Nie chodzi o złagodzenie skutków kryzysu, ale o jego przezwyciężenie


Popyt i klimat

Janusz A. Majcherek



W czasie kryzysu ekonomicznego polityka społeczno-gospodarcza polega na dokonaniu wyboru między ochroną dochodów najuboższych
a ułatwieniem działalności najaktywniejszych. Równoczesna realizacja obu celów jest trudna, a koncentracja na tym pierwszym może oznaczać, że kryzys się nie skończy. Oto podstawowy problem obecnego rządu. Tyle że plan ogłoszony właśnie przez Grzegorza Kołodkę dylematu tego nie rozwiązuje. Mimo optymizmu nowego ministra finansów.


Regres aktywności produkcyjnej polskiej gospodarki wynika z niskiego popytu na jej wyroby. O dziwo, jest on słabszy na rynku krajowym niż zagranicznym. Choć ten drugi pogrążony jest w ogólnoświatowej stagnacji, a wysoki kurs złotego utrudniał walkę konkurencyjną polskim produktom, udawało się eksporterom lokować ich tam coraz więcej. Ostatnie wzmocnienie krajowej waluty (zwłaszcza wobec euro) poprawi perspektywy pozyskiwania nowych konsumentów zagranicznych. Na długofalowe trendy gospodarki światowej, czy choćby europejskiej, w tym na ożywienie popytu, wpływu jednak nie mamy.
W kraju wielkości Polski istotne znaczenie ma także rynek krajowy, na którym panuje stagnacja (wzrost sprzedaży detalicznej niewiele przekracza zero). Podczas kryzysu politycy lewicowi, a tacy obecnie rządzą w Warszawie, nawołują na ogół do ochrony grup najdotkliwiej nim dotkniętych. To pozornie logiczne, ale niekoniecznie ożywcze dla gospodarki. Nie chodzi w niej przecież o jak najdłużej trwającą i najskuteczniejszą opiekę nad ofiarami kryzysu (rzeczywistymi i rzekomymi), lecz o jego jak najszybsze zakończenie, które pozwoli poprawić trwale sytuację wszystkich obywateli.
Niektórzy naiwni interpretatorzy keynesowskiej strategii przezwyciężania kryzysu lat 30. ubiegłego wieku sugerują, że właśnie zasilenie społeczeństwa dodatkowymi pieniędzmi doprowadzi do wzrostu popytu, ten zaś umożliwi zwiększenie produkcji i wyjście z recesji. Żądają więc podniesienia wydatków na cele socjalne w celu stymulacji gospodarki. I zdobywają dla tego postulatu coraz więcej zwolenników w sferach rządowych.
Głupota czy nieodpowiedzialność tych pomysłów wynika nie tylko stąd, że budżet nie ma pieniędzy do rozdawania (deficyt przekracza granice przyzwoitości, nie mówiąc o wymogach Unii Europejskiej; a zadłużenie publiczne zbliża się do granicy wyznaczonej w konstytucji), lecz z nieuwzględniania inflacji. Sytuację najuboższych można poprawić nie przez zwiększenie ich dochodów dodatkowymi pieniędzmi (bo to najpewniej nakręci inflację, która cały ten wzrost unicestwi), lecz także (i lepiej) przez spowodowanie, by za te pieniądze, które mają, mogli więcej kupić. Umożliwia im to polityka monetarna, prowadzona przez bank centralny – bo to dzięki niej zredukowana została inflacja i w efekcie towary powszechnego użytku tanieją. 
Rząd i koalicyjni politycy są z tego widać niezadowoleni. Dążą więc do tego (skądinąd ramię w ramię z „Samoobroną” i Ligą Polskich Rodzin), by towary w sklepach przestały być tak tanie – bo taki skutek będzie miało m.in. niedawne wprowadzenie restrykcji wobec supermarketów, mających zmusić je do zwiększenia marży, a więc i cen. Równocześnie politycy chłopscy tradycyjnie dokładają starań, by żywność – podstawowa potrzeba konsumpcyjna najuboższych – była jak najdroższa. Motywacją ma być ochrona drobnego handlu i rolnictwa, czyli blokowanie nowoczesnych form produkcji rolnej oraz przetwarzania i dystrybucji żywności (80 proc. towarów żywnościowych w hipermarketach ma pochodzenie polskie i przeważnie sprzedawane są pod tanią marką dystrybutora, co posłowie usiłują ukrócić). Zatem nie chodzi o ochronę najuboższych ani o pobudzenie rozwoju gospodarczego, lecz obronę partykularnych interesów konkretnych producentów i dystrybutorów, stosujących zacofane (więc nieefektywne) metody pracy.
Pobudzanie gospodarki przez wzrost popytu konsumpcyjnego ma czasem sens – tyle że nie każdy popyt spełni funkcję stymulacyjną.
Nawet najubożsi nie są w stanie zjeść dużo więcej (na pewno nie całą obecną nadwyżkę zboża), a poprawa dochodów części z nich zwiększy ewentualnie popyt na wina owocowe, u niektórych na używane samochody zagraniczne, u innych na owoce cytrusowe. Najgłębszy regres przeżywa obecnie produkcja budowlana. Popytu na mieszkania nie uda się pobudzić przez zwiększanie zasiłków czy emerytur, bo ani emeryci, ani bezrobotni nie kupują nowych, większych mieszkań. To nie te grupy składają się także z potencjalnych nabywców produkowanych w Polsce nowych samochodów (a branża motoryzacyjna jest drugą pod względem skali kłopotów).
To brzmi brutalnie, ale z punktu widzenia stymulacyjnej funkcji popytu nie wszyscy konsumenci są dla gospodarki jednakowo cenni. Jeśli wziąć pod uwagę grupy, na których dochody państwo ma wpływ bezpośredni, to ważniejszą rolę niż rozmaici świadczeniobiorcy mogłaby odegrać tzw. sfera budżetowa. Zwłaszcza zwiększone dochody nauczycieli, lekarzy oraz innych wysoko wykształconych pracowników sektora usług publicznych przyniosłyby wzrost popytu na mieszkania, samochody, komputery i nowoczesne urządzenia, ale także dobra niematerialne, których zasoby stanowią ważny element standardu życia. 
Gdyby więc szło nie o ochronę dochodów najuboższych, lecz o przezwyciężenie kryzysu, należałoby przesunąć wydatki budżetu państwa ze sfery socjalnej na sferę usług publicznych oraz redukować zasiłki, a zwiększać płace wysoko kwalifikowanych pracowników tzw. budżetówki. Tyle że dotąd postępowano przeciwnie, a lewicowemu rządowi trudno tę tendencję zmienić.
Prawdziwym problemem polskiej gospodarki jest jednak nie tyle słaby popyt konsumpcyjny, co inwestycyjny. Jego spadek odzwierciedla zaś nie obecną sytuację na rynku, lecz tę oczekiwaną. Oczekiwania przynajmniej częściowo zależą od nastrojów i klimatu inwestycyjnego. Na te rząd ma wpływ – i dotychczas je psuł. Nastroje mroził najpierw budzącymi grozę opowieściami o rozmiarach klęski sprowadzonej na kraj przez poprzedników, a potem o nadchodzącej katastrofie, której musi stawić czoło. Klimat inwestycyjny zawsze jest gorszy pod rządami lewicy, a nasza zepsuła go dodatkowo podjęciem populistycznej rywalizacji propagandowej z „Samoobroną”.
Popytu inwestycyjnego rząd nie pobudzi bezpośrednio, ze środków budżetowych, bo tych jest za mało. Wicepremier Marek Pol snuje wprawdzie wizje potężnych inwestycji publicznych na miarę drugiej Polski Gierka, ale to mrzonki (trudniej będzie znaleźć frajerów, którzy pożyczą na to pieniądze, a do pomysłów winietek czy innych przedpłat na finansowanie infrastruktury nie sposób będzie chyba namówić ludność). Jedyna skuteczna metoda to umożliwienie inwestowania tym, którzy tego chcą. Skoro nie mają dosyć pieniędzy, to trzeba przestać im je zabierać. 
Obniżenie podatków i obciążeń związanych z tworzeniem stanowisk pracy – to streszczenie programu, jaki zaproponował nowy gabinet we Francji i stara się realizować wiele rządów europejskich, usiłujących przełamać gospodarczy regres. Owszem, są to na ogół ekipy prawicowe, bowiem gdy trzeba pobudzić gospodarkę, doświadczeni europejscy wyborcy powołują do władzy właśnie prawicę. Ale do stosowania takich metod nie trzeba być prawicowcem, co udowadnia brytyjski premier Tony Blair.
Optymizm oraz zapał konsumentów i inwestorów można byłoby umocnić niskimi prognozami inflacyjnymi, skłaniającymi do zwiększonej aktywności kredytowej. Choć o jej tłumienie oskarżany jest bank centralny, większość winy spada na rząd. Obniżanie stóp procentowych nie zmniejsza odsetek w bankach komercyjnych, bo te wolą pożyczać pieniądze budżetowi państwa, przeznaczającemu je na jałowe, z punktu widzenia koniunktury gospodarczej, wydatki socjalne. Ich zredukowanie jest więc konieczne nie tylko dla umożliwienia spadku obciążeń fiskalnych, ale także kredytowych, mogących zwiększyć aktywność konsumpcyjną i inwestycyjną.
Stymulowanie efektywnego popytu konsumpcyjnego oraz inwestycyjnego grozi skierowaniem go na dobra importowane, a zatem wzrostem deficytu handlowego. Jak temu zapobiec?
Na pewno nie doraźnymi metodami administracyjno-fiskalnymi. Trzeba sprawić, aby jak najwięcej nowoczesnych i atrakcyjnych towarów było wytwarzanych w kraju, czyli żeby to tu były lokowane inwestycje zagraniczne. Napływ kapitału inwestycyjnego z zagranicy prowadzi nadto do długofalowego wzrostu eksportu, nawet jeśli pieniądz ten nie ma charakteru produkcyjnego. Przez międzynarodowe sieci dystrybucyjno-handlowe trafia za granicę coraz więcej polskich wyrobów, sama tylko IKEA sprzedaje ich na świecie za 2,5 mld zł rocznie. Niestety, ani inwestycje zagraniczne, ani zwłaszcza ponadnarodowe sieci handlowe nie są w Polsce hołubione. Inwestorzy wolą Czechy i Węgry.
Polskiej gospodarki nie uda się rozruszać przez zwiększanie popytu na salceson i jabcoki, popieranie zacofanych, rozdrobnionych form produkcji rolnej, rzemiosła i detalicznego handlu sklepikarskiego, desperacką ochronę dochodów najuboższych, czyli zasiłków i świadczeń socjalnych. Jest to możliwe tylko przez ułatwienia (czyli zniesienie barier) dla najaktywniejszych producentów i konsumentów. W przeciwieństwie do tych pierwszych, oni nie potrzebują dotacji, subwencji i dopłat. Wystarczy ich tylko mniej ogołacać z tego, co wypracowują i nie nękać administracyjnymi zakazami. Osiągnięty dzięki ich aktywności wzrost gospodarczy otworzy lepsze perspektywy dla wszystkich. W przeciwnym przypadku czeka nas marazm, który pogrąży wszystkich.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl