji, ochrony i służbowego wozu, ale co najważniejsze – prestiżu i wpływów. Najbliższe miesiące pokażą więc, czy Klaus odnajdzie się w nowej sytuacji. I czy ODS uda się przeprowadzić wewnętrzną reformę. 

Styl Szpidli

Podczas gdy ODS nieśmiało przymierza się do dyskusji nad zmianą kierownictwa, socjaldemokracja ma ją już za sobą – i prawdopodobnie tu tkwią źródła jej sukcesu. 
Milosz Zeman, dotychczasowy premier, człowiek, który wprowadził swą partię na szczyt i z powodzeniem rządził przez cztery lata – co dotąd w Czechach udało się tylko Klausowi, w latach 1992-96 – sam zdecydował o odejściu. Rok przed wyborami przekazał władzę w partii Vladimirowi Szpidli, twierdząc z właściwą sobie otwartością, że ze wszystkich kandydatów ma on „najmniejszy deficyt inteligencji”. Miał rację, bo w trakcie kampanii wyborczej ten niepozorny urzędnik w szarym garniturze okazał się największym atutem socjaldemokratów. „Jest wiarygodny, przekonujący i w ostatnim czasie wyrasta na niezwykle silnego polityka” – mówi Alexander Mitrofanov, publicysta związany z lewicowym dziennikiem „Pravo”. I dodaje: „Być może teraz do czeskiej polityki powróci pojęcie »polityka, który dotrzymuje słowa«”. 
Szpidla trafia do obywateli obietnicami bezpłatnych leków dla emerytów i innymi wizjami państwa opiekuńczego, ale nikt nie ma wątpliwości, że najważniejszy jest jego styl: rzeczowy i powściągliwy. Z szacunkiem mówią o nim nawet eksperci nie związani z lewicą, jak wspomniany Jirzi Pehe. Czesi byli już wyraźnie zmęczeni zarówno arogancją Klausa, jak i niewyparzonym językiem Zemana. 
Czy Szpidla spełni pokładane w nim nadzieje? Na razie przesunięcia personalne wystarczyły, aby uspokoić wyborców, których kilkadziesiąt tysięcy wyszło w 1999 r. na Vaclavskie Namiesti, wołając pod adresem politycznych liderów: „Dziękujemy, odejdźcie”. Wtedy wydawało się, że radykalne zmiany w czeskiej polityce są nieuniknione. Mówiono o powstaniu zupełnie nowej partii, ale kolejne inicjatywy obywatelskie rozmywały się w teoretycznych dyskusjach. Nie zdała też egzaminu powstała w 1998 r. „Czwórkoalicja”, czyli sojusz czterech ugrupowań (chadecy z KDU-CzSL, Unia Wolności i dwie małe partyjki prawicowe ODA i DEU), które postanowiły wspólnie przeciwstawić się dyktatowi dwóch wielkich: Zemana i Klausa. Po kłótniach i kryzysach „Czwórkoalicja”, teraz zwana „Koalicją” (odeszła z niej ODA) w czerwcowych wyborach uplasowała się na czwartym miejscu, za komunistami, zdobywając jedynie 14 proc. głosów. 
Ten ostatni wynik pokazuje zmianę w czeskim społeczeństwie. Rozgoryczenie sprzed kilku lat częściowo zaleczyły sukcesy socjaldemokratycznego rządu: poprawiła się sytuacja gospodarcza, znikł „niedobry nastrój”, o którym mówił Havel. Według ośrodka badania opinii publicznej STEM pod koniec 1999 r. z sytuacji politycznej zadowolonych było jedynie 7 proc. Czechów, a na początku tego roku już 30 proc.! Radykalna zmiana na scenie politycznej okazała się niepotrzebna. Miejscowi złośliwcy przypominają, że to właśnie w Pradze Jaroslav Haszek powołał kiedyś Partię Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa. Wyborcom zamiast rewolucji wystarczyła ewolucja, np. personalna, do której doszło w rządzącej socjaldemokracji: Zemana zastąpił bardziej cywilizowany Szpidla, odsunięto polityków kojarzonych w mediach z korupcją. Pod przywództwem Szpidli szansę dostali tacy ludzie, jak nowy przewodniczący niższej izby parlamentu Lubomir Zaoralek. Ten lewicowy intelektualista (z komunistyczną przeszłością) i filozof jeszcze przed wyborami był w swojej partii – dokładnie z tych samych powodów – „czarną owcą”. Krytyki nie szczędził mu sam Zeman. Podobny awans spotkał jednego z najpopularniejszych polityków w kraju, Petrę Buzkovą: wcześniej niszczona spiskami ludzi z otoczenia premiera, dziś została ministrem edukacji.

Koniec epoki Havla

Socjaldemokratom do przeprowadzenia zmian wystarczył sam Szpidla: realista, który wyciągnął wnioski z nastrojów społecznych. Nie udało się to natomiast działaczom społecznym, idealistom i marzycielom o dysydenckich rodowodach. Ostatni z nich, Vaclav Havel za pół roku ostatecznie wycofa się z życia politycznego. Jego epoka to kilkanaście trudnych lat: od Aksamitnej Rewolucji, przez rozpad Czechosłowacji i trudną transformację, do chwili, kiedy Czechy dzieli tylko krok od wejścia do Unii Europejskiej i przypieczętowania przynależności tej części Europy do demokratycznego Zachodu. 
Odejście Havla to koniec pewnej epoki – bez względu na to, kto go zastąpi. Nie obniży to wartości czeskiej demokracji, choć może rzadziej będzie można usłyszeć nad Wełtawą bezkompromisowy głos o moralności w polityce. W 1997 r. Adam Michnik pisał: „Demokracja nie jest nieomylna, bowiem w debacie wszyscy są równi. Dlatego potrafi ulec manipulacji i być bezradna wobec korupcji. Dlatego często wybiera banał przeciw wybitności, spryt przeciw szlachetności, pustą obietnicę przeciw kompetencji. Demokracja jest ciągłym artykułowaniem partykularnych interesów, szukaniem kompromisów moralnych pomiędzy nimi, targowiskiem pasji i emocji, zawiści i nadziei, jest wieczną niedoskonałością, zmieszaniem grzechu z cnotą, świętości z łajdactwem”. I może takie właśnie – smutne, ale optymistyczne – pożegnanie z ideałami czasów transformacji jest najlepszym komentarzem do tych wyborów.
Wychodząc tłumnie w 1999 r. na Vaclavskie Namiesti Czesi pokazali, że chcą zmiany. Ale okazało się, że wystarczy im zmiana kontrolowana, prowadzona drogą parlamentarną. „Właściwy człowiek na takie czasy” – mówią Czesi o nowym premierze, przekonani, że teraz porządek będzie jeszcze większy i żyć będzie się jeszcze lepiej. Czy tak będzie i czy wyborcy to docenią, zobaczymy za cztery lata. W najbliższym czasie nie należy spodziewać się sensacyjnych doniesień znad Wełtawy. Wiadomo, że przez następne pół roku Vaclav Klaus będzie walczył o swą pozycję, Havel będzie odwiedzał swój dom w Portugalii i przygotowywał się do zasłużonej emerytury, a były premier Zeman, zgodnie z zapowiedzią, przeprowadzi się na wieś na Wyżynę Czesko-Morawską, gdzie będzie pić piwo, becherowkę i obejmować drzewa.
15 czerwca, kilka godzin po zamknięciu urn, na wieży katedry Św. Wita w Pradze pękło serce największego czeskiego dzwonu: Zygmunta. Według legendy to zły znak. Takiego zdania było też sporo Czechów, zwłaszcza gdy ogłoszono sukces komunistów. Ale teraz Czesi sądzą, że lęk był nieuzasadniony. Jan Matiejka, kustosz kapituły Św. Wita, głosy o złym omenie skomentował krótko: „To absurd. Przecież nie żyjemy w średniowieczu”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 31 (2769), 4 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl