Rzeczy prawdziwe i fantasmagorie

Waldemarsudde

JADWIGA ŻYLIŃSKA

Mój pobyt w Paryżu zaczynałam nieodmiennie od Notre Dame. Wizytę w Sztokholmie od Waldemarsudde, parku założonego przez księcia Eugeniusza Bernadotte.
Park jest znaczony ścieżkami, mostkami, przyozdobiony rzeźbami Mille’a, Bourdelle’a. Stoi tam też stary wiatrak i pałac.
Owego lata zwiedzaliśmy przed południem Gamla Stan (Stare Miasto), do Waldemarsudde wybraliśmy się dopiero pod wieczór. Na zwiedzanie pałacu było za późno. Stał zamknięty.
Jerzy i Andrzej stali przed pałacem, demonstrując swoją męską niezależność. Wędrowałam więc samotnie, poddając się panującej tu aurze, której czas się nie imał. Nie czas dobowy, ale czas w ogóle. Jakby gęste gałęzie stanowiące sklepienie wstrzymywały dzianie się bieżących wypadków. Ni stąd, ni zowąd przypomniały mi się słowa Fausta: „Verweile noch, du bist so schön”. O jaką chwilę chodziło, nie wiedziałam. O jakąś chwilę w czasie przeżytym tu, w Waldemarsudde.
W jednej z alejek spotkałam starszą damę w niemodnym kapeluszu z woalką, z szalem na ramionach, w rękawiczkach i z wyrysowanymi cienką kreską brwiami. Zagadnęłam ją, w którą stronę winnam się udać, żeby dojść do ulicy. Wskazała ręką kierunek i szybko oddaliła się.
Raz jeszcze spotkałam ją na mostku zapatrzoną w głąb parku. Ujrzawszy mnie, czym prędzej umknęła. Mam ochotę napisać, że ratowała się ucieczką. Nie kwapiła się do rozmowy ze mną, w przeciwieństwie do innych starych pań spotykanych na ulicach Sztokholmu, które, zapytane o jakąś ulicę, chętnie podprowadzały do niej, a jedna zaprosiła mnie na kawę. W Sztokholmie roi się od starych samotnych pań łaknących towarzystwa.
Ale ta wolała obcować z samą sobą. Albo może z tymi, którzy towarzyszyli jej w tym miejscu przed laty. Przybyła na spotkanie ze wspomnieniem. Należała do czasu zaprzeszłego. Nie było w nim miejsca na świadków, na turystów w teraźniejszości. Powinno mnie było nie być. Czy udało się jej wskrzesić tamto spotkanie, na które się wybrała? Jak w piosence: „Ach, przeżyć to jeszcze raz, wrócić miniony czas”.
Przez moment odczuwałam nierealność sytuacji. Ale być może dla niej tamten czas wciąż trwał?
Andrzej i Jerzy czekali na mnie w samochodzie. Rozglądałam się za damą w woalce, w szalu i w rękawiczkach, ale nigdzie jej nie było. Znikła.
– Za kim się rozglądasz?
– Była tu taka dama... Spotkałam ją w Waldemarsudde. Ale znikła.
Na drodze z Waldemarsudde leżała na ziemi sarenka z zakrwawionym pyszczkiem. Przy sarence stał młody chłopak pobladły i rozdygotany. Potem władował sarenkę na samochód i pojechał na policję zgłosić nieszczęśliwy wypadek. Sarenka wypadła z lesistego pobocza prosto pod samochód. Nie zdążył zahamować.
Nazajutrz nie będzie już sarenki z zakrwawionym pyszczkiem, tylko sarnina wystawiona na sprzedaż.
Opowiedziałam Andrzejowi o spotkaniu z damą w woalce, w szalu i rękawiczkach i że wydała mi się fantomem. Andrzej przyjął moje opowiadanie dosłownie. Wierzył w zjawy, ufo i Dänikena.
W Szwecji, gdzie noce się długie i długo panują ciemności, snują się zjawy. Nie wiem, czy dama spotkana w Waldemarsudde była rzeczywistą osobą. Być może materializowała się tylko w Waldemarsudde.
Później, w rozmowie z Andrzejem (Jerzy już nie żył) nigdy nie wracaliśmy do owego dnia, kiedy spotkałam damę w woalce, a na drodze leśnej leżała sarenka z zakrwawionym pyszczkiem. Oba wydarzenia stanowiły rozdział zamknięty.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl