Spory – polemiki


Dekonstrukcja i demagogia

Łukasz Tischner



Dekonstrukcjonizm: że co by się mówiło, 
to i tak nic to nie znaczy”.
Leszek Kołakowski,
„Wielka encyklopedia filozofii i nauk politycznych”


W pierwszym odruchu ucieszyłem się, że moja recenzja „The Reckless Mind” Marka Lilli stała się przedmiotem „sporu–polemiki”. Tym bardziej że podjął ją człowiek o imponującej wiedzy i wszechstronnych uzdolnieniach (pozwól, Michale, że i ja skorzystam z form właściwych dyskusji publicznej). Miałem nadzieję, że na wymianie poglądów skorzystam i dzięki lekturze tekstu Michała Pawła Markowskiego poznam głębsze źródła lekkomyślności XX-wiecznych intelektualistów. Po przeczytaniu „Lekkomyślnego czytelnika” („TP” nr 29) musiałem jednak przyznać rację Słonimskiemu, który jak wiadomo, wymiany poglądów nie lubił.
Szkopuł w tym, że zamiast „sporu–polemiki” na temat pokusy Syrakuz Markowski zaproponował hermeneutykę podejrzeń mającą na celu zdyskredytowanie świadków – Marka Lilli i niżej podpisanego, który tak łatwo dał się zbałamucić. Czy tym sposobem udało mu się osiągnąć cel – oczyścić z zarzutów Jacques’a Derridę i Michela Foucault? „Przypuszczam, że wątpię”, bo posłużył się zbyt grubymi nićmi. Pomińmy fakt, iż nie zadał sobie trudu, by przeczytać inkryminowaną książkę; że wymaga, bym w kilkustronicowej recenzji zrekonstruował nie tylko wnioski, ale i pełną argumentację przedstawioną przez Lillę; że posługuje się słowami, których znaczenia czasem trudno się domyślić („polityczny zboczeniec”?). Bardziej niepokojąca jest demagogia, po którą sięgnął. Co konkretnie mam na myśli? Fakt, że nie chciał zauważyć, iż krytyka skierowana pod adresem „umysłów lekkomyślnych” nie dotyczy ich całego dorobku intelektualnego, ale ich flirtów z polityką (w postaci czynów i myśli). A skoro tak, to zdanie: „w cieniu bezkrytycznej akceptacji dla krytyki Lilli kryje się (...) wyższościowe odrzucenie wielkiego kawałka dwudziestowiecznej filozofii” ma tyle samo sensu co zarzut, że ewentualna krytyka zaangażowania Mickiewicza w „towiańszczyznę” musi z konieczności oznaczać odrzucenie całego dzieła poety. Szczególnie mało wybredne są dwa zabiegi, które spajają kompozycyjnie tekst – swoista psychologia głębi, czyli dopatrywanie się w zarzutach stawianych Derridzie i Foucaultowi źle skrywanej motywacji ideologicznej oraz piętnowanie niewdzięczności niżej podpisanego, który śmie warczeć na dobrodzieja Polaków – Foucaulta.
Zacznijmy od pierwszego zarzutu. Jakie są przesłanki podejrzenia Lilli o ideologiczne manipulacje? Czytamy już w drugim zdaniu: „Lilla jest profesorem w The Committee on Social Thought w University of Chicago, co oznacza, że należy do kręgu filozofów konserwatywnych, uczniów Leo Straussa i Izajasza Berlina, którego pisma zresztą wydawał”. Zakładając nawet, że byt (zatrudnienie) określa świadomość, a nadto, iż instytucja, z którą współpracowali między innymi Hannah Arendt, Mircea Eliade, Leszek Kołakowski, Paul Ricoeur, a ostatnio Jean-Luc Marion, jest ideologicznie trefna, nijak nie da się uznać Berlina – liberała z liberałów – za konserwatystę. Jeśli więc ma to w oczach mojego adwersarza Lillę kompromitować, to jest wręcz odwrotnie. Dodajmy na marginesie, że filozof z Chicago zajmował się Berlinem w umiarkowanym stopniu. Wcześniej napisał książkę o Vico, w latach 1991-99 redagował serię wydawaną przez Princeton University Press – „New French Thought”. 
Gdzie prowadzi kolejny trop spisku? Do „The New York Review of Books”. Tym razem doprawdy trudno wprost utrzymywać, że jest to pismo konserwatywne, więc Markowski w pewnym momencie puszcza tylko do czytelnika oko: „Derrida jest filozofem szczerze znienawidzonym przez całe środowisko »The New York Review of Books«”. By wzmocnić sugestię, że Derrida i Foucault padli ofiarą konserwatywnego spisku, w którym Lilla uczestniczy przebiegle, Tischner zaś dobrodusznie, polemista powtarza retoryczne zaklęcia: „nie interesują mnie bezpośrednio poglądy autora (choć nie ukrywam, że są mi obce)” lub „rozumiem polityczne i ideowe sympatie autora...”. Domyślam się, że Markowskiemu trudno to pojąć, ale może istnieć i taka ewentualność, że ktoś uważa Derridę i Foucaulta za „umysły lekkomyślne”, choć nie kieruje nim żaden imperatyw ideologiczny. Jeśli Lilla i jego recenzent nie są wiarygodni, zacytujmy Charlesa Taylora, powoływanego przez mojego polemistę na jednego z koronnych świadków: „Dla Derridy nie istnieje nic poza dekonstrukcją, która połyka stare hierarchiczne rozróżnienie między filozofią i literaturą, pomiędzy mężczyzną a kobietą, ale równie dobrze może pochłonąć rozróżnienie między równością a nierównością, wspólnotą a konfliktem, dialogiem nieprzymuszonym i dialogiem ograniczonym itp. Z tego potoku zmian nie wyłania się nic godnego afirmacji i ostatecznie uświęcona zostaje sama potęga dekonstrukcji, niezmierna siła podmiotowości, pozwalająca rozbijać wszelkie potencjalne związki, które mogłyby ją ograniczyć: czysta, nie skrępowana niczym wolność. Nędza tej postawy ujawnia się bodaj najjaskrawiej, kiedy zestawić ją z filozofią religii Lévinasa, od którego Derrida zapożyczył niektóre kluczowe terminy” („Źródła podmiotowości”); „Myślę, że stanowisko Foucaulta jest w najwyższym stopniu niespójne, lecz umyka to uwadze, bo punkty, w których pojawia się sprzeczność, są mylnie utożsamiane z nowymi głębszymi ujęciami tego, co wielu rozpoznaje jako wartościowe wglądy” (Foucault on Freedom and Truth). Podobnie krytyczne sądy o obu myślicielach można wyczytać u drugiego świadka koronnego – Jürgena Habermasa („Filozoficzny dyskurs nowoczesności”, Kraków 2000, zwłaszcza s. 208-211 oraz s. 289). 
Wspomnijmy o drugim zabiegu – przywołaniu katalogu zasług Foucaulta, a mimochodem krzywdy Derridy, który padł ofiarą czeskich służb bezpieczeństwa. Jeśli do tego dodać jeszcze wzmianki o mojej „nieukrywanej pogardzie” dla Foucaulta, to pozostaje mi tylko zamilknąć i posypać się popiołem... Co zdumiewające, Markowski wytacza te moralistyczne armaty na serio. Skąd wnosi, że pogardzam Foucaultem? Raczej mu współczuję (kiedy pisałem o „wewnętrznych demonach”, nie miałem na myśli, jak sugeruje to ochoczo Markowski, jego homoseksualizmu, ale groźne gry ze śmiercią: obsesję samobójczą, praktyki sado-masochistyczne, różne postacie egzystencjalnych transgresji). Czyżby jednak niewątpliwe zasługi jakiejś osoby wykluczały możliwość krytyki jej poglądów czy jej innych czynów, które trudno uznać za chwalebne? Jeśliby tak było, to Miłosz nie mógłby nakreślić portretu Bety w „Zniewolonym umyśle”, bo paraliżowałaby go świadomość, że Borowski zachowywał się heroicznie w obozie koncentracyjnym. Przecież to absurd!
Pozostaje mi jeszcze przyjrzeć się szczegółowym zarzutom. Mój adwersarz wskazuje na skomplikowane powody fascynacji Foucaulta rewolucją w Iranie i przytacza jego opinię, wedle której intelektualista „czuje respekt, gdy podnosi się głos jakiejś jednostki, a staje się nieprzejednany, gdy władza staje się powszechna”. Przyznaję pokornie, że nic z tego nie rozumiem. Markowski oburza się, gdy wspominam o zarzucie, wedle którego Derrida rozważa w swych pismach na temat polityki możliwość dekonstrukcji pojęcia „zbrodni przeciw ludzkości”. Lilla nie twierdzi, że Derrida czyni to z radością, ale pokazuje logiczne konsekwencje przeniesienia radykalnej krytyki rozumu na teren myśli politycznej i przekonująco dowodzi, że w świetle filozofii Foucaulta i Derridy ich humanitarne gesty i poglądy polityczne są „ponad stan”. To dlatego przekornie pyta, czemu właśnie one, a nie ich przeciwieństwa? Markowski imputuje, że nieprawdą jest, jakoby Derrida starał się zatuszować „sprawę de Mana”, gdyż poddał jedynie haniebne teksty swego zmarłego przyjaciela analizie „subtelniejszej niż ta, którą uprawia Lilla”. Zainteresowanych odsyłam do „Literatury na Świecie” (10-11/1999), gdzie znajdą „Niczym szum morza w głębi muszli. Wojna Paula de Mana” Derridy i skierowany do tego ostatniego list otwarty Davida Carrolla. Muszę przyznać, że niemal 80-stronicowy (!) esej Derridy to w moim odbiorze Himalaje narcyzmu i dekonstrukcji oczywistych sensów, w czym nie byłoby nic złego, gdyby nie dotyczył sprawy moralnie niegodziwej i rzeczywistej. Od subtelnych analiz Derridy włosy stają dęba. 
Nie będę już mnożył komentarzy. Zamiast nich proponuję lekturę książki „The Reckless Mind”, która mam nadzieję ukaże się w polskim przekładzie. 
Na koniec jeszcze mała uwaga. Kiedy czytałem polemikę Markowskiego, zadawałem sobie pytanie, dlaczego Lilla i ja widzimy problem, a on nie. Czemu powiada on o Foucaulcie: „że się mylił (któż tego nie robi?), że używał wątpliwych kryteriów opisu (kto używa niewątpliwych?)”, a potem bagatelizuje ekscytację rewolucją w Iranie? Czemu bierze za dobrą monetę list Derridy w sprawie de Mana? Czemu przymyka oczy na destrukcyjny potencjał myśli Foucaulta i Derridy, zwłaszcza w obszarze polityki? Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to przypuszczenie, że o tej różnicy decydują uczucia. Markowski wielbi Foucaulta i Derridę, Lilla i ja – nie. Przypomina mi się wiersz Szymborskiej: „Wiele zawdzięczam / tym, których nie kocham // Ulgę, z jaką się godzę, / że bliżsi są komuś innemu. / (...) Rozumiem, / czego miłość nie rozumie”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl