Kryzys kultury politycznej w Niemczech


Żołnierze na wojnę, politycy na Majorkę

Joachim Trenkner z Berlina



Nigdy jeszcze w historii powojennych Niemiec poczucie wyobcowania i przepaści, dzielącej „zwykłych” obywateli od klasy politycznej nie było tak wielkie, jak w ostatnich miesiącach pierwszego rządu tak zwanej „Republiki Berlińskiej”. Kultura polityczna Niemiec, tak kiedyś chwalona, przeżywa kryzys. Zaufanie publiczne, fundament demokracji, sięgnęło dna. Zaś afera korupcyjna, zakończona w minionym tygodniu dymisją ministra obrony Rudolfa Scharpinga, to tylko ostatni w ciągu skandali.



Scharping już dawno przestałby być ministrem, gdyby kanclerz nie obawiał się negatywnego oddźwięku tej dymisji. Scharping należał, obok Schrödera i byłego ministra finansów Oskara Lafontaine’a – który trzy lata temu odrzucił z hukiem wszystkie funkcje polityczne – do „trojki”: niegdysiejszej trzyosobowej czołówki „wnuków Willego Brandta”, jak nazywa się pokolenie, nadające dziś ton w socjaldemokracji.

Flirt w basenie
Obiektem krytyki Scharping stał się już latem ubiegłego roku, kiedy kolorowy magazyn „Bunte” opublikował serię zdjęć ministra podczas miłosnych igraszek w basenie na Majorce, w towarzystwie nowej towarzyszki życia, niejakiej hrabiny Pilati – akurat w chwili, gdy niemieccy żołnierze ruszali na kolejną wojenną misję, do Macedonii. Jak się okazało, nie było to dzieło paparazzi: fotografów zaprosił sam minister, aby zmienić swój wizerunek nudnego sztywniaka. I image Scharpinga, który krótko przedtem odszedł od żony i trójki dorastających dzieci, faktycznie szybko się zmienił, ale inaczej niż on sam to zaplanował. Tym bardziej, że na Majorkę minister latał wojskowymi samolotami, na koszt państwa. 
Wtedy Scharping ocalał, ale teraz miara się przebrała. Schröder musiał coś zrobić po tym, jak magazyn „Stern” zarzucił ministrowi przekupstwo lub co najmniej przyjęcie dwuznacznych korzyści. Z opublikowanych dokumentów wynika, że Scharping współpracował z pewną firmą public relations, która przedstawicielom koncernów zbrojeniowych „załatwiała” dostęp do ministra, oczywiście odpłatnie. Nadto firma miała pełnomocnictwa do konta Scharpinga i wpłacała na nie „zaliczki” za nienapisane jeszcze książki, pokryła rachunek ministra na 55 tys. marek za kupione przezeń drogie ubrania i załatwiała mu wykłady. 
Scharping musiał odejść. Ale nagłe zdymisjonowanie go przez Schrödera, na dwa miesiące przed wyborami – kolejna nowość w historii Republiki Federalnej – nosiło znamiona paniki. Akurat w tym momencie kampanii wyborczej nastąpiło skumulowanie kilku wydarzeń: najpierw kanclerz wymusił odejście Rona Sommera, nieporadnego szefa Telekomu, częściowo państwowej telekomunikacji, na której akcjach wielu Niemców straciło pieniądze; potem okazało się, że odprawa Sommera wynosi, bagatela, 10 mln euro. Teraz wyrzucił Scharpinga, dokonując ósmej już (kolejny rekord) zmiany na stanowisku ministra w swym rządzie. I tak perspektywy kanclerza na reelekcję topnieją z tygodnia na tydzień.

Polityka, czyli teatr 
Od początku roku szczęście opuściło Schrödera. Na przykład pod koniec marca doszło do bezprzykładnej (kolejna nowość) awantury w Bundesracie, izbie wyższej parlamentu, w której reprezentowane są landy: głosowanie nad przyjętą wcześniej przez Bundestag ustawą o imigracji, kwestią w końcu kluczową, zamieniło się w pokaz walki o władzę. 
Kiedy reprezentanci landu Brandenburgia, rządzonego przez „wielką koalicję” CDU-SPD, nie oddali – jak każe konstytucja – jednolitego głosu, ale zagłosowali równocześnie na „tak” (premier Stolpe, przedstawiciel SPD) i na „nie” (szef MSW Schönbohm, przedstawiciel CDU), prowadzący obrady socjaldemokratyczny burmistrz Berlina Klaus Wowereit nie uznał głosu Brandenburgii za nieważny – to oznaczałoby odrzucenie ustawy – ale jak gdyby nigdy nic stwierdził, iż land głosował na „tak”. Politycy chadeccy zareagowali na to oczywiste naruszenie konstytucji przedstawieniem, jakiego dystyngowana izba dotąd nie widziała: oburzenie i wrzaski, pasujące bardziej do gospody, tłuczenie pięściami w pulpity, patetyczno-dramatyczne rozdzieranie szat. 
Już to starczyło, by obywatele mieli dość, bo wyglądało to tak, jakby czołowi politycy chadecji i socjaldemokracji chcieli za wszelką cenę przyznać rację byłemu prezydentowi Richardowi von Weizsäckerowi, który przestrzegł kiedyś, iż partie zaczynają traktować państwo jak łup, podporządkowując sobie organy konstytucyjne – choć powinno być na odwrót. Bo choć na początku gniew „ludu” kierował się przeciw SPD, gdyż to Wowereit – „człowiek Schrödera” – nagiął prawo w interesie rządu, to wkrótce okazało się, że i chadecja potraktowała obywateli instrumentalnie. 
Oto kilka dni później chadecki premier Kraju Saary, Peter Müller, przyznał publicznie – podczas wykładu na temat „Polityka i teatr”... – że ów spontaniczny wybuch oburzenia został wcześniej zaplanowany. Jak wyznał Müller, „był to uprawniony teatr”: ponieważ politycy chadeccy spodziewali się, że SPD chwyci się różnych trików, aby tylko przepchnąć ustawę przez Bundesrat, przećwiczyli wcześniej w zaciszu ów dramatyczny wybuch oburzenia, aby później powtórzyć go na politycznej „scenie”.

Demokracja telewizyjna
Szok wywołany przez ów „teatr” stanie się bardziej zrozumiały, jeśli uświadomimy sobie, że w niemieckim społeczeństwie parlament cieszy się wielkim szacunkiem. Od przeniesienia siedziby Bundestagu do dawnego Reichstagu, odrestaurowany budynek z przeszkloną i dostępną dla zwiedzających kopułą stał się magnesem: 5,7 mln ludzi pielgrzymowało już na dach Reichstagu, nad głowy obradujących posłów. Kopuła Reichstagu awansowała do rangi symbolu i miasta, i całej „Republiki Berlińskiej”. 
Trochę inaczej rzecz wygląda z perspektywy polityków. Od kiedy w Niemczech zagościła na dobre „demokracja telewizyjna” z niezliczonymi talk-shows, parlament coraz bardziej musi dzielić się swą rolą – forum wyrażania opinii – z mediami. Od kilku lat obserwować można inwazję polityków w telewizji. Nie przez parlament, ale przez telewizję docierają do milionowej publiczności, która jako elektorat decyduje o ich losie. 
W Berlinie żartuje się dziś, że dobry polityk to taki, któremu już o szóstej rano uda się zaistnieć w którymś z porannych programów TV, by potem pojawić się choć z jednym zdaniem w którymś z dzienników wieczornych i zakończyć dzień wystąpieniem w nocnym talk-show. W przypadku sekretarzy generalnych, czyli głównych macherów wszystkich partii, można odnieść wrażenie, że obozują oni w pobliżu studiów TV, by nie przepuścić żadnego wystąpienia. „Programy telewizyjne są przesycone nie seksem czy przemocą, lecz figurantami z polityki” – konstatował autor „Süddeutsche Zeitung”. 
Największą popularnością wśród polityków cieszą się te talk-shows, w których spodziewać się mogą nie ostrego odpytywania przez dociekliwych dziennikarzy, lecz pytań z gatunku plotek, co daje im możliwość nieograniczonej autoprezentacji. Takie programy cieszą się też popularnością wśród widzów. Jak ściągający 6-milionową widownię talk-show w niedzielę wieczorem w publicznej ARD, który prowadzi atrakcyjna blondynka Sabine Christiansen. Tę byłą stewardesę i spikerkę, potulną i nie zadającą trudnych pytań, można uznać za pra-matkę „nowoniemieckich” polit-talks.
Dziś koniunktura jest na plotkę, na nowinki z życia prywatnego osób publicznych. Co najmniej od afery z wodnymi igraszkami Scharpinga nie ma już barier. A jedna plotka nakręca drugą: kiedy przystojny „zielony” poseł Cem Özdemir (pochodzenia tureckiego) pojawia się jako model w reklamie drogiej odzieży męskiej, zaraz pisze o tym plotkarski magazyn. Gdy oburzony kanclerz zaprzecza w talk-show pogłoskom, jakoby farbował włosy i grozi procesem każdemu, kto ośmieli się twierdzić inaczej, brukowy dziennik „Bild” powtarza to na pierwszej stronie.
 
Sycylijskie klimaty
Właśnie od kiedy kanclerzem jest Schröder, polityka coraz bardziej miesza się z rozrywką. Wraz ze Schröderem władzę objęło hedonistyczne pokolenie polityków, które do perfekcji opanowało sztukę autoprezentacji przy pomocy nowoczesnego lifestyle. Pokazać, kogo się akurat kocha, oprowadzić po posiadłości w Toskanii, odwiedzić na oczach wszystkich modne miejsca w stolicy – wszystko to sprowadza się do jednego: zademonstrowania publiczności, że polityka to także frajda. Niemieccy politycy przyswoili sobie maksymę, przypisywaną Oscarowi Wilde’owi, który miał powiedzieć, że zostanie bohaterem plotki nie jest najgorszym nieszczęściem, które może się przytrafić człowiekowi; o wiele gorzej jest, gdy w ogóle przestają o tobie mówić. 
Kreowanie polityki jako spektaklu medialnego nie rozwiązuje jednak żadnych problemów. Zamiast tego powiększa kryzys zaufania między wyborcami a politykami, zagrażając nawet demokracji. W końcu niechęć do całego establishmentu to pożywka dla rozmaitych populistów, skwapliwie wykorzystujących media. 
A jakby tego było mało, jedna afera korupcyjna goni drugą. Pojawiające się sporadycznie przypadki przekupstwa polityków nie są w niemieckiej polityce niczym nowym. Jednak od słynnej afery z „lewymi kasami” Helmuta Kohla trwa czarna seria. „Korupcja zżera państwo, a przy okazji pożywiają się i partie” – skarżył się tygodnik „Die Zeit”, komentując najnowszy skandal: oto przekupni okazali się politycy SPD z Północnej Nadrenii-Westfalii.
W istocie, skandale korupcyjne osiągnęły już taki wymiar, że nie można zbyć ich twierdzeniem, że chodzi tylko o matactwa paru czarnych owiec. Raczej utwierdzają przekonanie, że to, co widać, jest wierzchołkiem góry lodowej, na którą składa się defraudacja publicznego grosza, klientelizm w obsadzaniu stanowisk i oszustwa. Pojawiają się już nawet głosy o „sycylijskich klimatach” w Republice Federalnej. I choć wedle międzynarodowych porównań sytuacja nie jest jeszcze tragiczna, to zignorować jej nie sposób.

Wyborca wyemancypowany
Jakie są tego przyczyny? Jedni wskazują na wady systemu karier polityków, inni mówią o rozpadzie hierarchii wartości w społeczeństwie. Niewątpliwie, kariery polityczne budzą wątpliwości, począwszy od zasad doboru po wynagradzanie. Elita jest wyizolowana jak kasta, a wyjątki potwierdzają regułę: ci, którzy do polityki trafili „z boku”, omijając żmudną drogę awansów w aparacie partyjnym, uważani są w środowisku politycznym za egzotyczne oryginały. Brakuje otwarcia systemu, może według wzorów z USA, gdzie praktykuje się prawybory i otwarte listy kandydatów, ograniczając czas pełnienia funkcji politycznych.
Trudno natomiast obronić drugi argument, że postępki elit to jedynie odbicie upadku moralności w społeczeństwie. Badania pokazują, że ponad 80 proc. Niemców uważa za niemoralne np. niewierność małżeńską, kłamstwo, wyłudzenie świadczeń socjalnych czy oszustwo podatkowe. Pod tym względem przekonania, co jest moralne, a co nie, nie zmieniły się w ciągu minionych 20 lat. Zmiana nastąpiła natomiast w innej sferze: coraz więcej Niemców szuka w pracy nie tylko zabezpieczenia dochodów, ale też wewnętrznego spełnienia. W mniejszym stopniu Niemcy gotowi są przyjmować bezkrytycznie odgórne polecenia. 
Miejsce podporządkowania i konformizmu zajmują w społeczeństwie emancypacja i samookreślenie. Obywatel nie podchodzi już prostodusznie do autorytetów. Także krytyczna ocena nadużywania władzy czy niekompetencji jest ostrzejsza. Już w 1997 r. dwie trzecie ankietowanych deklarowało, że są niezadowoleni z polityków. Dzwonkiem alarmowym powinny być statystyki: liczba członków partii ciągle spada. Od 1991 r. SPD straciła 200 tys. członków, a CDU 150 tys., i choć w obu partiach zostało po kilkaset tysięcy „dusz”, to średnia wieku rośnie, a narybku brak. Zmieniają się też zachowania wyborców: w coraz mniejszym stopniu partie mogą polegać na wyborcach, którzy zgrzytali zębami, ale zawsze głosowali na Brandta czy Kohla. Rośnie też liczba tych, którzy w ogóle nie idą do urn.
Jak klasa polityczna reaguje na te trendy? Na razie nie ma pomysłu. Być może niemieccy politycy najchętniej poszliby za radą, której poeta Bertolt Brecht udzielił kierownictwu komunistycznej Niemieckiej Republiki Demokratycznej po stłumieniu w czerwcu 1953 protestu tamtejszych robotników. „Najlepiej byłoby – ironizował Brecht – gdyby rząd rozwiązał naród i wybrał sobie inny”. Ale to nie zafunkcjonowało. Nawet wtedy, w socjalizmie.

Przełożył Wojciech Pięciak 

Joachim Trenkner (ur. 1935) – były reporter tygodnika „Newsweek” i korespondent berlińskiej telewizji publicznej SFB w Europie Wschodniej (w l. 90. zastępca jej redaktora naczelnego). Stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl