Votum separatum

Bez kropki nad i

JÓZEFA HENNELOWA



Niedawno w telewizyjnym serwisie pokazano migawkę, która musiała wstrząsnąć odbiorcą: amerykańskich policjantów tłukących twarzą zatrzymanego właśnie człowieka o maskę samochodu. Informacja dotyczyła nadużyć w tamtej policji. Ale jaka byłaby nieuchronna kropka nad i? Czy nie taka, że zasada „zera tolerancji”, skądinąd w tylu społeczeństwach akceptowana, nie będzie nigdy w stanie zagwarantować, że coś podobnego (lub niepodobnego, ale tak samo nieludzkiego) zdarzać się nie będzie mogło? Że nie warto udawać, iż wahadło nie wychyli się aż do skrajnej, więc lepiej po prostu nie patrzeć, jakkolwiek strasznie by to zabrzmiało?
Któryś rok z rzędu rośnie w Polsce popularność wezwań do surowości w sądzeniu. Wielu zbija na tym swój kapitał. Przede wszystkim na umacnianiu w obywatelach wiary, że im surowiej, tym na pewno lepiej. Mamy następne projekty zaostrzania kodeksów. Już z karą śmierci. Więzienia dłuższe i dolegliwsze, najlepiej bez przepustek i aż do śmierci. Wcześniej aplikowane młodocianym. Owszem, są już – także w prasie – pierwsze listy pochwalające projekt konfiskowania majątków i niecierpliwie pytające, czemu się z tym zwleka.
A rewersem tak ukształtowanej opinii jest rosnąca pogarda dla wszelkich „humanitaryzmów” – w śledztwie, w sądzie, w więzieniu. Traktowanych jako naiwność, słabość albo zdrada, ironicznie wyśmiewanych. Kto by tam rozpoczynał teraz dyskusję nad poprawczakiem jako wylęgarnią przestępców. Kto by zajmował się patronatem. Ba, pod ową niewczesność „humanitaryzmów” podciągnęło się nie tylko z reguły „za niskie” wyroki (tak przecież wypowiadają się zwykle przepytywani przez dziennikarzy widzowie z sal sądowych), ale same zasady kodeksów postępowania. Że za długie, za skomplikowane, niepotrzebne. I już mamy i tutaj projekty „usprawnień”, czyli uproszczeń i skracania trybów. Tak aby do werdyktu było jak najbliżej. A w opinii społecznej werdykt to znaczy zawsze: wyrok skazujący.
To nic, że i tu już wahadło wychyla się niepokojąco, coś jakby przypominając tryb znany kiedyś, kiedy wystarczyło, by „oskarżony” równało się „winny”, byle było „zamówienie społeczne”. Czy do aresztowania wystarczy już skandowanie przez kilka tysięcy ludzi pod administracyjnym budynkiem – „złodzieje”? I czy oburzonej opinii nie przeszkadza, że dowolność tej sytuacji staje się jaskrawo gorsząca? Ktoś bez aktu oskarżenia siedzi w areszcie miesiącami i żadne poręczenie nie może tego zmienić – a ktoś inny pod bez porównania cięższymi zarzutami uwalnia się z łatwością. Ktoś składa kaucję stokrotnie wyższą niż porównywalnie podejrzany. Ktoś kiedyś aresztowany z teatralnym rozgłosem potem okazuje się zupełnie czysty. A politycy paradujący w togach Katonów i zarabiający na tym punkty przedwyborcze, właśnie szykują projekt ustawy, która im samym pozwoli uniknąć dotkliwych kar za nierzetelność sprawozdań partyjnych.
I to też zdaje się nikogo nie peszyć.




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl