Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Ordynacja: tak sobie i gorzej

Wojciech Pięciak Korea Północna: idzie nowe?

Tadeusz Jagodziński z Londynu
IRA przeprasza... i co dalej?


 

 




  
Ordynacja: tak sobie i gorzej 


Ideałem byłby stały system liczenia głosów w wyborach – niezależnie od przed-
wyborczych prognoz i układu sił w parlamencie. Stabilne reguły gry są w demokracji wartością samą w sobie. W praktyce jednak zasady liczenia bywają zmieniane, zwykle w imię celów równie szczytnych: sprawniejszego systemu sprawowania władzy bądź większej równowagi na politycznej scenie. Czasem są to wyłącznie hasła (a faktycznie chodzi o partyjny interes), czasem – zasadna interwencja w mechanizm wyłaniania reprezentacji społecznej. 
Przegłosowana wspólnymi siłami SLD i Samoobrony zmiana ordynacji, faworyzująca ugrupowania silniejsze, ma inny wymiar w przypadku wyborów do parlamentu (sympatie elektoratu mogą się tu jeszcze mocno zmienić), a inny w wyborach samorządowych. Te mają bowiem inną specyfikę: ważne jest choćby wsparcie inicjatyw lokalnych, niekoniecznie powiązanych z partiami. Co najważniejsze: nowe rady będą musiały pracować z wybranymi w wyborach bezpośrednich (a więc mającymi silną legitymizację) wójtami, burmistrzami i prezydentami miast, podczas gdy na dobrą sprawę nie zdecydowano dotąd, jaki model podziału władzy w gminie przyjąć.
Ideałem byłoby, gdyby ugrupowania zbierały pieniądze na kampanię uczciwie i przejrzyście – czyli potrafiły udokumentować pochodzenie środków, a potem ich wykorzystanie. Tymczasem okazuje się to problemem – i w efekcie wszystkie partie zasiadające w parlamencie mogłyby być pozbawione subwencji państwa. By się od tego uchronić, uchwaliły po prostu, że puszczą w niepamięć własne grzechy i nie dadzą się za nie tak srogo ukarać. A w trosce o własną przyszłość odrzuciły pomysł wprowadzenia mechanizmów antykorupcyjnych w finansowaniu partii. W kraju, w którym i tak panuje przekonanie, że klasa polityczna to nietykalna klika, musi być to odebrane negatywnie. Dlatego abolicja i fory dla kampanijnych księgowych – niezależnie od tego, czy są tylko fuszerami, czy też aż oszustami – jest gorszym sygnałem niż manipulowanie zasadą liczenia głosów. 

 
Krzysztof Burnetko








Korea Północna: idzie nowe?


W historii komunizmu zdarzało się, że rządzący decydowali się na korekty dok-
tryny ekonomicznej. Tak było w ZSRR w latach 20. za „nowej polityki ekonomicznej”, w niby-zachodniej Jugosławii, na Węgrzech „gulaszowego komunizmu” i w Polsce, gdzie odstąpiono od kolektywizacji rolnictwa, a pod koniec lat 80. wprowadzano elementy rynku w postaci spółek. Kiedyś sowietolodzy spierali się nawet, czy ewolucja systemu nie doprowadzi do upodobnienia się socjalizmu i kapitalizmu. Historia pokazała jednak, że cechą eksperymentów, dokonywanych w ramach systemu, był ich cel: utrzymanie władzy. 
Nie inaczej jest w Korei Północnej, ostatnim skansenie „czystego” komunizmu. Podobno (tak twierdzą źródła dyplomatyczne w Japonii) nędza i krach ekonomiczny – kilo ryżu kosztuje na „czarnym rynku” połowę miesięcznej płacy, a kilka milionów ludzi (na 22 mln) egzystuje dzięki wsparciu ONZ – zmusiły reżim Kim Dzong Ila do odejścia od racjonowania wszelkich dóbr na tzw. kartki. Legalizacja „czarnego rynku” żywności i reforma pieniężna – do tego sprowadza się operacja – narusza zasadę, że państwo daje i zabiera każdemu „wedle potrzeb”. Ale pytanie brzmi, jakie siły to wyzwoli i do czego prowadzi? Wtedy będzie można ocenić, czy Kim postanowił pójść drogą chińską – stopniowej zmiany systemu ku kapitalizmowi, przy zachowaniu władzy – czy tylko nieznacznie dostosował „nadbudowę” do rzeczywistości, jaką jest funkcjonowanie dwóch gospodarek: oficjalnej, na krawędzi załamania, i „czarnego rynku”, przez który przechodzi aż połowa żywności. A warto też pamiętać, że bunty społeczne wybuchały nie w czasach największego terroru, ale w momentach „poluzowania”.

 
Wojciech Pięciak









IRA przeprasza... i co dalej?

Trzydzieści lat po „krwawym piątku” w Belfaście Irlandzka Armia Republikań-
ska w specjalnym oświadczeniu przeprosiła rodziny cywilnych ofiar konfliktu w Ulsterze, składając im „szczere wyrazy współczucia”. Oświadczenie – jak często w Irlandii Północnej – miało charakter rocznicowo-okolicznościowy: miano „krwawego piątku” zarezerwowano tam dla 21 lipca 1972 r., kiedy w różnych punktach Belfastu w ciągu godziny eksplodowało 20 bomb podłożonych przez IRA. Zginęło 9 osób, ponad stu przypadkowych przechodniów odniosło rany, a służby porządkowe zbierały z ulic szczątki zarówno protestantów, jak katolików – ofiar ślepego terroru. Nie ma wątpliwości, że na słowa skruchy z ust sprawców tamtych zamachów czekano długo – zbyt długo. Pozwala to zrozumieć chłód, z jakim je przyjęto, zwłaszcza w społeczności protestanckich unionistów. Ci ostatni zwrócili uwagę na selektywność przeprosin (tekst skierowano do bliskich ok. 650 spośród 1800 ofiar IRA; drugie tyle zginęło z rąk bojówek protestanckich bądź brytyjskiego wojska i policji), wykluczającą np. z grona adresatów rodzinę robotnika, który – w oczach IRA – mógł się „splamić” pomalowaniem więziennego parkanu na zlecenie władz, a więc „kolaboracją”. Pojawiają się też pytania o plany tzw. „Prawdziwej IRA”, która nie rezygnuje z walki zbrojnej o zjednoczenie Irlandii, czy podejrzenia wobec działalności wywiadowczej IRA, ciągle gromadzącej informacje o funkcjonariuszach państwowych: ich adresy czy numery rejestracyjne samochodów. 
Nie znaczy to, że oświadczenie IRA jest pustą deklaracją. Czasem w polityce – co podkreślił brytyjski minister ds. Ulsteru John Reid – lepiej zdobyć się na wielkoduszność, niż bez końca zastanawiać się, ile warte jest „sorry” republikanów. Dziś zasadniejsza wydaje się kwestia: czy za słowami IRA pójdą czyny (np. zdawanie broni) i co zrobią pozostali gracze na ulsterskiej scenie? 


Tadeusz Jagodziński z Londynu 






 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl