22 lipca: dawno temu w PRL-u


Historia podskórna PRL

Z prof. Marcinem Kulą, historykiem z Uniwersytetu Warszawskiego i Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego, rozmawia Krzysztof Burnetko


KRZYSZTOF BURNETKO: – Sondaże wykazują, że spora część średniej i starszej generacji Polaków żywi jeśli nie nostalgię za komunizmem, to przekonanie, że za PRL, zwłaszcza za rządów Gierka, żyło się lepiej. Z kolei młodzież ma do komunizmu stosunek raczej obojętny – jako epoki już odległej. 
To wszystko przekłada się nie tylko na zachowania wyborcze – w postaci głosowania na postkomunistów. Przekłada się też, co może ważniejsze, na powszechność poglądów typu: państwo powinno mocniej ingerować w gospodarkę... Słyszy się nawet tezę, wedle której po wejściu do Unii Europejskiej czeka nas dyktat Brukseli, jak niegdyś dyktat Moskwy.
Źródła nostalgii są rozmaite. Czy nie przyczynił się do niej również sposób, w jaki w III RP mówiliśmy dotąd o historii PRL? 

MARCIN KULA: – Historyk w takich sprawach ma odpowiedź: to już było. To naturalnie unik. Ale pozwala zastanawiać się nad źródłami zjawiska nie w kategoriach doraźnych błędów, lecz procesu. 
Każde pokolenie ma swój punkt odniesienia. Dla moich rodziców był nim okres przedwojenny. Dobry rzemieślnik to był przedwojenny rzemieślnik, a dobre buty to były takie, jak przed wojną. To również była pamięć wybiórcza. Przecież II RP to także bezrobocie, kryzys gospodarczy, Bereza, akcenty szowinistyczne. Dla następnego pokolenia punktem odniesienia była wojna. A dla dzisiejszych 40–60-latków stał się nim komunizm. 
Pamięta się rzeczy lepsze. A nie pamięta się, na przykład, że chociaż mieszkania były w PRL relatywnie tanie, to już pod koniec reżimu mocno zdrożały, a zresztą kolejka do nich wydłużyła się na tyle, że stały się iluzją. W efekcie tanie mieszkanie miał ten, kto je dostał – a tu pojawia się pytanie, za co, jaką drogą, od kogo. Ludzie przypominają, że w PRL uczelnie były bezpłatne, ale zapominają, jak mało było na nich miejsc i jaki cyrk protekcji odbywał się podczas walki o indeks. Sam chciałbym, by szkolnictwo było darmowe, ale wiem, że opłata jest moralniejsza niż uciekanie się do protekcji. 
Kiedy w czasach Gierka kupiłem sobie dezodorant Old Spice’a za bony towarowe w Pewexie, to czułem się przez chwilę jak obywatel Zachodu. Ale rychło przychodziło opamiętanie: wystarczyło iść do zwykłego sklepu i zobaczyć puste półki.

PRL? Za, a nawet przeciw!
Tylko czy mechanizmami idealizowania młodości i wypierania złych skojarzeń można wytłumaczyć wszystko? Przecież niektórzy mówią wręcz, że nie warto było obalać komunizmu.
– To już wynik rozczarowania obecną sytuacją. Zresztą stawianie sprawy w kategoriach: czy to dobrze, czy źle, że padł komunizm albo dyskutowanie, czy za komunizmu było lepiej – nie ma sensu. Przecież system ten zawalił się wskutek swej absolutnej niewydolności. 
Oczywiście: tym nielicznym, którzy się mu sprzeciwiali, zwłaszcza przez aktywność opozycyjną, należy się pomnik i godne miejsce w historii. Gdyby nie oni, agonia trwałaby pewnie o wiele dłużej. Ale najważniejszym powodem upadku komunizmu była jego wewnętrzna i nieusuwalna słabość, sięgająca absurdu. 
Nie bez powodu więc współczesna młodzież postrzega komunizm – symbolizowany przez PRL – przez pryzmat terroru oraz, właśnie, śmieszności. To oczywiście obraz mało realistyczny. Bo owszem, PRL była państwem stosującym terror. Nie było jednak tak, że terror ogarniał wszystkie dziedziny życia – dotyczy to nawet okresu stalinowskiego. Zmieniało się też jego nasilenie. Wreszcie stopień terroru w PRL był mniejszy niż w innych bratnich krajach. To można udowodnić nawet liczbowo, porównując liczbę tajnych współpracowników STASI w NRD na tysiąc mieszkańców z liczbą TW pracujących dla polskiej bezpieki. Tak samo drastycznie różna była skala inwigilacji przedsiębiorstw w obu krajach itd.
Myląca jest też kategoria śmieszności. Pewnie, gdy dziś czyta się niektóre PRL-
-owskie dokumenty, można się pośmiać z języka, argumentacji itd. Taką samą reakcję budzić muszą hasła propagandowe, kroniki filmowe dokumentujące zjazdy partii komunistycznej i inne oficjalne rytuały czy też wspomnienia o kartkach na buty i wódkę, komitetach kolejkowych, korowodach z paszportem na wyjazd na wczasy choćby do Bułgarii itp.
Warto jednak mieć wtedy na uwadze i to, że znakomita większość ludzi, którym przyszło żyć w PRL, nie żyła w nim na niby, lecz naprawdę. Staraliśmy się swoje życie ułożyć możliwie trwale: jedni robili studia i stopnie naukowe tak dobrze, jak potrafili, inni starali się wykonywać jak umieli pracę zawodową. Po ordery czy inne apanaże wypinano piersi i wyciągano ręce także na serio. Dzisiaj wielu udaje, że zawsze byli przeciw – a to bzdura. Naturalnie: było też wtedy sporo „życia na niby”. Jeżeli pisałem wniosek o wydanie jakiejś publikacji i wtrącałem w nim, że w Związku Radzieckim ta problematyka jest również rozwijana, to przecież działałem instrumentalnie – chodziło tylko, by przepchnąć tę publikację. Ale nie ma co udawać, że żyjąc w PRL żyło się gdzie indziej.
Istnieje też teza, że większość Polaków funkcjonowała w stanie „podwójnej świadomości” czy – jak mawiamy za Orwellem – dwójmyślenia: w życiu oficjalnym – w pracy, na zebraniu – mówili tak, jak chciała władza, ale w domu myśleli swoje. Kłopot w tym, że prędzej czy później nastąpić musi przemieszanie obu świadomości. Człowiek, który wykonuje pewną rolę społeczną, siłą rzeczy w nią wchodzi.
Miałem znajomego: pochodził ze Lwowa, poznał bolszewików w 1939 roku, więc wiedział, czym to pachnie. Pewnego dnia dostał medal na rocznicę pracy zawodowej – był inżynierem, nic politycznego. Podczas jakiegoś towarzyskiego spotkania nie ukrywał dumy z tego odznaczenia. Po chwili, jako że było w tym gronie sporo ludzi z Kresów, zaczęły się wspomnienia. Wtedy on – jak pozostali – przeklinał ile wlezie tych piekielnych bolszewików. I nie widział żadnej sprzeczności w swoim zachowaniu.
PRL jawi się więc Polakom w dużej mierze jako kraina mityczna. Nieprzypadkowo wydawaną w oficynie Trio serię o powojennej historii Polski zatytułowaliśmy: „W krainie PRL”. Ktoś mnie nawet zaatakował: – Czy dla profesora Kuli PRL naprawdę była krainą baśniową? Otóż nie: dla mnie nie była, ja wtedy żyłem. Ale dla większości młodych ludzi krainą mityczną, w każdym razie dziwną, już chyba jest. 
Jak stworzyć w miarę prawdziwy obraz PRL? Jak mówić o PRL? 
– Najłatwiej badać historię polityczną – i ta jest w miarę opisana. Trudniejsze jest badanie życia codziennego w PRL oraz mentalności jej obywateli. Kłopot polega, po pierwsze, na tym, że życie codzienne w komunizmie było codzienne i zarazem niecodzienne. Doktor Marcin Zaremba zanalizował komunizm jako system permanentnej mobilizacji. Obywatel PRL był codziennie wzywany przez władze, mistrza w fabryce, dyrektora, nauczyciela do nadzwyczajnego wysiłku w ramach współzawodnictwa pracy. Z drugiej strony trwało nieustające świętowanie – obchodzono nie tylko 1 maja, ale i urodziny I sekretarza, wypuszczenie pierwszej partii produkcji z taśmy, wypuszczenie setnej partii, wybory – do sejmu, do rad narodowych itd. Wszystko miało być świętem. Codziennością było też uganianie się za codziennym zaopatrzeniem....
...ale kupno szynki czy pomarańczy było świętem. Nie mówiąc o załatwieniu sobie lodówki czy pralki. 
– A czy codziennością było ocieranie się o aparat przymusu? Jak więc w takiej sytuacji wytyczyć granice badawcze „codzienności PRL”? 
Jeszcze trudniejsze jest badanie mentalności. Historycy nie mają dobrych narzędzi do prześwietlania mózgów. Źródła pisane nie gwarantują precyzyjnego odtworzenia mentalności, a standardowe metody badania opinii nie pasują do realiów PRL. Klasyczne pytanie ankiet: czy jest się za, czy przeciw?, nie ma w tym przypadku sensu. Zakłada ono możliwość wyboru – a w PRL ta nie zawsze istniała. Niektórzy ludzie z czasem w ogóle zapomnieli, że jest coś takiego jak wybór. Poza tym możliwa, a nawet popularna, była postawa: jestem za, a nawet przeciw.
Mam wielki szacunek dla tych, którzy wybrali drogę trudniejszą niż przeciętna: buntowali się, byli wyrzucani z pracy, trafiali do więzienia. Dziś w aureoli męczenników chcą chodzić niemal wszyscy, a w rzeczywistości ogromna większość z nas współżyła z tym systemem, nawet jeśli jednocześnie go przeklinała. 

Sprawy wstydliwe
A może właśnie obawa przed zburzeniem mitu, że to cały naród walczył z komunizmem i był w opozycji, powstrzymuje historyków przed podjęciem badań nad historią codzienną w PRL?
– Historycy chyba aż tak nie kalkulują. Historycy są jak bestie: gdyby trafiły im się ciekawe materiały, to by się na nie rzucili, nie przejmując się tym, że mogą obalić jakiś narodowy mit. Na początku lat 90. najpierw rzucili się na tzw. białe plamy – kilka tematów, które były wdzięczne, a jednocześnie było wiadomo, że otworzył się już dostęp do źródeł i że są to źródła relatywnie prostsze do opracowania. Zajęli się więc historią polityczną, meandrami stosunków między państwem a Kościołem itp. Badanie tych tematów sprowadzało się do odtworzenia wydarzeń – było więc nieskomplikowane intelektualnie. Były one też dość łatwe do oceny moralnej. 
W naszym systemie studiów historycznych kładzie się nacisk na rezultat, wobec czego badacze boją się podejmować tematy, w których efekt jest niepewny. Największą wagę przywiązuje się do ujawniania i opracowywania źródeł. Tymczasem historii nie powinno się uprawiać tylko siedzeniem w archiwum, ale i głową. Ważny jest zarówno tyłek, jak i mózg. Nie znaczy to, że koledzy, którzy czytają źródła i je tylko komentują, są bezmyślni, jednak głównym problemem polskich historyków nie są braki rzemieślnicze, ale niedostatki koncepcyjne. 
Komentując w „TP” dyskusję o Jedwabnem prof. Tomasz Szarota wygłosił pogląd, że społeczeństwo polskie nie dojrzało jeszcze do przyjęcia wszystkich wstydliwych kart narodowej historii. Skupianie się historyków i publicystów na ciemnych epizodach polskich dziejów może grozić – zdaniem prof. Szaroty – rozpadem i tak wątłej tkanki narodowej, której ważnym składnikiem jest duma z własnej tradycji. Dyskusja na ten temat trwała też na łamach „Rzeczpospolitej”. Stanowiska skrajne streszczać miał tytuł jednego z tekstów: „Westerplatte czy Jedwabne”. Ostatnio echa tego sporu odezwały się w dyskusji wokół „kombatanctwa” opozycjonistów lat 70. 
– Jako historyk nie przyjmuję roli Sienkiewicza, piszącego ku pokrzepieniu serc. Nie mam ambicji wzmacniania tkanki – to sprawa innych specjalności. Rolą historyka nie jest schlebianie, a zresztą prof. Szarota w swej praktyce badawczej ani trochę nie schlebia. 
Każde społeczeństwo woli słyszeć pochwały, a nie przygany. A społeczeństwa, które miały ciężką przeszłość, są na nią szczególnie czułe. Ale przecież i w trudnych wydarzeniach da się znaleźć pozytywy – choćby płynące z tego, jak się do nich podejdzie. 
Polacy nigdy nie lubili mówić o ciemnych stronach swoich dziejów. Czy nasza świadomość historyczna obejmuje liczbę oficerów-Polaków walczących w Powstaniu Styczniowym po stronie rosyjskiej? A przecież car ustanowił specjalny order za zdławienie „polskiej ruchawki” i wśród odznaczonych było wielu Polaków. Czy mamy świadomość, że podczas okupacji zdumiewająco dużo spraw gestapo wszczynało, korzystając z donosów? Nikt o tym nie mówi. I nie chodzi tu o zdrajców – takich, którzy wydali choćby gen. Grota-Roweckiego. Nie: chodzi o donosy zwykłych ludzi, którzy pogniewali się na sąsiada, więc szli do okupacyjnej władzy. Tymczasem o ile za PRL można było rozważać, czy komuniści są władzą okupacyjną, czy państwową, to podczas II wojny nikt takich wątpliwości mieć nie mógł. 
Wybuch sprawy Jedwabnego naruszył samopoczucie Polaków, którzy postrzegali własną historię wyłącznie w kategoriach bohaterskich. Dotknął też, wciąż zawieszonej, kwestii stosunków chrześcijańsko-żydowskich w Polsce. Z drugiej strony część reakcji obronnych nie wynikała pewnie wyłącznie z chęci ukrywania własnych grzechów, lecz z faktu, że w ogóle w odniesieniu do sprawy żydowskiej w Polsce, a tym bardziej w ślad za książką „Sąsiedzi”, pojawiły się mocno uogólnione oskarżenia. A jeżeli ktoś jest oskarżany tak, jakby to on osobiście wydawał Żydów w ręce gestapo, to zaczyna się bronić, bo za to akurat nie czuje się winny. 
Nie każdy czytał esej Jaspersa o różnych rodzajach winy. Nie każdy też musi mieć w sobie tyle wrażliwości, by rozróżniać między jednostkową odpowiedzialnością sprawcy, odpowiedzialnością tych, którzy tworzyli klimat do zbrodni, odpowiedzialnością tych, którzy na nią nie reagowali, czy wreszcie odpowiedzialnością społeczeństwa, które nie czyniło wiele, by ją wyjaśnić.
– Owszem: skupianie się tylko na draństwach i słabościach grupy społecznej może zagrozić jej spoistości. Tyle że w Polsce przez lata nagłaśniano niemal wyłącznie chwalebne karty dziejów. Kiedy więc teraz – dzięki wolności – zaczęły się pojawiać opracowania na temat kart mniej chwalebnych, niektórzy odnieśli wrażenie, że to element antynarodowej akcji. 
Zastanawiając się, dlaczego społeczeństwa bronią się przeciw przypominaniu wstydliwych momentów historii, trzeba wziąć jeszcze pod uwagę zmiany pokoleniowe. Kiedy w Niemczech po 1945 r. pojawiły się próby rozrachunku z hitleryzmem, to wyciszały je i władze – właśnie w imię spoistości nowego, demokratycznego państwa niemieckiego, i dorosłe pokolenie Niemców – które wcale nie kwapiło się do dokonywania rachunku sumienia przed własnymi dziećmi. Musiały minąć lata. Musiało pojawić się nowe pokolenie, które nie tylko było zainteresowane przeszłością swych dziadków, ale też, co może ważniejsze, miało już na tyle siły, by przewalczyć tych, którzy nadal chcieli blokować dyskusję nad przeszłością. Po prostu: dopiero gdy ci, których przeszłość mogłaby skompromitować, zaczęli schodzić ze sceny publicznej oraz tracić wpływy – w mediach, na uczelniach, w życiu politycznym – mogła zacząć się prawdziwa dyskusja nad ich losami, motywacjami i winami. Nie mieli już dostatecznej władzy, by ją wyciszyć. 
Tak samo jest we Francji: dziś o kolaboracji w ramach Vichy czy o zbrodniach w Algierii mówi się tam w miarę otwarcie, bo nikomu to już specjalnie nie zaszkodzi. Owszem, najdrastyczniejsze przypadki współpracy z hitlerowcami zostały osądzone. Jeden starzec wylądował w więzieniu. Ale dziesiątki tysięcy ludzi, którzy pracowali w administracji Vichy, a potem kontynuowali kariery w wolnej Francji, dosłużyło się emerytur. Żyją teraz w spokoju, nikt im już nie przerwie kariery ze względu na przeszłość ani tym bardziej nie wsadzi do więzienia. Nie ma więc przeszkód dla debaty o Vichy.
Podobny mechanizm widać było w tych krajach Ameryki Łacińskiej, które w drugiej połowie XX w. w drodze negocjacji przeobraziły się z dyktatur w demokracje. Zawsze elementem takiej transformacji jest umowa, pisana czy nie, o nie wyciąganiu konsekwencji wobec ludzi starego reżimu. Umawiano się, że zapanuje „pewna cisza”. To wyrażenie zaczerpnięto zresztą właśnie z powojennych Niemiec, gdzie „cisza” miała być ceną za odbudowę kraju. W efekcie w Chile ludzie mocno obciążeni przeszłością nadal zajmują wysokie stanowiska publiczne, a wojsko jako instytucja żyje w przekonaniu, że uratowało ojczyznę. U nas mieliśmy Okrągły Stół, który – niezależnie od gromów, jakie teraz niektórzy nań rzucają – również przyczynił się do likwidacji reżimu. Co ważne, likwidacji bezkrwawej. Za to warto chyba zapłacić jakąś cenę, nieprawdaż? 
W Polsce generacja pamiętająca PRL i tak czy inaczej wtedy zaangażowana jest wciąż aktywna. Dlatego historię komunizmu i PRL bez oporów, uprzedzeń i bez bronienia tego, co swoje, napisze dopiero następne pokolenie. 
Czyżby to znaczyło, że prace Pana i Pana kolegów trzeba spisać na straty? 
– Oczywiście nie. Przecież i my staramy się pisać szczerze. Powstało wiele cennych opracowań najnowszej historii Polski, których autorami są historycy mojego pokolenia. Ale tu wraca stare pytanie metodologiczne: czy dane społeczeństwo lepiej opisze badacz pochodzący z zewnątrz, czy z wewnątrz tegoż społeczeństwa? Można przytaczać argumenty za jedną i za drugą odpowiedzią. 
Kiedy słucham hipotez zgłaszanych przez moich studentów na temat różnych aspektów życia w komunizmie, często mam ochotę krzyknąć: to nie było tak! Ja wtedy żyłem, ja to widziałem, pamiętam, że było inaczej... Zwykle się jednak powstrzymuję. Myślę sobie: czy naprawdę moje indywidualne doświadczenie ma być rozstrzygające? Żyłem w Warszawie, a przecież gdzie indziej mogło być inaczej. Moje doświadczenie było z natury rzeczy indywidualne. Może mimo starań o obiektywizm mam skrzywioną wizję?
 
Skala oporu
Kłopoty z interpretacją mają nawet uczestnicy wydarzeń. Przykładem ocena działalności opozycyjnej. Po 1989 r. niektórzy bohaterowie opozycji – choćby Adam Michnik czy Jacek Kuroń – zastrzegali się, by oporu przeciw komunizmowi w PRL nie traktować, broń Boże, w kategoriach kombatanctwa. Swój sprzeciw uznawali za spełnienie moralnego obowiązku – a czynami oczywistymi nie należy się chwalić. Inni – choćby ich przyjaciel z KOR-u Jan Lityński – dowodzili, że opór w komunizmie był czymś nadzwyczajnym i zapominanie o tym grozi zamazaniem obrazu historii. Jeszcze inne środowiska kultywowały mit całego narodu walczącego z komunizmem. Niedawno spór ten odżył w związku z powołaniem w Krakowie Stowarzyszenia Maj ’77 założonego przez niektórych działaczy Studenckiego Komitetu Solidarności.
– Sprawa oceny i skali opozycji w PRL nurtuje też historyków. Kiedy Andrzej Friszke opublikował znakomitą książkę „Opozycja polityczna w PRL 1945–1980”, prof. Strzembosz skrytykował ją twierdząc, że nie można ograniczać pojęcia opozycji do organizacji w rodzaju KOR-u czy Wolnych Związków Zawodowych, niezależnych inicjatyw wydawniczych czy samokształceniowych bądź wielkich protestów społecznych 1956, 1968, 1976 i 1980 r. Wedle niego sprzeciw miał dużo szerszy zasięg i był praktycznie permanentny: przecież ludzie chodzili do kościoła, śpiewali „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”...
...częściej – w ślad za księżmi zresztą – wybierali neutralną wersję „pobłogosław Panie”...
– ...starsi wmurowywali w świątyniach tablice pamiątkowe poświęcone Armii Krajowej, a młodzież jeździła na obozy oazowe, gdzie nadmiernej miłości do PRL nie rozwijano, nawet jeśli czasem rejestrowano Oazy jako koła PTTK, bo to dawało ulgi w schroniskach.
I wszystko to mamy zakwalifikować jako akt opozycyjny? Takie podejście też by zamazało historię. Bezpieczniej używać rozróżnienia między oporem społecznym a opozycją. 
– Oczywiście nie jest prawdą, że cały naród przez 45 lat nieustannie walczył z reżimem. Ale obie te interpretacje wcale nie są do końca sprzeczne. Bo w Polsce nie było tak, że jedni byli wyłącznie „za”, a drudzy „przeciw”. Postawy były bardziej złożone. Ma rację prof. Strzembosz, gdy twierdzi, że ludzie szli do kościoła, by się odczepić od wszechogarniającego systemu – a więc że była to forma oporu. Tyle że wielu uczestników Mszy następnego dnia szło na zebranie partyjne albo na manifestację pierwszomajową. 
Stąd zasadne jest podejście Friszkego: że opozycja przejawiała się jednak zwykle w formach zorganizowanych. To, że pani Kowalska i inni śpiewali od 1945 r. na okrągło „Ojczyznę wolną”, nie może umniejszać znaczenia instytucji typu KOR, Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, Konfederacja Polski Niepodległej, Polskie Porozumienie Niepodległościowe itp., które powstały w latach 70. i których członkowie płacili jednak wyższy rachunek za swą aktywność niż śpiewacy pieśni patriotycznych.
Kiedy policzono strajki w poszczególnych okresach historii PRL, okazało się, że było ich zaskakująco dużo – i to nawet w czasie stalinizmu. Tyle że część z nich miała charakter czysto socjalny.
– Ze skali strajków w PRL nie zdawaliśmy sobie sprawy, bo przecież objęte cenzurą media nie informowały zwykle o żadnych protestach społecznych. Jeśli strajkujący nie wyszli poza mury fabryki, to o ich wystąpieniach wiedziały co najwyżej rodziny, zaufani znajomi oraz władze partyjne i bezpieka. A co do charakteru strajków: ludzie rzadko są samobójcami. Trudno sobie wyobrazić, by robotnicy na liście postulatów żądali zerwania sojuszu z ZSRR. Zresztą wtedy władza zareagowałaby pewnie ostro. 
Ponieważ jednak w komunizmie system polityczny był wszechogarniający, wszystko – także zwyczajne postulaty socjalne – natychmiast stawało się polityczne. Reżim sam się uwikłał w tę pułapkę: to, co w każdym demokratycznym kraju byłoby drobnym strajkiem przeciwko konkretnemu przedsiębiorcy o konkretną sprawę, w PRL stawało się ruchem przeciw władzy i komunizmowi. Bo skoro wszystko zależało od państwa i partii, to i winą za brak ubrań roboczych czy podwyżek obarczano partię i komunizm. A najdrobniejszy protest angażował momentalnie lokalnego sekretarza partii, miejscową bezpiekę itp. 
Nawet strajk w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r. wybuchł jako wycinkowy. Ale ponieważ stocznia zastrajkowała, a system był polityczny od włosów do podeszwy, to się stało wydarzeniem, które dotyczyło nie tylko dyrektora stoczni, ale i władz województwa, a w końcu rządu i jego siły przewodniej.
Strajk w Stoczni mógł zostać sprowadzony do wymiaru ekonomicznego. Tylko determinacji grupki działaczy Wolnych Związków Zawodowych zawdzięczamy, że Stocznia kontynuowała protest – już jako lider Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego skupiającego całą sieć strajkujących załóg i zgłaszającego żądania o parapolitycznym charakterze: niezależnych związków zawodowych, ograniczenia cenzury, przywilejów dla władzy itp. 
– W nabraniu tej dynamiki też pomógł mechanizm systemu. Lecz i tu pamiętajmy zarówno o odwadze ludzi z WZZ-tów, jak i o ich realizmie, którego efektem było samoograniczanie się ruchu.
Jeszcze jaskrawszym przykładem przekształcania się strajku jest Czerwiec 1956 w Poznaniu. Protest ekonomiczny przerodził się w niemal powstanie narodowe. 
– Poznań ’56 pokazuje m.in., że historia pełni w życiu społecznym rolę alfabetu. Robotnicy i mieszkańcy Poznania, którzy wyszli na ulice, mieli w pamięci kliszę powstań narodowych. Świeże było zwłaszcza wspomnienie powstania warszawskiego. Rychło więc na ulicach Poznania pojawiły się zewnętrzne oznaki upodobniające oba zrywy: służba sanitarna przypominająca sanitariuszki z 1944 r., pogłoski o nadciągających do miasta oddziałach pacyfikacyjnych itp. Odniesienia historyczne służyły też buntownikom do zaprezentowania swoich celów: sami zaczęli przedstawiać protest jako powstanie. To miało wyjaśnić i im samym, i otoczeniu – rodakom oraz światu – istotę buntu. Do kogo by trafili, gdyby zaczęli opowiadać, że walczą o reformę systemu wynagrodzeń bądź o powiększenie udziału robotników w zarządzaniu zakładem? Nie znaczy to naturalnie, że oni z cynizmu wpisywali się w tradycję powstań narodowych. Był to proces spontaniczny, może wręcz podświadomy.
Wszystkie te przykłady dowodzą, jak ważna jest w mówieniu o historii konceptualizacja.
A jakim językiem mówić o PRL, by trafiło to do ludzi?
– Ciekawe, że obecni studenci już się nie śmieją z dowcipów PRL-owskich! Czasem w wykład wplatałem takie dowcipy, bo myślałem, że dobrze ilustrują absurd tamtej epoki. Aż nagle zauważyłem, że sala nie reaguje. Widać już im się to z niczym nie kojarzy.
Czy to znaczy, że nawet pokazywanie PRL-u poprzez tak atrakcyjne, zdawałoby się, klisze, jakimi są na przykład filmy typu „Rejs” Piwowskiego czy „Miś” Barei, może okazać się nieskuteczne?
– Tak. Te filmy nie trafiają już chyba do młodych jako obraz PRL. Są na tyle dobre, że pewnie będą żyć własnym życiem – ale już nie w skojarzeniu z komunizmem. 
Może dzięki temu historia najnowsza przestanie być przynajmniej używana jako narzędzie walki politycznej. 
– Owszem, jeśli ludzie używają skojarzeń zaczerpniętych z historii, a symbole historyczne używane są nawet w reklamie, to i politycy lubią nawiązywać do wygodnych dla siebie faktów i wygłaszać różne tezy w przekonaniu, że one coś dla ludzi znaczą. Tyle że dziś już tylko politycy wierzą w skuteczność takiego podejścia. Masy reagują na wspomnienie kilku ledwie wydarzeń i paru symboli, resztą się nie przejmują. Niedawno grupie 400 studentów zrobiłem kolokwium. Na pytanie: z kim się kojarzą słowa „non possumus”?, padło nazwisko kardynała Wyszyńskiego w kontekście sprawy obsadzania stanowisk kościelnych, ale wybierano też odpowiedź: Jan Paweł II po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. Prawda, że muszę jednak oddać im honor, bo zaproponowałem również wersję: prymas Glemp w kontekście pracy w niedzielę w supermarkecie – ale na to się nie nabrali.
Nie brzmi to wesoło. Na dodatek popularyzacja historii wciąż jest chyba w branży traktowana jako zajęcie niezbyt poważne. 
– Szczęśliwie coraz więcej młodych historyków nie przejmuje się tymi opiniami i pisuje choćby w czasopismach społeczno-kulturalnych, a nie tylko w periodykach zawodowych. Tyle że zapał ten studzi polityka Komitetu Badań Naukowych, który nawet najpoważniejszego artykułu nie zalicza do dorobku zawodowego, jeśli został opublikowany w czasopiśmie ogólnokulturalnym, nie zaś stricte naukowym. Poza tym faktycznie spora część środowiska wciąż bardziej ceni tych, którzy siedzą osiem godzin w archiwum, a wyniki badań ogłaszają jedynie w tytułach branżowych o znikomym nakładzie.

Antropologia SB, albo partia wobec żywca
Jakie tematy z PRL-owskiej codzienności czekają na zbadanie? 
– Zacznijmy od styku z historią polityczną: mało wiemy choćby o kulisach stosunków ze Związkiem Radzieckim. Przecież „przyjaźń” ta nie sprowadzała się do Biur Politycznych obu partii, ale obejmowała i niższe szczeble. Warto więc przyjrzeć się roli doradców radzieckich w różnych dziedzinach życia czy też kalkowaniu w PRL radzieckiej siatki instytucjonalnej. Zdarzało mi się uczestniczyć w spotkaniach Polskiej Akademii Nauk i akademii bratnich krajów. Żelaznym punktem rozmów była organizacja akademii. Po paru minutach okazywało się, że są one identyczne. Skoro o nauce mowa: do przebadania jest kwestia Polaków studiujących w ZSRR. Bo trwało to przez cały PRL i wcale nie dotyczy jedynie wojskowych. 
Podobne tematy można znaleźć w – jak mawia prof. Andrzej Paczkowski – filarach PRL: partii, wojsku i służbie bezpieczeństwa. W ostatnim przypadku sporo wiemy już o strukturach, a powoli poznajemy mechanizm inwigilacji. Ale fascynujące byłoby prześledzenie antropologii funkcjonowania SB. Z jakimi motywacjami ludzie zgłaszali się do pracy w tej służbie? Jak ją sobie racjonalizowali? Jak namawiano do współpracy? Szantaż, materiały kompromitujące – owszem. Lecz przypuszczam, że służby wykorzystywały też wątki patriotyczne. Jak ludzie reagowali na propozycje współpracy? Dlaczego je akceptowali? Jak się wykręcali? Jak racjonalizowali akceptację?
Ciekawe byłoby zbadanie roli SB oraz organizacji partyjnej w różnych instytucjach. Mogła ona być różna: przykładowo na Uniwersytecie Warszawskim wpływy POP PZPR były zarazem i wielkie, i znikome – a to dlatego, że wielu ludzi z uniwersytetu miało towarzyskie kontakty z prominentami partii, więc mogło zwracać się do najwyższych władz z pominięciem POP. 
A już niemal zupełnie białą plamą jest właśnie historia życia codziennego, jeśli nie sprowadzać jej tylko do kłopotów z zaopatrzeniem, zdobyciem mieszkania czy paszportu. Chociażby wychowanie młodzieży: mój uczeń, Krzysztof Kosiński złożył właśnie pracę doktorska na ten temat, opartą – co najcenniejsze – nie tylko na archiwach ministerstwa czy Wydziału Oświaty KC PZPR, lecz także na archiwach szkolnych. One pokazują, na ile odgórne wytyczne były wprowadzane w życie na dole. 
Rezultaty takich kwerend są frapujące. Tyle że niełatwe koncepcyjnie. Dam przykład z własnych wspomnień, jak trudno zrozumieć niuanse PRL. Pod koniec lat 40. chodziłem do przedszkola na Żoliborzu. Mieściło się w baraku. Obok budowano murowany budynek, do którego mieliśmy się kiedyś przenieść. Zbliżał się 1 maja. Wychowawczynie przebrały nas w jakieś fartuchy, od robotników dostaliśmy do rączek kielnie i każde dziecko ciapnęło trochę cementu i położyło swoją cegłę w nowym budynku. To miało być uczczenie 1 maja, ale było jednocześnie świetną zabawą i znakomitym posunięciem wychowawczym – bo mieliśmy poczucie, że budujemy coś swojego. Jak historyk to ma ocenić? Czy położyć nacisk na indoktrynację, czy może na aspekt wychowawczy? 
Dopiero pokazanie także tego rodzaju podskórnej historii PRL oraz funkcjonowania systemu na najniższych i najgłębszych jego poziomach dałoby pełny obraz tej epoki. Namawiam studentów do takich właśnie tematów badań. 
Zajmowaliśmy się choćby skargami i prośbami, które obywatele kierowali do KC PZPR. Analizowaliśmy m.in. poetykę tych listów – na ile była ona autentyczna, a na ile jedynie rytualna. I ile było w takich monitach do władzy rzeczywistej ludzkiej nadziei? Śledziliśmy codzienne funkcjonowanie komitetu wojewódzkiego PZPR w Gdańsku. Czym się zajmowała instancja partyjna tego szczebla? Na mnie największe wrażenie zrobiła wiadomość, że to I sekretarz KW zakazał... kastrowania w województwie wieprzów. Fachowcy od rolnictwa chcieli, by wieprze – jako nierasowe – wykastrować. Sekretarz jednak uznał, że jeżeli wieprze nie będą mogły spełniać swojej męskiej powinności, to województwo gdańskie nigdy nie odstawi wymaganego kontyngentu mięsa. I po przeanalizowaniu problemu zakazał kastrowania na podległym sobie terenie.
To pokazuje PRL w działaniu: nie zajmowała się ona tylko wsadzaniem ludzi do więzień i krzewieniem przyjaźni z ZSRR, ale też takimi sprawami. Dopiero wtedy widać, jak kretyński był to system. I że nie mógł sprawnie działać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl