Tam, gdzie Papież był wikarym

Ks. Jan Kracik



W sobotę, 20 sierpnia 1949 r. nowy wikariusz krakowskiej parafii św. Floriana, Karol Wojtyła ochrzcił pierwsze dzieci: dwie Barbary. Nazajutrz – oprócz niedzielnej służby Bożej – błogosławił małżeństwo Zygmunta i Janiny, pochodzących z rodzin kolejarskich. Równo – co do dnia! – 41 lat wcześniej odbyły się w tym kościele obrzędy pogrzebowe liczącego 59 lat dziadka ks. Karola, Feliksa Kaczorowskiego, rymarza z ulicy Długiej. 


Jego wnuk zaczynał teraz duszpasterzowanie wraz z proboszczem i współwikariuszem, przy kościele wznoszącym się między dworcem głównym, Barbakanem a placem targowym na Kleparzu. Były robotnik z Solvayu i doktor teologii, a w przyszłości biskup i papież, miał odtąd przez dwa lata pracować przy świątyni, w której dziejach w niepowtarzalny sposób splatają się wątki plebejskie, akademickie i królewskie.
 
Święty, co polubi profesorów
O pierwszych przypominał, nieustający od czasów Kazimierza Wielkiego handel na rynku kleparskim oraz zdążający tam z pociągu przyjezdni z ciężkimi koszykami, wstępujący do kościoła, by się pomodlić czy wyspowiadać. Na przemykającego boczną nawą z konfesjonału do ołtarza wikarego spoglądali ze swych nagrobkowych portretów profesorowie Akademii Krakowskiej sprzed 200–300 lat, a po obu stronach prezbiterium piętrzyły się stalle, w których zasiadali oni ongiś jako kanonicy uniwersyteckiej kolegiaty. 
Kościelne dzieje tego miejsca sięgają roku 1185, kiedy to krakowski biskup Gedko rozpoczął budowę kościoła św. Floriana, którego szczątki wyproszone u papieża Lucjusza III spoczęły rok wcześniej w katedrze. Część relikwii męczennika przeznaczono dla poświęconego mu osobnego kościoła, przy którym dzięki fundacyjnej hojności księcia Kazimierza Sprawiedliwego działać miała ośmioosobowa kapituła (czterech prałatów, czterech kanoników), sprawując uroczystą liturgię.
Król Władysław Jagiełło reaktywując w 1400 r. nieczynne kazimierzowskie studium generalne (uniwersytet) odstąpił uczelni prawo obsadzania dwóch prałatur i czterech kanonii świętofloriańskiej kolegiaty, fundując nadto trzy nowe kanonie. W ten sposób kościelne synekury stały się etatami (pensje wtedy nie istniały) dla kilku profesorów wydziału teologicznego. Pracę wykładowcy łatwo było godzić z niewielkimi mszalno-chórowymi obowiązkami w kolegiacie, w czym zresztą kanoników w dużym stopniu wyręczali wikariusze, sprawujący także duszpasterską pieczę nad parafianami. Wszystkich tych duchownych i kościół utrzymywali poddani z kilku fundacyjnych wsi, położonych głównie koło Miechowa (prepozyt kapituły miał Bieńczyce i Skawce). Chłopi oddawali więc swoim panom zwykłe należności: czynsz, dziesięcinę, oznaczoną ilość kogutów, jaj, sera, piwa czy odrabiali folwarczną pańszczyznę. Niezbyt zamożni kleparzanie nie musieli się zatem zbytnio troszczyć o swą farę.

Przekupnie i luminarze
Osada kleparska powstała wokół kościoła św. Floriana, a w 1366 r. (pod nazwą Florencja, która się jednak nie przyjęła) uzyskała od Kazimierza Wielkiego prawa miejskie wraz z odpowiednimi koncesjami rzemieślniczo-handlowymi. Ogromny rynek (dzisiejsze place targowy i Matejki) małego miasta, a faktycznie przedmieścia stołecznego Krakowa; liczne, choć nie wykwintne gospody dla kupców i podróżnych; jatki rzeźnicze i kuźnie stanowiły główne źródło utrzymania mieszkańców. W XV–XVIII wieku spotykali się u św. Floriana profesorowie krakowskiej wszechnicy z niepiśmiennymi przekupniami, piwowarami, karczmarzami, krawcami czy szewcami. Zdecydowanie różniły ich stan wiedzy, pozycja społeczna i kościelny status, ale rzadko kiedy pochodzenie. Stan duchowny i droga do uniwersyteckich katedr w szlacheckiej Rzeczypospolitej nie były wcale dla plebejuszy zamknięte.
Wprawdzie dobrze urodzeni już w XV–XVI w. prawnie zawarowali swym synom biskupstwa, opactwa i stanowiska w kapitułach, ale o obsadzie kolegiaty kleparskiej decydowała Akademia. Jeden z jej wychowanków pisał w XVII w., że tu „nie robi żadnej różnicy między profesorami, czy jest szlachcicem, czy pochodzi z najpośledniejszego ludu”. A było owej szlachty wśród wykładowców Almae Matris w drugiej połowie XVI i w pierwszej XVII wieku tylko 15 proc. Tyle samo wywodziło się spośród chłopstwa. Mieszczan, przeważnie z małych miast, było zaś aż 70 proc. W ten sposób fara-kolegiata skupiała pod jednym dachem głównie tych, co wyrastali bez poddaństwa, ale i bez przywilejów. Droga z kruchty do stalli w tym kościele nie była przegrodzona barierą pochodzenia społecznego, jak do większości kanonii w katedrze wawelskiej.
Ponieważ stanowisko prepozyta świętofloriańskiego król obsadzał aż do 1578 r. (Stefan Batory odstąpił go Akademii), niejeden z dobrze urodzonych prałatów bywał z czasem przez władcę przenoszony w biskupy. Zaszczyt ten spotkał Mikołaja Trąbę, który został arcybiskupem halickim, a potem gnieźnieńskim (zm. 1422) i Mikołaja Kurowskiego – u niego król Jagiełło spędził wiele wieczorów – biskupa poznańskiego, następnie włocławskiego (zm. 1402). Prepozytem na Kleparzu był też Zbigniew Oleśnicki, biskup krakowski i kardynał (zm. 1455); humanista i dyplomata Andrzej Krzycki – biskup płocki, potem prymas (zm. 1537); Piotr Gamrat, który wędrówkę przez 4 biskupstwa zakończył w Krakowie (zm. 1545) oraz prymas Jan Przerębski (zm. 1562).
Wśród luminarzy Akademii, zasiadających w stallach kapituły św. Floriana, wymienić warto Franciszka z Brzegu (zm. 1432), współtwórcę krakowskiej szkoły teologicznej o orientacji praktyczno-moralnej, oraz Mikołaja Kozłowskiego (zm. 1433), reprezentującego biskupa i uniwersytet na soborze w Bazylei. Był wśród nich i Benedykt Hesse (zm. 1456), polemizujący z husytami koncyliarysta. Jego uczniem był przepisujący pracowicie cudze traktaty teologiczne Jan Kanty, kanonizowany w 1767 r. Znakomitym uczonym, znawcą prawa i autorów klasycznych był Jan Dąbrówka (zm. 1472). Natomiast Jan Leopolita (zm. 1572) wydał w 1561 r. pierwsze katolickie tłumaczenie Biblii.

Małe przedmieście wielkiej historii
Kościół na Kleparzu stanowił jednocześnie początek drogi królewskiej. Bywał pierwszą stacją monarchów żywych i umarłych, udających się na Wawel po koronę lub w trumnie. Radosne i pełne nadziei ingresy nowych władców przeplatały się z żałobnymi pochodami, które tą samą drogą odprowadzały ciało poprzedniego króla czy członków jego rodziny do katedralnych krypt.
Paradne wjazdy przedkoronacyjne zapoczątkował w 1574 r. Henryk Walezy. Ustalona po wygaśnięciu Jagiellonów zasada, iż pochówek monarchy odbywać się ma bezpośrednio przed koronacją następcy, manifestowała ciągłość wybieralnej władzy i przywiązanie do poprzednika czy rodzica. Po przeniesieniu się króla i dworu do Warszawy w 1609 r. Wawel stał się jedynie okazjonalną rezydencją władców, którzy przybywali do Krakowa, by zainaugurować swe panowanie, a po jego zakończeniu spocząć w królewskiej nekropolii.
Gdy najwyżsi przedstawiciele stanów i urzędów przybywali pod Kraków, by uświetnić rangę triumfu czy żałoby, mały Kleparz stawał się jakby zajazdem Rzeczypospolitej. Gęściej niż zwykle bywało na kwaterach, a miejscowi włączali się w ordynek pod cechowymi chorągwiami. Przed farą witali króla profesorowie Akademii. W 1676 r. był nim Jan Sobieski, który wstąpił do kościoła, by nawiedzić złożone tam od dwu dni szczątki poprzedników, Jana Kazimierza i Michała Wiśniowieckiego. Nazajutrz odbył się ich pogrzeb, a następnie koronacja nowego władcy.
Podobnie było w 1734 r.: przed (ostatnią w historii) koronacją Augusta III w katedrze odbył się pochówek Jana III, jego żony Marysieńki i Augusta II. Ich ciała czekały u św. Floriana na ten obrzęd blisko 5 miesięcy! Duchowieństwo kolegiaty dbało przez ten czas o należne monarszym prochom honory i odprawiało solenne nabożeństwa żałobne.

Dwa orszaki
Tą samą drogą co koronowani władcy, ale w przeciwnym kierunku, podążali skazańcy prowadzeni na stracenie. Z krakowskiego ratusza szli pod strażą ulicami Sławkowską i Długą do stojącej za Kleparzem miejskiej szubienicy. Towarzyszący skazanemu kapłan oferował i jemu szansę niebiańskiej korony. Wśród złoczyńców przeważali złodzieje, a dzisiejszy wymiar sprawiedliwości potraktowałby ich bez porównania łagodniej. Za to historia doliczyła się wielu krzywd ludzkich, powstałych przy znacznym udziale niejednego z panujących. Co wszakże nie oznacza wymuszania na pomazańcach i hultajach zamiany miejsc, jeno nawiązanie do paru ewangelicznych zdań – tych o nierówności otrzymanych talentów, odpowiedzialności na ich miarę; o ostatnich, co mogą zostać pierwszymi i o granicach ludzkiego sądzenia, co do Boskiego nie zawsze przystaje.
Schodząc dziś po stopniach wprost z ruchliwej ulicy do kościoła św. Floriana wstępujemy od razu w przestrzeń, która formowała pokolenia. W mury stawiane – po wojnach i pożarach – w miejsce murów poprzednich, wsiąkały ich głosy. Obecne ściany i ołtarze świątyni wzniesiono na nowo po zniszczeniach „potopu”. Namalowany w 1679 r. przez Jana Trycjusza św. Florian ogląda znad wielkiego ołtarza ciąg dalszy nieustannie rozwijającej się historii. Pamięta – bo święci amnezji nie ulegają – każdego, kto na drodze życia zatrzymał się przy jego kościele – na chwilę, na dłużej, na dwa lata...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl