EWA SZUMAŃSKA

 

Świat

Świat z oferty Biur Podróży jest zupełnie inny niż świat, który poznawałam 
przez całe życie w wędrówkach trudnych, męczących, ale fascynujących. Pewien standard hotelowo-kulinarno-rozrywkowy jest wszędzie taki sam i przybysz, zamknięty w nim jak w kokonie, nie musi zmieniać swoich przyzwyczajeń i preferencji. „Zony” turystyczne, nawet w bardzo dalekich i egzotycznych krajach, tworzą wydzielone, zamknięte enklawy i czasem nie bardzo wiadomo, czy się jest w Grecji, Egipcie, czy na Dominikanie. Obowiązkowy „wieczór folklorystyczny” – to schematyczny, wyreżyserowany show. Tubylcy – to właściciele lub sprzedawcy w sklepach i służba hotelowa. „Wycieczka fakultatywna” to szybkie przegonienie grupy przez wybrany teren z dodatkiem wyuczonego na pamięć komentarza, w którym roi się od anegdotek i przerywników w rodzaju: Zobaczymy, czy nasz kierowca wyrobi ten zakręt, zwany Zakrętem Śmierci? Wyrobił! Brawa dla naszego kierowcy!
Paradoksalnie, im łatwiej o paszporty, im lepsza komunikacja, im świat bardziej mobilny – tym mniej sam o sobie wie i chce się dowiedzieć.


Basen

Ośrodkiem życia hotelowego turysty jest basen. Choćby morze było pod no-
sem, choćby niedaleko zaczynały się malownicze, stare zaułki – szczęśliwiec, któremu rano uda się „zająć” ręcznikiem leżak, nie ruszy się z niego aż do wieczora.
Na basenie odbywają się zorganizowane skoki, małe konkursy i uparte, zawzięte, konsekwentne mordowanie ciszy. Jeżeli chociaż na minutę przerwie się muzyczny łomot z głośnika, budzi się niepokój, podnoszą się głowy i odzywają głosy: Animator! Animator! Więc animator posłusznie włącza kasetę.
Co parę godzin do łomotu dołącza się głos muezzina z pobliskiego meczetu. Ale muezzin też mechaniczny. Minęły czasy, kiedy o określonych porach wdrapywał się mozolnie na smukłą wieżyczkę. Teraz jest nagrany na taśmę, włącza to na dole i wszystko – gra!


Wydatki

Kiedyś Polacy wyznawali zasadę, że jeżeli już jadą zagranicę, to podróż „musi 
się zwrócić”. Dziś – na szczęście – znikły kolekcje kryształów przed namiotami i kramiki z drobną konfekcją, rozstawione na peronach. Dziś Polacy mają gest. Dużo i chętnie kupują w sklepach, we wszystkich możliwych miejscach prowadzą bardzo głośne i długie rozmowy komórkowe z krajem, zapewne płacąc za to fortunę.
W jednym tylko wypadku wyłazi im z kieszeni już nie wężyk, ale potężny wąż. Przy napiwkach. W biednych krajach napiwki są zwyczajowe i stanowią podstawę utrzymania, bo pensje są głodowe. Polacy jednak mijają obojętnie skrzynki, wystawione w dniu ich wyjazdu w hallu przez kucharzy i kelnerów. Nie reagują na ubrane kwiatami łóżka w posprzątanym pokoju, na nieśmiałe, pokorne uśmiechy. Czasem, przymuszeni „zbiórką”, wkładają banknot o równowartości dwóch złotych (sic!). Najwidoczniej, dziesięciolecia spędzone w najlepszym z ustrojów nauczyły ich, że napiwek narusza godność człowieka.
Korupcja natomiast, małe i wielkie złodziejstwa, oraz różnorakie przekręty – nie naruszają. Co to, to nie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl