Nr 30 (2768), 28 lipca 2002
22
lipca: dawno temu w PRL-u
Historia podskórna PRL
Z prof. Marcinem Kulą, historykiem rozmawia Krzysztof Burnetko
   „Najważniejszym
powodem upadku komunizmu była jego wewnętrzna i nieusuwalna słabość,
sięgająca absurdu. Nie bez powodu współczesna młodzież
postrzega komunizm – symbolizowany przez PRL – przez
pryzmat terroru oraz właśnie śmieszności. Ale to oczywiście
obraz mało realistyczny. Znakomita większość ludzi, którym
przyszło żyć w PRL, nie żyła w nim na niby, lecz naprawdę.
Staraliśmy się swoje życie ułożyć
możliwie trwale: jedni
robili studia i stopnie naukowe, inni starali się wykonywać
jak umieli pracę zawodową. Po ordery czy inne apanaże
wypinano piersi i wyciągano ręce także na serio. Dzisiaj
wielu udaje, że zawsze byli przeciw – a to bzdura”.
WIĘCEJ
Tomasz Potkaj
Mit Gierka: trochę kulawa Arkadia
Komunizm
skończył się w Polsce ponad 13 lat temu. Ale zmarły przed
rokiem Edward Gierek, pierwszy sekretarz Polskiej Zjednoczonej
Partii Robotniczej w latach 1970-1980, ma już swoją ulicę i
rondo. Niedługo będzie mieć również swój pomnik, a wkrótce
być może także instytut historyczny swojego imienia. Trwająca
od paru lat nostalgia za tym najbardziej ludzkim z przywódców
partyjno-państwowych „Polski Ludowej” jest dziś
faktem społecznym: aż 56 proc. Polaków uważa, że
najlepiej żyło im się właśnie „za Gierka”. WIĘCEJ
Między „Villa
Tritone” a Neapolem
Wspomnienia Gustawa
Herlinga-Grudzińskiego
nagrał i opracował Zdzisław Kudelski
W październiku 1996 roku nagrałem z Gustawem
Herlingiem-Grudzińskim kilka rozmów w Neapolu, które w przyszłości
miały się złożyć na jego wspomnienia. Pisarz chciał, abym
jego odpowiedziom nadał formę monologu, a powtórzenia usunął,
tak aby całość była jego opowieścią o latach dzieciństwa
i studiów, pobycie w łagrze i w armii gen. Andersa, czy
wreszcie o latach spędzonych na emigracji w Rzymie, Londynie,
Monachium i Neapolu.
Ponieważ byłem wówczas zajęty opracowywaniem kolejnych tomów
„Pism zebranych” Herlinga (SW
„Czytelnik”, t. 1–11, t. 12 w druku), dokończenie
wspomnień w porozumieniu z autorem odłożyłem na później.
Liczyłem również na to, że będę mógł zapytać jeszcze
pisarza o rozmaite sprawy i jego opowieść uzupełnić. Żałuję,
że nie zdążyłem tego zrobić i że autor „Innego Świata”
nie mógł tekstu przeczytać i zaakceptować. Jego śmierć 4
lipca 2000 to uniemożliwiła. Mimo to uważam wspomnienia
Gustawa Herlinga-Grudzińskiego za bardzo ważny dokument, który
koniecznie powinien być opublikowany. Żonie pisarza Lidii
Herling-Croce, córce Marcie Herling oraz synowi Benedetto
Herlingowi serdecznie dziękuję za zgodę na publikację.
Zdzisław
Kudelski
Gustaw Herling-Grudziński z żoną Lidią
i synkiem Benedettem, 1955 r.

„Szalenie mi się spodobała książka Stanisława Mackiewicza o
Dostojewskim. On to chciał drukować w „Wiadomościach”,
a Grydzewski nie chciał. Udało mi się przekonać
Grydzewskiego, który miał do mnie zaufanie i zgodził się na
druk. Mackiewicz mnie spotyka na jakimś przystanku, bo dosyć
blisko siebie mieszkaliśmy w Londynie, i tym swoim wileńskim językiem:
„Szanowny Panie i widzę, że jestem Panu wdzięczny i
zobowiązany, że to dzięki Panu...” i tak dalej, i tak
dalej. Muszę powiedzieć, że wcześniej za jakiś mój artykuł
w swoim piśmie „Lwów i Wilno” pod nazwiskiem mnie
skrytykował ostro i nazwał mnie „wujem w chacie”.
Wiadomo, co to znaczy po polsku, po przestawieniu liter, więc
to była ciężka obraza.
Jak on mi tak dziękował, to ja powiadam: – No dobrze,
ale Pan mnie tak strasznie nazwał. A on: – Niemożliwe,
to jest niemożliwe, proszę Pana. Ja na to: – Mam tę
przewagę nad Panem, że mój przyjaciel Ciołkosz wszystkie
gazety przechowuje, więc ja pójdę do niego i ten numer wyciągnę.
– No, proszę bardzo, ja mogę się założyć, że to
jest niemożliwe. Załóżmy się o skrzynkę wina. –
Doskonale, załóżmy się o skrzynkę wina. Jadę do Ciołkosza,
znajduję ten numer, pokazuję mu i tego dnia wieczorem, ku
zdumieniu wszystkich mieszkańców domu pisarza, w którym
mieszkaliśmy wtedy, zajeżdża taksówka i Stanisław
Mackiewicz taszczy skrzynkę wina, mimo że żył w bardzo
trudnych warunkach. Wygrałem zakład”. WIĘCEJ

„Wczesna godzina”
nowy wiersz Wisławy Szymborskiej
tylko w „Tygodniku Powszechnym”!
WIARA
„Tygodnik” przed pielgrzymką
ks. Adam Boniecki
Dzwony przyszłych papieży
16 grudnia 1948 r. wikary z Niegowici, wioski w pobliżu Gdowa, ks. Karol Wojtyła, uzyskał na Uniwersytecie Jagiellońskim tytuł doktora św. Teologii. Dokładnie trzy miesiące później, 17 marca 1949 r., kardynał Sapieha przeniósł go do Krakowa i mianował wikarym kolegiaty św. Floriana.
Arcybiskup Karol Wojtyła
konsekruje dzwony u św. Floriana

Rozpoczęła się wielka przygoda jego życia – duszpasterstwo młodzieży akademickiej. Obok cotygodniowych konferencji ks. Wojtyła organizuje zamknięte rekolekcje dla studentów w klasztorze kamedułów na Bielanach. W tym samym czasie ktoś inny prowadzi dla studentek takie same rekolekcje w Czernej, w domu sióstr karmelitanek. W konferencjach – wspominają uczestnicy – szczególne miejsce zajmowała problematyka światopoglądowa.
(...) Zadzierzgnięte u św. Floriana więzy trwają do dziś. Obok śladów w ludzkiej pamięci, św. Florian cieszy się także materialnym śladem tamtej obecności – dzwonami. WIĘCEJ
Ks. Jan Kracik
Tam, gdzie Papież był wikarym
W sobotę, 20 sierpnia 1949 r. nowy wikariusz krakowskiej parafii św. Floriana, Karol Wojtyła ochrzcił pierwsze dzieci: dwie Barbary. Nazajutrz – oprócz niedzielnej służby Bożej – błogosławił małżeństwo Zygmunta i Janiny, pochodzących z rodzin kolejarskich. Równo – co do dnia! – 41 lat wcześniej odbyły się w tym kościele obrzędy pogrzebowe liczącego 59 lat dziadka ks. Karola, Feliksa Kaczorowskiego, rymarza z ulicy Długiej.
(...) Jego wnuk zaczynał teraz duszpasterzowanie wraz z proboszczem i współwikariuszem, przy kościele wznoszącym się między dworcem głównym, Barbakanem a placem targowym na Kleparzu. Były robotnik z Solvayu i doktor teologii, a w przyszłości biskup i papież, miał odtąd przez dwa lata pracować przy świątyni, w której dziejach w niepowtarzalny sposób splatają się wątki plebejskie, akademickie i królewskie. WIĘCEJ
„Nad Twoją białą mogiłą”
Napis na tablicy z czerwonego granitu informuje, że 9 czerwca 1979, 22 czerwca 1983, 10 czerwca 1987, 13 sierpnia 1991, 9 czerwca 1997 i 17 czerwca 1999 Ojciec Święty Jan Paweł II modlił się tu za swoich rodziców, krewnych oraz wszystkich spoczywających na cmentarzu. Cmentarz Wojskowy w Krakowie, kwatera 6 wschód, grób 11.
(...) „Moje lata dziecięce i chłopięce zostały wnet naznaczone utratą osób najbliższych. Naprzód matki, która nie doczekała dnia mojej pierwszej Komunii świętej. Ona chciała mieć dwóch synów: lekarza i księdza; mój brat był lekarzem, a ja, mimo wszystko, zostałem
księdzem...”
ABo
WIĘCEJ
Karol Wojtyła z matką
Tyniecka 10
W tym domu, w dwóch pokoikach z kuchnią na parterze, niemal w suterenie zamieszkali w 1938 r. ojciec i syn Wojtyłowie. Stamtąd Karol wyruszał na zajęcia uniwersyteckie do centrum Krakowa, stamtąd, z ojcem, wyruszyli na wędrówkę ludów 1939 roku, docierając aż do Sanu. Z Dębnik Karol wędrował do pracy do kamieniołomów na Zakrzówku, a potem do fabryki Solvay. W tym domu 18 lutego 1941 r. zastał ojca nieżywego, kiedy wrócił z kupionym dla chorego lekarstwem i przygotowanym przez Aleksandrę Kydryńską obiadem.
ABo
WIĘCEJ
Gerhard Gnauck
z Kijowa
Rewolucji nie będzie?
Komunizm się skończył i od niedawna złote kopuły klasztoru św. Michała i głównego kościoła Ławry Pieczerskiej, historycznego kompleksu kościelno-
-klasztornego Kijowa, błyszczą na nowo ponad miastem. Odbudowa Ławry ma symbolizować zwrot ku religii. Podobny cel przyświeca dekretowi prezydenta Kuczmy o restytucji majątku wspólnot religijnych: podpisany w marcu dekret ma doprowadzić do „ostatecznego przezwyciężenia negatywnych skutków totalitarnej polityki byłego ZSRR wobec religii”.
WIĘCEJ
Gerhard Gnauck (ur. 1964), historyk i politolog, jest od 1999 r. korespondentem dziennika „Die Welt” w Warszawie, skąd pisze o Polsce i Ukrainie. Współpracuje też ze szwajcarskim dziennikiem „Neue Zürcher Zeitung”.
KRAJ I ŚWIAT
Nie chodzi o złagodzenie skutków kryzysu, ale o jego przezwyciężenie
Janusz A. Majcherek
Popyt i klimat
Stymulowanie efektywnego popytu konsumpcyjnego oraz
inwestycyjnego grozi skierowaniem go na dobra importowane, a zatem wzrostem deficytu handlowego. Jak temu zapobiec?
Na pewno nie doraźnymi metodami administracyjno-fiskalnymi. Trzeba sprawić, aby jak najwięcej nowoczesnych i atrakcyjnych towarów było wytwarzanych w kraju, czyli żeby to tu były lokowane inwestycje zagraniczne. Napływ kapitału inwestycyjnego z zagranicy prowadzi nadto do długofalowego wzrostu eksportu, nawet jeśli pieniądz ten nie ma charakteru produkcyjnego. Przez międzynarodowe sieci dystrybucyjno-handlowe trafia za granicę coraz więcej polskich wyrobów, sama tylko IKEA sprzedaje ich na świecie za 2,5 mld zł rocznie. Niestety, ani inwestycje zagraniczne, ani zwłaszcza ponadnarodowe sieci handlowe nie są w Polsce hołubione. Inwestorzy wolą Czechy i Węgry.
WIĘCEJ
Bogumiła Berdychowska
z Kijowa
Szalony pomysł Wiaczesława Briuchowieckiego
Zostać studentem Akademii nie jest łatwo: to jedyna uczelnia ukraińska, na której obowiązują anonimowe testy wstępne. Znajomości i łapówki, zmora innych szkół wyższych, na nic się nie przydają: liczy się wiedza i inteligencja. Aby studenci byli istotnie najlepszymi z najlepszych, „Mohylanka” zorganizowała sieć kolegiów: w Zaporożu, Feodosji, Doniecku, Czerkasach, Rożniwie, Siwerskodonecku, Chersoniu, Rohatyniu, Krzemieńcu, Tarnopolu; w Mykołajowie działa zaś filia Akademii.
(...) „Mohylanka” jak żaden ukraiński uniwersytet otwarta jest na świat. Jej studenci muszą znać angielski, część wykładów odbywa się w tym języku. Interesujący jest dorobek Akademii we współpracy z partnerami japońskimi; przy Akademii działa Centrum Japońskie, specjalizujące się w zagadnieniach ekonomicznych. Wśród doktorów honoris causa uczelni znajdują się m.in. Zbigniew Brzeziński, Paul Ricoeur, Roman Szporluk czy Sergiej Awierincew. WIĘCEJ
Po wizycie prezydenta Kwaśniewskiego w Stanach Zjednoczonych
Maciej Wierzyński z Nowego Jorku
„Cudowna proamerykańskość”
Jak powiedział Bush, „Polska jest przykładem dla całej Europy. Jest silną demokracją z gospodarką rynkową, jest narodem przygotowanym do odegrania ważnej roli na światowej scenie”. W opuszczonej przez Rosję strefie, która rozciąga się od Odry po wschodnią granicę Ukrainy, nasz kraj ze swoim centralnym położeniem, potencjałem ludnościowym i gospodarczym świetnie nadaje się na regionalnego partnera USA. Okraszona tyloma miłymi słowami i gestami wizyta Aleksandra Kwaśniewskiego służyła, jak się wydaje, wypromowaniu Polski właśnie do tej roli. Pomijając wystawną otoczkę – oferta, jaką swojemu przyjacielowi (i jego krajowi) złożył prezydent Bush, jest jedną z tych kilku świetnych szans, jakie otrzymaliśmy w ostatnim dwunastoleciu. Nie wolno jej przegapić.
WIĘCEJ
Autor jest redaktorem naczelnym nowojorskiego „Nowego Dziennika”
– największej gazety polonijnej.
Kryzys kultury politycznej w Niemczech
Żołnierze na wojnę, politycy na Majorkę
Joachim Trenkner z Berlina
Miejsce podporządkowania i konformizmu zajmują w społeczeństwie emancypacja i samookreślenie. Obywatel nie podchodzi już prostodusznie do autorytetów. Także krytyczna ocena nadużywania władzy czy niekompetencji jest ostrzejsza. Już w 1997 r. dwie trzecie ankietowanych deklarowało, że są niezadowoleni z polityków. Dzwonkiem alarmowym powinny być statystyki: liczba członków partii ciągle spada. Od 1991 r. SPD straciła 200 tys. członków, a CDU 150 tys., i choć w obu partiach zostało po kilkaset tysięcy „dusz”, to średnia wieku rośnie, a narybku brak. Zmieniają się też zachowania wyborców: w coraz mniejszym stopniu partie mogą polegać na wyborcach, którzy zgrzytali zębami, ale zawsze głosowali na Brandta czy Kohla. Rośnie też liczba tych, którzy w ogóle nie idą do urn.
Jak klasa polityczna reaguje na te trendy? Na razie nie ma pomysłu. Być może niemieccy politycy najchętniej poszliby za radą, której poeta Bertolt Brecht udzielił kierownictwu komunistycznej Niemieckiej Republiki Demokratycznej po stłumieniu w czerwcu 1953 protestu tamtejszych robotników. „Najlepiej byłoby – ironizował Brecht – gdyby rząd rozwiązał naród i wybrał sobie inny”. Ale to nie zafunkcjonowało. Nawet wtedy, w socjalizmie.
WIĘCEJ
Joachim Trenkner (ur. 1935) – były reporter tygodnika
„Newsweek” i korespondent berlińskiej telewizji publicznej SFB w Europie Wschodniej (w l. 90. zastępca jej redaktora naczelnego). Stale współpracuje z
„TP”.
KULTURA
O „Wyznaniach patrycjusza” Sándora Márai
Juliusz Kurkiewicz
Wspominać i milczeć
Lista wspaniałych talentów Sándora Márai jest długa: ma on zdolność łączenia zmysłowego opisu
z wielką retoryką, jak Tołstoj, opisywania ludzkich charakterów
z pasją zoologa obserwującego zachowania zwierząt, jak Proust i Balzac,
żal za odchodzącym światem oddaje jak niewielu przed nim.
Nade wszystko jest jednak dwudziestowiecznym humanistą, młodszym bratem
Tomasza Manna. WIĘCEJ
Sándor Márai, „Wyznania patrycjusza”. Przekład i posłowie Teresa Worowska. Warszawa 2002, Czytelnik, seria „Nike”.
Drzeworyty i technika komputerowa: wystawa w Centrum „Manggha”
Agnieszka Sabor
Cień – ruch – odbicie
Hiroshige:
„Ptak na gałęzi chińskiej róży”,
1830-1834

Pozornie nic nie jest bardziej obce światu wyobraźni Hiroshige niż skomplikowana technika komputerowa, zimne, migające monitory albo mikrofon wywołujący echo naszego głosu. Artysta urodzony w Edo (dzisiejszym Tokio), w czasach, gdy Japonia unikała wszelkich kontaktów ze światem zewnętrznym, był uczniem szkoły ukiyo-e, która w malarstwie i drzeworycie widziała sposób na zatrzymanie tego, co w świecie krótkie, ulotne, niemal niezauważalne. Dokumentowała więc pracę i rozrywki japońskich mieszczan, ofiarując im – poprzez obrazy codzienności – poczucie ładu, porządku, harmonii.
WIĘCEJ
„HIROSHIGE – MULTIMEDIALNIE”. Wystawa drzeworytów Hiroshige Utagawy oraz instalacji Aleksandra Janickiego otwarta została w krakowskim Centrum „Manggha” 11 lipca 2002, w dniu wizyty w Centrum cesarza Akihito i cesarzowej Michiko, którzy byli jej pierwszymi gośćmi; można ją oglądać do 27 lipca.
Cesarz,
Japonia i my – wydanie specjalne „Tygodnika”
Krakowski Letni Festiwal Operowy i poznańska premiera „Rigoletta”
Tomasz Cyz
Muzeum w teatrze i w plenerze
Plenerowa premiera „Rigoletta” w Poznaniu oraz spektakle VI Letniego Festiwalu Operowego w Krakowie pokazały, że opera to przede wszystkim muzeum, które niewiele znaczy. W którym o nic właściwie nie chodzi; czasem tylko można podziwiać piękny śpiew i samą muzykę.
(...) „Opera jest pełnym sprzeczności produktem twórczości artystycznej” – pisał kiedyś Ernst Křenek. Także: sprawnym, choć nieco staroświeckim spektaklem („Straszny dwór”), widowiskowym i kolorowym koncertem (poznański „Rigoletto”), scenograficzną tandetą okraszoną czystą frazą („Trubadur”), próbą opowiedzenia czegoś ważnego i głębokiego („Tannhäuser”). Podczas odbywającego się we Wrocławiu Letniego Festiwalu Operowego widzowie mogli 12 lipca oglądać „Toscę” Pucciniego wędrując po mieście: kolejne akty opery rozgrywały się bowiem w gotyckim kościele św. Marii Magdaleny, barokowej Auli Leopoldyńskiej oraz na Wzgórzu Partyzantów. Ewa Michnik planuje w przyszłym roku wystąpić z premierą na Odrze; być może na statku płynącym po rzece.
WIĘCEJ
37. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Karlowych Warach
Wojciech Kuczok
Nigdzie, czyli w Europie
Przed rokiem byliśmy w Karlowych Warach świadkami cudownych narodzin filmu prawdziwie kultowego – zwycięska „Amelia” właśnie tam rozpoczęła podbój światowej widowni. Tegoroczna edycja nie wyłoniła dzieła, które choćby zbliżyło się poziomem do przeboju Jean-Pierre Jeuneta. Wśród walczących o Kryształowy Globus twórców brakło znanych nazwisk ani też nie doczekaliśmy się eksplozji nowego talentu. Za to z niezwykłą siłą objawiła się, tak w konkursie, jak i w sekcjach „panoramicznych”, wieloetniczność współczesnego kina. Jakiekolwiek próby centralistycznego pojmowania światowej kinematografii – z Hollywood jako mekką komercyjnego przemysłu filmowego i Europą jako ostoją filmowej awangardy – biorą dziś w łeb. Nie sposób już nawet posługiwać się terminem kinematografii egzotycznych, skoro w powszechnym mniemaniu artystyczną palmę pierwszeństwa na świecie dzierży obecnie kino irańskie, zaś wśród laureatów największych światowych festiwali coraz częściej widzimy także Koreańczyków, Chińczyków, a nawet Hinduskę. Europejczycy zaś niejednokrotnie szukają inspiracji poza kontynentem.
WIĘCEJ
Prof. dr hab. Przemysław Mroczkowski (28 VI 1915 – 12 VII 2002)
Marta Gibińska, Elżbieta Tabakowska
Pomnik z krwi i kości
Prof. Przemysław Mroczkowski, lata 60.

Dorobek naukowy Profesora Mroczkowskiego jest pomnikiem jego ogromnej wiedzy i kultury literackiej, pomnikiem wielkiego uczonego. Właśnie takie pomniki odlewa się ze spiżu. Ale w naszej pamięci zachowa się także obraz człowieka z krwi i kości – zbudowany z ulotnych słów, zapamiętanych fragmentów rozmów, z miarowych uderzeń dłoni o stół, wybijających rytm chaucerowskiego wiersza, który po kilkudziesięciu latach potrafimy zacytować...
WIĘCEJ
Prof. Mroczkowski i „Tygodnik Powszechny”
Pierwszy tekst Przemysława Mroczkowskiego w „Tygodniku” to wspomnienie o jego mistrzu i twórcy polskiej anglistyki prof. Romanie Dyboskim, zamieszczone w 13. numerze „TP” z 1945 roku. Odtąd w każdym prawie roczniku naszego pisma znaleźć można artykuły prof. Mroczkowskiego. Pisał o Chaucerze, Dickensie i Conradzie, o kard. Newmanie i ruchu oksfordzkim, o biografii i twórczości Chestertona i Evelyna Waugh, o historiozofii Christophera Dawsona i o inscenizacjach sztuk Szekspira. Przedstawiał oksfordzkich uczonych, którzy – jak Tolkien i Lewis – na polu literatury okazali się mistrzami twórczej wyobraźni; w rozmowie opublikowanej w 1994 roku barwnie opowiadał o swoich kontaktach z kręgiem „Inklingów”. Tropił ślady żywej obecności chrześcijaństwa w życiu krajów anglosaskich; stąd reportaże z benedyktyńskiej szkoły w angielskim Downside czy z Notre Dame University w amerykańskim stanie Indiana. Pasjonowała go liturgia, czemu dał wyraz w esejach zebranych potem w tomie „Znaki na głębiach”. Literaturę zaś widział zawsze w związku z epoką, z nurtującymi ją ideami religijnymi i społecznymi. Był w „Tygodniku” od jego początków niezastąpionym ambasadorem kultury angielskiej, a zarazem orędownikiem szerokiej, newmanowskiej wizji chrześcijaństwa.
TF
Spory – polemiki
Łukasz Tischner
Dekonstrukcja i demagogia
(...) Zamiast „sporu–polemiki” na temat pokusy Syrakuz Markowski zaproponował hermeneutykę podejrzeń mającą na celu zdyskredytowanie świadków – Marka Lilli i niżej podpisanego, który tak łatwo dał się zbałamucić. Czy tym sposobem udało mu się osiągnąć cel – oczyścić z zarzutów Jacques’a Derridę i Michela Foucault? „Przypuszczam, że wątpię”, bo posłużył się zbyt grubymi nićmi.
(...)
Kiedy czytałem polemikę Markowskiego, zadawałem sobie pytanie, dlaczego Lilla i ja widzimy problem, a on nie. Czemu powiada on o Foucaulcie: „że się mylił (któż tego nie robi?), że używał wątpliwych kryteriów opisu (kto używa niewątpliwych?)”, a potem bagatelizuje ekscytację rewolucją w Iranie? Czemu bierze za dobrą monetę list Derridy w sprawie de Mana? Czemu przymyka oczy na destrukcyjny potencjał myśli Foucaulta i Derridy, zwłaszcza w obszarze polityki? Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to przypuszczenie, że o tej różnicy decydują uczucia. Markowski wielbi Foucaulta i Derridę, Lilla i ja – nie. Przypomina mi się wiersz Szymborskiej: „Wiele zawdzięczam / tym, których nie kocham // Ulgę, z jaką się godzę, / że bliżsi są komuś innemu. / (...) Rozumiem, / czego miłość nie rozumie”.
WIĘCEJ
Rzeczy prawdziwe i fantasmagorie
JADWIGA
ŻYLIŃSKA
Waldemarsudde
FELIETONY
JÓZEFA
HENNELOWA – Bez kropki nad i
EWA
SZUMAŃSKA – Świat; Basen; Wydatki
ANDRZEJ
DOBOSZ – Pieczywo było rańsze
MICHAŁ KOMAR – O wyjaśnianiu
JACEK PODSIADŁO
– Rzeczy żenujące i ruchy niegodne
|