Drzeworyty i technika komputerowa: wystawa w Centrum „Manggha”


Cień – ruch – odbicie

Agnieszka Sabor



Poprzez technikę to, co popularne, łączyło się w japońskim drzeworycie z tym, co wyrafinowane. I tu szukać trzeba związku między pracami Utagawy Hiroshige a znakomitą, pokorną wobec twórczości dawno zmarłego japońskiego artysty wystawą Aleksandra Janickiego.


Na wystawę „Hiroshige – multimedialnie” przygotowaną przez Janickiego w Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej „Manggha” szłam bez przekonania, choć znałam wcześniejsze osiągnięcia tego grafika, scenografa, fotografika i twórcy interaktywnych instalacji. To Janicki przygotował niedawno multimedialną wystawę Ryszarda Horowitza (prezentowaną w Krakowie i w Kopalni Soli w Wieliczce), to on był autorem wystawy opowiadającej w ten sam sposób dzieje PRL-u w nowohuckim SocLandzie. Ale czy tym razem nie będzie to tylko okolicznościowy prezent z okazji wizyty cesarza Japonii w Krakowie? Albo wypowiedź hermetycznie zamknięta w języku współczesnych mediów? Albo jeszcze inaczej: czy wystawa nie okaże się wyłącznie szkolną dydaktyką, w której środek jest ważniejszy niż cel? 
I wreszcie obawa najpoważniejsza: czy tematem takiej multimedialnej wystawy można uczynić japońskie drzeworyty sprzed półtora wieku, nie odbierając im jednocześnie siły oddziaływania, jaką mają delikatne, przechowywane pieczołowicie w odpowiedniej temperaturze i odpowiednim świetle, niewielkie skrawki papieru? Czy nie wystarczyłyby ofiarowane Krakowowi w 1920 roku przez Feliksa „Mangghę” Jasieńskiego i prezentowane równolegle w tym samym miejscu dzieła samego Utagawy Hiroshige (1797–1858)? Bo przecież krakowski zbiór nie jest ani przypadkowy, ani wybiórczy. Świadczą o tym liczby: jeden z ostatnich wielkich drzeworytników Japonii wykonał ponad 10 000 prac, w kolekcji Jasieńskiego znalazło się ich ponad 2000. 

Symbole sensu
Pozornie nic nie jest bardziej obce światu wyobraźni Hiroshige niż skomplikowana technika komputerowa, zimne, migające monitory albo mikrofon wywołujący echo naszego głosu. Artysta urodzony w Edo (dzisiejszym Tokio), w czasach, gdy Japonia unikała wszelkich kontaktów ze światem zewnętrznym, był uczniem szkoły ukiyo-e, która w malarstwie i drzeworycie widziała sposób na zatrzymanie tego, co w świecie krótkie, ulotne, niemal niezauważalne. Dokumentowała więc pracę i rozrywki japońskich mieszczan, ofiarując im – poprzez obrazy codzienności – poczucie ładu, porządku, harmonii. 
Hiroshige zauważył jednak, że doświadczenie zmienności łączy świat człowieka z naturą – gwałtowną burzę nad miastem i mieszkających w nim ludzi, którzy codziennie powtarzają te same, zwyczajne czynności; śnieg w górach i gościniec Tôkaidô, który trzeba przebyć, by z Edo dotrzeć do Kioto; ptaka siadającego na krzewie chińskiej róży i aktorów teatru cieni. Deszcz jest za każdym razem inny, jak inny jest pozornie ciągle ten sam kokieteryjny uśmiech młodej elegantki. Właśnie obserwując przyrodę dostrzec można sens ludzkiego życia. 
Dlatego artysta powrócił do kacho-e, klasycznego malarstwa Dalekiego Wschodu, w którym pojawiają się subtelne, ale i drobiazgowe, realistyczne, ale i dekoracyjne, wyrafinowane, ale i naturalne, zawsze jednak bardzo poetyckie przedstawienia kwiatów i ptaków. Są one przedmiotem zachwytu, ale też alegoriami-drogowskazami dobrego życia: czapla to czystość, sosna – siła i wytrwałość, bażant przybył jako wysłannik bogów. Przemijalność jest bowiem, według mistrzów zen, tylko niezbędnym znakiem niezmiennej w swej istocie „esencji bytu” – odbiciem. Tak jak cień pozostaje odbiciem gry aktora. Jeśli zdamy sobie z tego sprawę, łatwiej o humor, przymrużenie oka, jakąś radosną przyjaźń ze światem – przymioty jakże charakterystyczne dla twórczości Hiroshige. 
I być może po to właśnie, by jeszcze mocniej podkreślić rytm tej „niezmiennej zmienności”, układał artysta swe drzeworyty w potężne cykle. Najsłynniejsza seria to aż „Pięćdziesiąt trzy stacje na gościńcu Tôkaidô”, inne noszą równie znaczące tytuły – „Osiem widoków prowincji ômi”, „Słynne widoki w sześćdziesięciu kilku prowincjach”, „Sto słynnych widoków Edo”...

Deska i monitor
Równie ważne były chyba jednak względy czysto praktyczne: drzeworyt, jak każda technika graficzna, z założenia należy także do sztuki użytkowej. Reprodukowany w dużej liczbie kopii, jest towarem dostępnym i tańszym niż obraz. Sprawia przyjemność zajętemu zwykłą krzątaniną mieszczaninowi, ale odsyła go także do czegoś, co tkwiąc mocno w codzienności, pozostaje gdzieś poza nią – jak śnieg albo teatr.
Choć z drugiej strony trudno dziś uwierzyć, że japońskie drzeworyty były rodzajem sztuki popularnej. Proces ich produkcji był długotrwały i żmudny. Wymagał cierpliwości i pokory. Najpierw malarz wykonywał rysunek pędzlem i tuszem na bibułce. Potem drzeworytnik naklejał malowidło na deskę z drewna wiśniowego, ostrym nożem nacinał linie rysunku (z którego nie pozostawał nawet ślad) i dłutem pogłębiał te partie, które nie miały być odbite. Gdy powstawał drzeworyt wielobarwny, potrzeba było tyle samo identycznie przygotowanych deseczek, ile malarz przewidział dlań kolorów – czasem aż dwadzieścia! Wreszcie do pracy przystępował drukarz, który na kolejne matryce (każda pociągnięta była inną farbą) nakładał arkusz lekko nawilżonego papieru i dociskał go specjalnym, bambusowym krążkiem.
Poprzez technikę to, co popularne, łączyło się w japońskim drzeworycie z tym, co wyrafinowane. I tu może szukać trzeba związku między pracami Hiroshige a znakomitą, pokorną wobec twórczości dawno zmarłego japońskiego artysty wystawą Aleksandra Janickiego, przekładającą jego dziewiętnastowieczną twórczość na język współczesnych mediów. Kiedy wchodzimy do zaciemnionej przestrzeni „Mangghi”, witają nas postaci z teatru cieni – pozornie te same, co u Hiroshige, a przecież inne: powiększone, jakby bardziej współczesne. 
To zapowiedź tego, co zobaczymy. A będzie to właśnie owa „zgodna niezgodność” natury i techniki, świata ludzi i świata przyrody, tego, co przemijające, i tego, co wieczne. Już po kilku krokach znajdujemy się (nie wychodząc poza mroczną, nienaturalną przestrzeń) w dziwnym ogrodzie. Ptaki z drzeworytów ożywają na białych ekranach, aby znów przysiąść na gałęzi i znów dać się zatrzymać w czasie. Na końcu tego tajemniczego ogrodu czeka na nas mikrofon – jeśli się odezwiemy, odpowie nam zwielokrotnionym echem, które usłyszymy, ale i zobaczymy, gdy na rozstawionych wokół monitorach pojawią się sceny rodzajowe z dawnego Edo. Gdy odezwiemy się głośniej albo ciszej, zmienią się postaci – jedne zamilkną, aby inne mogły opowiedzieć swoją historię. Tak jakbyśmy wzywali bohaterów twórczości dawnego mistrza, a oni odpowiadali w zależności od tego, co usłyszeli w naszym głosie. 
W tej wystawie nie chodzi bowiem o nałożenie na dawną artystyczną tradycję fascynacji współczesną techniką. Raczej o kontynuację. Kiedyś, aby powstała odbitka drzeworytu, potrzeba było pracy trzech osób. Teraz dołączyła do nich czwarta. To, co Hiroshige powielał w dziesiątkach egzemplarzy na papierze, teraz mnoży się za sprawą ekranów komputerów. Zasada pozostaje jednak ta sama. Jest nią poszukiwanie radosnych, prostych i niezmiennych sensów w tym, co zdaje się umykać i bezpowrotnie ginąć.

„HIROSHIGE – MULTIMEDIALNIE”. Wystawa drzeworytów Hiroshige Utagawy oraz instalacji Aleksandra Janickiego otwarta została w krakowskim Centrum „Manggha” 11 lipca 2002, w dniu wizyty w Centrum cesarza Akihito i cesarzowej Michiko, którzy byli jej pierwszymi gośćmi; można ją oglądać do 27 lipca. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl