O wyjaśnianiu

MICHAŁ KOMAR

 


W pierwszych dniach lipca 2002 roku Sopocka Pracownia Badań Społecznych przeprowadziła (na zlecenie „Rzeczpospolitej”) ankietę na temat wprowadzenia w Polsce obowiązkowej nauki dla sześciolatków, tak jak w większości krajów Unii Europejskiej. Sondaż wykazał, że 65% dorosłych Polaków nie chce obniżenia o rok wieku obowiązku szkolnego, a przy tym najmniejsze poparcie dla tej inicjatywy notowane jest w gronie osób legitymujących się podstawowym wykształceniem.
Dlaczego? Jedni mówią, że to z lęku przed użytym słowem „obowiązek”. Obowiązek kojarzy się bowiem z przymusem, ten zaś z tyranią. Tu chciałoby się przypomnieć wolnościowe tradycje walki ludu z przymusem stawiania „sławojek”, potem zaś z przymusem szczepień przeciw chorobom zakaźnym. Inni z kolei twierdzą, że sprzeciw ma swoje źródła w przewidywanych kosztach wysłania dzieci do szkoły, co brzmi społecznie i współczująco. Warto jednak wiedzieć, że – jak pisze komentator „Rzeczpospolitej” – „teraz do nieobowiązkowych zerówek chodzi 96% dzieci w mieście i 87% dzieci na wsi. I właśnie o te 13 % wiejskich i 4% miejskich dzieci, które nie chodzą do zerówek, toczy się cała gra. Chodzi o to, by przywilej wcześniejszej nauki stał się obowiązkiem także dla tych dzieci, których rodzice nie posyłają teraz do zerówki”. Wynika z tego, co następuje: 100% dorosłych Polaków bardzo cierpi z powodu nierówności społecznych wyrażających się m.in. zróżnicowaniem wykształcenia i chętnie o tych cierpieniach rozprawia, 90% dorosłych Polaków zdaje sobie sprawę, że dobre wykształcenie jest we współczesnym świecie podstawowym czynnikiem sukcesu osobistego, a też ważnym źródłem rozwoju gospodarczego państw i narodów, 65% dorosłych Polaków nie chce obniżenia wieku, w którym dzieci obowiązkowo zaczynają naukę, co przypomina mi inne badania, z których wynikało, że większość Polaków wie, że przedsiębiorstwa prywatne charakteryzują się wyższym poziomem organizacji pracy, wyższą wydajnością i efektywnością oraz, że ta sama większość Polaków woli pracować na państwowym, cokolwiek to znaczy. 
Możliwości poznawcze człowieka są z pewnością, panie dziejku, ograniczone, nie do tego jednak stopnia, żeby sobie paru spraw nie wyjaśnić. Gdy w 1879 roku William Lindley ogłosił projekt wyposażenia Warszawy w wodociągi i kanalizację, ludzie świadomi rzeczy wyjaśnili natychmiast, że „spóźnił się o pięćdziesiąt lat”, a więc że projekt jest przestarzały i nie ma powodu nim się zajmować, oraz że projekt z przyczyn społecznych i narodowych jest niesłuszny, zgoła wrogi. „Kanalizacja miasta Warszawy jako narzędzie judaizmu i szarlatanerii w celu zniszczenia rolnictwa polskiego oraz wytępienia ludności słowiańskiej nad Wisłą” – taki tytuł nosiła głośna publikacja wydana w Krakowie w 1900 roku przez „F. R. rolnika nadwiślańskiego”. Autor wyjaśniał, że Lindley jest angielsko-żydowskim agentem; że – jak dowodzi rumiana czerstwość słowiańskiego chłopstwa oraz osób zajmujących się asenizacją – stały i bezpośredni kontakt z fekaliami ma zbawienny wpływ na zdrowie, ponadto ludzkie odchody można przerabiać na „pudrety”, „proszki otwockie”, łatwe w przewozie kolejami i galerami, a niezastąpione jako „kompost sypki i bezwonny, bogaty w sole azotowe i fosforany”. Wyjaśnienia F. R. zyskały znaczną popularność, głównie pośród właścicieli gruntów uprawnych na obrzeżach miasta oraz kamieniczników przerażonych perspektywą konieczności inwestowania w instalacje sanitarne. „Niespuszczanie fekaliów do kanalizacji dałoby (...) pożytek rolnictwu” – zapewniał F. R. 
Mnie z kolei latem 1981 roku wyjaśnił pewien różdżkarz, gdzie spoczywa skarb barona Ungerna-Sternberga. Rozłożył na stole mapę Mongolii, uchwycił różdżkę, ta zaczęła drgać nad pustynią Gobi, w miejscu, które dobrze zapamiętałem. I teraz pragnę wyjaśnić, że jeśli jakiś znawca (naukowiec) wyjaśni mi, dlaczego 65% dorosłych Polaków jest przeciwnych wprowadzeniu obowiązkowej nauki dla sześciolatków, to ja z kolei mu wyjaśnię, gdzie znajduje się to miejsce w Mongolii i odstąpię połowę skarbu. Niech ma, na chwałę polskiej nauki. I rolnictwa też.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl