37. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Karlowych Warach


Nigdzie, czyli w Europie

Wojciech Kuczok



Przed rokiem byliśmy w Karlowych Warach świadkami cudownych narodzin filmu prawdziwie kultowego – myślę oczywiście o „Amelii”. W tym roku nie doczekaliśmy się takiej rewelacji. Za to z niezwykłą siłą objawiła się wieloetniczność współczesnego kina.



Choć w Karlowych Warach z dumą podkreśla się, że tamtejszy festiwal filmowy od kilku edycji posiada najwyższą w tej dziedzinie kategorię, równą Cannes, Wenecji i Berlinale, jego termin, przypadający na początek wakacji, nieodparcie przywołuje na myśl raczej uroczystą inaugurację sezonu ogórkowego niż poważne święto sztuki filmowej. Także kilkutygodniowy zaledwie dystans dzielący festiwal karlsbadzki od canneńskiego wciąż skazuje komisję selekcyjną na przyjmowanie do konkursu filmów, które z różnych przyczyn (niestety, często merytorycznych), o Złotą Palmę walczyć nie mogły. 
Przed rokiem byliśmy w Karlowych Warach świadkami cudownych narodzin filmu prawdziwie kultowego – zwycięska „Amelia” właśnie tam rozpoczęła podbój światowej widowni. Tegoroczna edycja nie wyłoniła dzieła, które choćby zbliżyło się poziomem do przeboju Jean-Pierre Jeuneta. Wśród walczących o Kryształowy Globus twórców brakło znanych nazwisk ani też nie doczekaliśmy się eksplozji nowego talentu. Za to z niezwykłą siłą objawiła się, tak w konkursie, jak i w sekcjach „panoramicznych”, wieloetniczność współczesnego kina. Jakiekolwiek próby centralistycznego pojmowania światowej kinematografii – z Hollywood jako mekką komercyjnego przemysłu filmowego i Europą jako ostoją filmowej awangardy – biorą dziś w łeb. Nie sposób już nawet posługiwać się terminem kinematografii egzotycznych, skoro w powszechnym mniemaniu artystyczną palmę pierwszeństwa na świecie dzierży obecnie kino irańskie, zaś wśród laureatów największych światowych festiwali coraz częściej widzimy także Koreańczyków, Chińczyków, a nawet Hinduskę. Europejczycy zaś niejednokrotnie szukają inspiracji poza kontynentem.

Nagrody, nagrody
„Nigdzie w Afryce”, uhonorowane Specjalną Nagrodą Jury, a przez jurorów Fipresci uznane za najlepszy obraz festiwalu, to nowy film niemieckiej reżyserki Caroline Link, nakręcony w Kenii. Temat holocaustu wydaje się niewyczerpanym źródłem dla filmowców, którzy odnajdują w nim coraz mniej znane i coraz bardziej egzotyczne epizody. Ten, poprawnie i niestety dość letnio (mimo tropikalnej scenerii) opowiedziany przez Link na podstawie autobiograficznej powieści Stefanii Zweig, penetruje dość odległą gałąź żydowskiej diaspory. Ojcu rodziny, młodemu Walterowi, udaje się ściągnąć do wioski gdzieś w środku Czarnego Lądu żonę i córeczkę tuż przed wybuchem II wojny światowej. Film przedstawia losy całej trójki, od początkowego przerażenia surowością warunków życia (przeskok z arystokratycznych salonów do chaty na pustkowiu), przez zauroczenie kontynentem, aż po ostateczną decyzję o pozostaniu w Kenii, mimo kuszących propozycji powrotu do powojennej, normalniejącej Europy. 
Neal Slavin eksponuje jeszcze mniej znany wątek żydowskiej mojry w swoim późnym debiucie fabularnym „Focus”. Willam H. Macy, moim zdaniem niesłusznie nagrodzony za swoją rolę, bo dubluje w niej wizerunek tchórzliwego neurotyka z „Fargo” braci Coen, gra tym razem Amerykanina, który z racji semickiej powierzchowności pada ofiarą antysemickich bojówek, w latach czterdziestych przejawiających aktywność także w USA. Film nieznośnie dydaktyczny, a przy tym zwyczajnie nudny, pokazuje szamotaninę bohatera, który dopiero w finale zrozumie, że dla antysemitów Żydem nie jest ten, kto się nim urodził, lecz ten, kogo się za Żyda uzna. 
Z nagrodą za najlepszą reżyserię wyjechał z Karlowych Warów Asghar Massombagi, Irańczyk od piętnastu lat mieszkający i tworzący w Kanadzie. Jego „Khaled” zaczyna się jak ostre, zaangażowane kino dokumentujące gehennę codziennej egzystencji poniżej minimum socjalnego. Samotna schorowana matka nie ma już pomysłów na to, jak zapewnić godziwe warunki małoletniemu synkowi; użeranie się z właścicielem mieszkania i pracownikami socjalnymi, a przede wszystkim z biedą zapewne przyspiesza jej nagły zgon. I odtąd film grzęźnie w klaustrofobicznej makabrze. 
Dzieciak nie przyjmuje do wiadomości śmierci matki, stara się „prowadzić dom” w sposób, jaki podpatrzył u swej rodzicielki, ale udaje mu się to tylko do czasu, kiedy gorące kubki się kończą, nie ma już czego odgrzewać w mikrofali, a zmarła matka (dotąd przykrywana przez chłopca kocami, żeby się rozgrzała) po prostu gnije. Męczący, drastyczny film o rozkładzie: rodziny, wartości, ciała. Jest w nim kilka kadrów, które zapadają w pamięć, co na tegorocznym festiwalu było zaiste rzadkością. Kiedy chłopiec przeszukuje szufladę ze szpargałami zmarłej matki i znajduje zdjęcie ojca ze zdrapaną z fotografii twarzą, wskrzesza dramat nieszczęśliwej kobiety, która swój żal zabrała do grobu, a którą reżyser sprowadził do roli nieznośnie obecnego trupa.
Hołubione na tym festiwalu kino koreańskie (w ubiegłym roku miało osobną sekcję, w tym retrospektywy doczekał się najbardziej kontrowersyjny z młodych koreańskich twórców: Kim Ki Duk) miało swego konkursowego przedstawiciela w Min Boung-hunie, którego „Nie czas na łzy” uważam za najciekawszą z tegorocznych propozycji (nagroda za zdjęcia, a także wyróżnienie Fipresci). Boung-hun nauki reżyserskie pobierał w Moskwie i najwyraźniej wracając ze studiów zostawił serce gdzieś w pół drogi do ojczyzny, bo oto już drugi film nakręcił w Tadżykistanie. 
Historia powrotu syna marnotrawnego z rosyjskiej metropolii do tadżyckiego sioła stanowi pretekst do dokumentalnej bez mała obserwacji życia prostych ludzi gdzieś na peryferiach cywilizacji. Główny bohater wraca do rodzinnej chaty bez grosza przy duszy, przegrany, poszukiwany przez moskiewskich wierzycieli, świadom, że uciec przed nimi nie zdoła. Nostalgiczne spoglądanie na surową, ale czystą codzienność wiejskiej społeczności, żyjącej za pan brat z Bogiem i naturą, jest w jego przypadku znacznie spóźnione. Zamiast kornych prób powrotu na łono rodziny i kraju przodków, musi brnąć w kolejne kłamstwa, próbując wyłudzić od wszystkich sumę na spłatę długów zaciągniętych w Rosji. Matka ani dziadek nie dadzą, bo nie mają z czego, dawni koledzy zaś przypominają, że również u nich ma zaległe zobowiązania. Musi uciekać dalej, w finałowym kadrze rzucając za siebie tęskne spojrzenie. Na góry, z których dawno odeszli ostatni poszukiwacze złota, lecz w których pozostał dziad, odkuwający kamienne bryły, już nie po to, by dogrzebać się samorodka, lecz by konsekwentnie kontynuować raz rozpoczętą pracę.
Zabawną puentą dla wątku konfrontacji kulturowych było „Hiszpańskie mieszkanko” Cédrica Klapischa, ulubiony film karlsbadzkiej publiczności. Xavier, tuż po studiach, mający apetyt na posadę w dużej firmie, wyjeżdża na rok do Barcelony, by korzystając z programu Erasmus nauczyć się hiszpańskiego, i, by tak rzec, nabyć europejskiej ogłady. Zamieszkuje na doczepkę w lokum zajmowanym już przez grupkę studentów legitymujących się paszportami z najróżniejszych stron Unii. Historyjka błyskotliwie pomyślana jako „komedia integracyjna”, dała się oglądać bez niesmaku także z powodu epizodycznego udziału Audrey Tautou, ale właśnie jej pojawienie się na ekranie natychmiast przypominało o tym, jak błahe i nieistotne kino oglądamy. Magia „Amelii” naznaczyła Karlowe Wary przed rokiem, teraz nie można było opanować dojmującego uczucia niedosytu.

Czesi i Polacy
Nie rozwiały go nawet oba filmy czeskie, choć nie sposób odmówić im uroku. Zarówno „Rok Diabła” Petra Zelenki, nagrodzony przez jury Kryształowym Globem, jak i „Smrody” Zdeńka Tyca zwracały uwagę przede wszystkim oryginalną ścieżką dźwiękową. Zelenka (znany m.in. jako współscenarzysta „Samotnych” Davida Ondrziczka) w paradokumentalnej poetyce opowiada historię czeskiego piosenkarza Jaromira Nohavicy i popularnego zespołu Czechomor, zaś wśród odtwórców głównych ról (choć właściwie każdy tu gra samego siebie) jest i Jaz Coleman, lider znanej w kręgach fanów rocka brytyjskiej grupy Killing Joke. 
U Tyca kapitalna muzyka folkowej grupy Jabłoń pełni znacznie subtelniejszą funkcję komentarza do opowieści o małżeństwie, które poza własnym synem cierpiącym na astmę, wychowuje dwójkę adoptowanych Cyganiątek – dzieci, łagodnie mówiąc, trudnych. Sąsiad rasista uprzykrza im życie jak może, ale miłość rodzicielska okazuje się przechodzić kolejne próby zwycięsko. Bezpretensjonalna historyjka trafia w czułe miejsce Czechów, pomnych tego, że niechęć do Romów wciąż przybiera w ich kraju niepokojące rozmiary. 
Nas reprezentowała w konkursie „Cisza” Michała Rosy, film, o którym mówiło się w Polsce już dość dawno (osobiście go na łamach „TP” recenzowałem z cokolwiek umiarkowanym optymizmem). W Karlowych Warach „Ciszę” zauważyło jedynie Jury Ekumeniczne, przyznając mu swoją nagrodę, a ja w tym przypadku zastąpię komentarz zacytowaniem jurorskiego uzasadnienia: „film w oryginalny i przemyślny sposób ukazuje proces odnajdywania głębszych poziomów samoświadomości; dziwny człowiek stawia przed bohaterką lustro, potrzebne jej, by znaleźć drogę do pojednania z własną przeszłością i podjęcia wyzwań teraźniejszości”.
Najbardziej wyrazistym polskim akcentem w Karlowych Warach była obecność Kasi Adamik, do niedawna terminującej za oceanem na planach filmowych tak zacnych twórców, jak Jonathan Demme, czy Scott Hicks, a dziś już samodzielnej reżyserki, autorki gorąco przyjmowanego na obu kontynentach niezależnego debiutu „Szczek!”. Film, pokazywany w ramach Forum Niezależnych, to tragikomiczna opowieść o kobiecie, która z niewyjaśnionych przyczyn pewnego dnia ze szczęśliwej i rezolutnej młodej małżonki całkowicie przeobraża się psychicznie w... sukę. Jedynym sposobem komunikowania się z otoczeniem pozostaje dla niej szczekanie. Mąż, bezradny wobec tego absurdu, początkowo ma nadzieję, że przypadłość żony jest przejściowa, jeśli wręcz nie stanowi swoistej manifestacji niezadowolenia z pożycia małżeńskiego; z czasem jednak, kiedy małżonka zatraca się w pieskim życiu tak dalece, że naraża to na szwank wyposażenie mieszkania, konieczna staje się hospitalizacja. O dziwo, psychiatrzy są równie bezradni, co pani weterynarz (ostatecznie psią psychiką winien się zająć psi psychiatra), medykamenty zaś, miast przywrócić bohaterkę do normalnego życia, pogrążają ją w stuporze. Ostatni etap zmagań z chorobą, to już walka męża o przywrócenie choćby tylko zwierzęcej aktywności żony, co ostatecznie kończy się sukcesem – a zarazem przewrotnym niby-happy endem. Film mógłby właściwie tylko wygrywać szalony pomysł, na którym opiera się scenariusz, ale – obok w istocie zabawnych nieporozumień, towarzyszących „spsieniu” bohaterki – jest to budząca całkiem poważne refleksje przypowieść o miłosnej cierpliwości, zaś zasięg semantyczny tej metafory jest imponujący, winien stanowić gratkę nie tylko dla filmoznawców spod znaku gender-studies. 
Poza promowaniem „Szczeku!”, wizyta Kasi Adamik wiązała się także z zapowiadanym na jesień bieżącego roku początkiem słowiańskiej super-koprodukcji „Janosik – prawdziwa historia”. Wszystkich gości już w progach festiwalowego centrum witały plakaty reklamujące to wydarzenie: w filmie mają partycypować strony polska, czeska i słowacka, reżyserować będą Kasia Adamik z mamą, Agnieszką Holland, a jedną z głównych ról, choć nie samego Harnasia, zagra Michał Żebrowski (na fotografii ma piękne długie włosy, więc może Marynę...).

Poza festiwalem
Znużony miernym poziomem pokazów premierowych, popołudniami korzystałem z dobrodziejstwa przeglądów filmów docenionych już i znanych z innych festiwali. Dużą frajdę sprawia „Ciemnoniebieski świat”, najdroższa produkcja w historii czeskiej kinematografii (6,5 mln dolarów), wyreżyserowana przez Jana Svieraka. W Czechach mało kto tego filmu jeszcze nie widział, my zapewne poznamy go z co najmniej półtorarocznym opóźnieniem, tak jak to było ostatnio w przypadku świetnego filmu Jana Hrzebejka. Svierakowie (autorem scenariusza jest ojciec Jana, Zdeniek) dają przykład, jak opowiadać o heroizmie bez popadania w patriotyczny kicz. My mieliśmy podczas II wojny światowej w brytyjskich siłach lotniczych swój Dywizjon 303, o którym wie każdy pilny podstawówkowicz, czescy lotnicy też służyli w RAF-ie, ale dopiero film Svieraka upowszechnił na masową skalę ten epizod nad Wełtawą. A także jego bolesną kontynuację, kiedy to już po wojnie reżim wtrącał wracających z Anglii weteranów do więzień i poddawał torturom. Imponujący rozmach scen walk powietrznych i więcej niż błyskotliwy, typowo czeski humor wiarygodnego historycznie scenariusza, dają w rezultacie dzieło efektowne i poruszające; szkoda byłoby, gdyby polscy dystrybutorzy przegapili je tylko z uwagi na brak szyldu made in USA.
Niestety, film, który mną najbardziej w Karlsbadzie wstrząsnął, pokazywany w sekcji laureatów innych festiwali „Syn” Luca i Jean-Pierre’a Dardenne’ów, wielkie, krystalicznie czyste kino, zapewne nie ma szans na dotarcie do polskiej widowni w normalnym trybie dystrybucyjnym. To utwór bodaj jeszcze bardziej radykalny w formie niż ich wybitna „Rosetta”, której przecież nie pomogła w promocji nawet Złota Palma sprzed dwóch lat. 
W „Synu” autorzy konsekwentnie stosują swoiście rozumianą metodę kamery subiektywnej, nawet na moment nie wypuszczając z kadru głównego bohatera, widząc świat tylko poprzez niego. Podobnie jak w „Rosetcie”, jesteśmy świadkami głębokiej filmowej introspekcji w psychikę człowieka znękanego losem. Główny bohater to mężczyzna w średnim wieku, osamotniony podwójnie: nieletni synek został zamordowany przez nieletniego bandytę, a żona nie przetrwała wynikłego z tej zbrodni kryzysu małżeńskiego i odeszła do innego. Mężczyzna jest majstrem w stolarni, do której pewnego dnia zgłasza się na praktykę wypuszczony z poprawczaka zabójca jego syna. Zamiast obmyślania zemsty, samosądu, facet zaczyna się opiekować nieświadomym jego tożsamości chłopakiem, przyjmuje go do roboty, szkoli, kierowany nieodgadnionym przez siebie samego imperatywem... Porażająca kulminacja następuje w wielkim, pustym składzie drewna, gdy mężczyzna postanawia ujawnić przed chłopakiem, że był ojcem zabitego. 
Genialny, surowy, skrajnie ascetyczny (większość scen wygląda jak instruktaż obróbki drewna) film o miłosierdziu wymiata z sali przypadkową publiczność, ale ta mniejszość, która pozostaje do końca projekcji, ma poczucie uczestnictwa w kolejnym historycznym wydarzeniu w dziedzinie sztuki filmowej. Uwielbiam te chwile, kiedy rozkosz obcowania z arcydziełem wzmaga się wprost proporcjonalnie do pustoszenia widowni, trzaskania opuszczanych krzesełek, pomruków niezadowolenia i konsternacji: gdzieś w trzech czwartych projekcji sala ucicha, i wtedy wiem, że zostali już sami wtajemniczeni. Jak kiedyś w Toruniu na pierwszej polskiej projekcji „Uniesie nas wiatr” Kiarostamiego, jak ostatnio w Krakowie na rewelacyjnym „Rozwoju” Borysa Lankosza, jak wreszcie w Karlowych Warach na „Synu”, ale i na hipnotycznym „Heremakono” Mauretańczyka Abderrahmane Sissako (nagroda Fipresci w Cannes), „Tajnych głosach” Babaka Payamiego (nagroda za reżyserię w Wenecji 2001) czy „Głębokim oddechu” Damiena Odoula (nagroda Fipresci w Wenecji). Daję głowę, że za kilka lat gorączkowo będziemy szukać wymienionych tytułów na retrospektywach autorów uznanych za mistrzów kina.
Karlowarskie gorące źródła leczą z wielu schorzeń somatycznych, karlowarski festiwal w tym roku definitywnie wyleczył mnie z eurocentryzmu. Większość źródeł nowego kina bije teraz gdzie indziej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl