Po wizycie prezydenta Kwaśniewskiego w Stanach Zjednoczonych 


„Cudowna proamerykańskość”

Maciej Wierzyński z Nowego Jorku 


Aleksander Kwaśniewski jest europejskim przywódcą, jakiego Stany Zjednoczone potrzebują w tej chwili najbardziej. Udziela im pełnego poparcia w walce z terroryzmem i jest jednym z niewielu, którzy nie krytykują Ameryki za przygotowania do obalenia Saddama Husajna ani za zbytnie sprzyjanie Izraelowi w konflikcie z Palestyńczykami. Jeśli jeszcze dodać „cudowną proamerykańskość” polskiego społeczeństwa, to czego żądać więcej?



Amerykańscy prezydenci często kierowali pod naszym adresem miłe słowa i przyjazne gesty. Reagan widział w „Solidarnosci” płomień nadziei dla narodów cierpiących w komunistycznym zniewoleniu. Bush-senior chwalił nas za rozwagę, której manifestacją był Okrągły Stół i pokojowe rozstanie z totalitaryzmem. Clinton, chociaż w pierwszym okresie swojej prezydentury więcej uwagi poświęcał Rosji i Jelcynowi, jednak zadbał o powiększenie NATO, a decyzję o tym ogłosił – doceniając wagę symboli – w Detroit, mieście, które jest skupiskiem amerykańskiej Polonii. Jak zanotował kronikarz rozszerzenia James Goldgeier, bezpośrednio po tym wydarzeniu „prezydent zatrzymał się na lunch w Hamtramck, w Polish Village Cafe, gdzie zjadł ze smakiem gołąbki, pierogi i kiszoną kapustę”.

Lepper i „kreatywna księgowość” 
Ilość pochwał, jakie spłynęły na Polskę podczas wizyty prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, przekroczyła jednak zwyczajowe ramy dyplomatycznych konwenansów. Stojąc na tzw. „południowym trawniku” w ogrodach Białego Domu podczas ceremonii powitania gościa z Polski zastanawiałem się, czym zasłużyliśmy na tę lawinę komplementów. Informacje dochodzące z Polski nie nastrajają przecież szczególnym optymizmem, a ogólny ton wiadomości, które od kilku miesięcy serwuje amerykańska prasa, dałby się streścić w zdaniu: „nawet prymus transformacji przeżywa kłopoty”. Tematem reportaży był ostatnio Lepper, stocznia szczecińska i zagrożenia dla wolności mediów. 
Sprzyjający nie był też lokalny kontekst spotkań Busha z Kwaśniewskim. Na Wall Street ostatecznie pękł balon zbyt wysokich notowań. W ciągu ostatnich 9 tygodni wskaźnik Dow Jones stracił na wartości ponad dwadzieścia procent. Od czasu wojny zdarzyło się to zaledwie pięć razy, jednak wtedy spadki nie miały tak rozległych następstw – w giełdę inwestowało mniej Amerykanów. Obecny spadek ma znaczenie dla ponad 60 milionów ludzi wraz z ich rodzinami i może mieć kolosalne następstwa dla amerykańskiej gospodarki. 
Impuls spadkowy dały giełdzie skandale finansowe w wielkich korporacjach, które – jak się okazało – dla utrzymania wartości akcji fałszowały księgowość zawyżając zyski. Obaw inwestorów nie uspokoiły zapewnienia Alana Greenspana, prezesa Banku Rezerw Federalnych, że są wszelkie warunki dla trwałego wzrostu gospodarki USA. Równie bezskuteczne okazały się reprymendy Busha pod adresem nieuczciwych szefów wielkich korporacji. Prezydent wygłosił dwa takie przemówienia i po każdym inwestorzy pozbywali się akcji jeszcze szybciej. Złośliwy komentator „New York Times’a” napisał, że tylko wystąpienia Herberta Hoovera w czasie Wielkiego Kryzysu miały gorszy wpływ na gospodarkę. Nie zwiększa to oczywiście popularności prezydenta i jego partii oraz grozi kłopotami w jesiennych wyborach do Kongresu. Tym bardziej, że podejrzenia o księgowe matactwa (tzw. „kreatywna księgowość”) padły na samego prezydenta i jego zastępcę Dicka Cheneya. Ciągle jednak aż 70 proc. Amerykanów uważa, że Bush jest dobrym prezydentem i tylko 20 proc. źle ocenia sposób, w jaki rządzi krajem.

O co tu chodzi?
Dlatego pompie z okazji przybycia prezydenta Polski w naturalny sposób towarzyszyła myśl: „o co tu chodzi?”. Czyżby Bush, który ma na głowie wojnę z terroryzmem i lecącą na łeb giełdę, chciał się odprężyć w towarzystwie polskiego prezydenta, o którym mówi poufale „mój przyjaciel Aleksander”? Czy może chodzi o sfinalizowanie sprawy sprzedaży Polakom samolotu F-16? 
Próbując odpowiedzieć na te pytania posłużę się opinią reportera „New York Timesa”, który komentując przebieg wizyty polskiego prezydenta napisał: „Mieszanina polityki wewnętrznej i zagranicznej sprawiła, że Bush zabrał Kwaśniewskiego w podróż do Michigan, gdzie wśród mieszkańców silne są związki z krajem przodków – Polską, aby świętować przymierze Ameryki z nowym członkiem NATO i oddanym sojusznikiem w prowadzonej przez Busha bitwie z terroryzmem”. 
Z punktu widzenia polityki zagranicznej wizyta obu prezydentów w Michigan, w mieście Troy, gdzie odbyło się spotkanie z Polonią, miała podkreślić, że uczestnictwo polskich żołnierzy w operacji antyterrorystycznej w Afganistanie jest ważnym elementem współpracy Polski i Stanów Zjednoczonych. Dla prezydenta Busha była to także okazja, by pokazać się w dobrym towarzystwie w stanie, w którym nieznacznie przegrał w ostatnich wyborach prezydenckich. Pozyskanie polsko-amerykańskich głosów może mieć dla Busha i partii republikańskiej duże znaczenie w jesiennych wyborach. Zapewne dlatego na pokładzie samolotu prezydenckiego znalazł się również kardynał Adam Majda, arcybiskup Detroit, z pochodzenia Polak. Nawiasem mówiąc, ze strony Busha był to gest wymowny i odważny, zważywszy że autorytet amerykańskiego Kościoła katolickiego nękanego skandalami seksualnymi bardzo w ostatnich miesiącach ucierpiał. 
Skąd te wszystkie gesty i zabiegi gospodarzy? Wydaje się, że prezydent Kwaśniewski jest europejskim przywódcą, jakiego Stany Zjednoczone potrzebują w tej chwili najbardziej. Udziela im pełnego poparcia w walce z terroryzmem i jest jednym z niewielu, którzy nie krytykują Ameryki za przygotowania do obalenia Saddama Husajna ani za zbytnie sprzyjanie Izraelowi w konflikcie z Palestyńczykami. Jeśli jeszcze dodać coś, co jeden z dziennikarzy amerykańskich podróżujących ostatnio po Polsce określił mianem „cudownej proamerykańskości” polskiego społeczeństwa, to czego żądać więcej? 
Jak powiedział Bush, „Polska jest przykładem dla całej Europy. Jest silną demokracją z gospodarką rynkową, jest narodem przygotowanym do odegrania ważnej roli na światowej scenie”. W opuszczonej przez Rosję strefie, która rozciąga się od Odry po wschodnią granicę Ukrainy, nasz kraj ze swoim centralnym położeniem, potencjałem ludnościowym i gospodarczym świetnie nadaje się na regionalnego partnera USA. Okraszona tyloma miłymi słowami i gestami wizyta Aleksandra Kwaśniewskiego służyła, jak się wydaje, wypromowaniu Polski właśnie do tej roli. 
Pomijając wystawną otoczkę – oferta, jaką swojemu przyjacielowi (i jego krajowi) złożył prezydent Bush, jest jedną z tych kilku świetnych szans, jakie otrzymaliśmy w ostatnim dwunastoleciu. Nie wolno jej przegapić.

Autor jest redaktorem naczelnym nowojorskiego „Nowego Dziennika” – największej gazety polonijnej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl