Między „Villa Tritone” a Neapolem

Ze wspomnień Gustawa Herlinga-Grudzińskiego
Nagrał i opracował Zdzisław Kudelski



Wspomnienia Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

W październiku 1996 roku nagrałem z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim kilka rozmów w Neapolu, które w przyszłości miały się złożyć na jego wspomnienia. Pisarz chciał, abym jego odpowiedziom nadał formę monologu, a powtórzenia usunął, tak aby całość była jego opowieścią o latach dzieciństwa i studiów, pobycie w łagrze i w armii gen. Andersa, czy wreszcie o latach spędzonych na emigracji w Rzymie, Londynie, Monachium i Neapolu.
Ponieważ byłem wówczas zajęty opracowywaniem kolejnych tomów „Pism zebranych” Herlinga (SW „Czytelnik”, t. 1–11, t. 12 w druku), dokończenie wspomnień w porozumieniu z autorem odłożyłem na później. Liczyłem również na to, że będę mógł zapytać jeszcze pisarza o rozmaite sprawy i jego opowieść uzupełnić. Żałuję, że nie zdążyłem tego zrobić i że autor „Innego Świata” nie mógł tekstu przeczytać i zaakceptować. Jego śmierć 4 lipca 2000 to uniemożliwiła. Mimo to uważam wspomnienia Gustawa Herlinga-Grudzińskiego za bardzo ważny dokument, który koniecznie powinien być opublikowany. Żonie pisarza Lidii Herling-Croce, córce Marcie Herling oraz synowi Benedetto Herlingowi serdecznie dziękuję za zgodę na publikację.


Zdzisław Kudelski




Kończy się pobyt na Bliskim Wschodzie. Pod koniec 1943 roku
z Aleksandrii w Egipcie wypływamy do Włoch i dosłownie w Wigilię Bożego Narodzenia dobijamy do Tarentu. Czuję się źle, mierzę sobie gorączkę i okazuje się, że mam przeszło 40 stopni. 

Zawieziono mnie do szpitala angielskiego, blisko zresztą, między Neapolem i Salerno. Znałem trochę angielski, tutaj dodam na marginesie, że ja się uczyłem języków, można powiedzieć – w marszu. W Rosji nauczyłem się względnie dobrze rosyjskiego w więzieniach i w obozach, potem w wojsku były kursy angielskiego, więc trochę się nauczyłem angielskiego, a potem we Włoszech – włoskiego. W każdym razie znałem na tyle angielski, że mogłem się w tamtym szpitalu porozumieć. Prawdopodobnie to był tyfus, moje łóżko stało za parawanem, na którym było napisane typhoid? – ze znakiem zapytania. Bardzo mnie ta choroba wymęczyła. Jak już stanąłem na nogach, zostałem zawieziony do obozu rekonwalescentów w Sorrento. 
Byłem tam trzy tygodnie, o ile pamiętam, i któregoś dnia ktoś mi pokazał z daleka bardzo pięknie wyglądającą willę, która nazywała się Villa Tritone i powiedział mi, że tam została umieszczona rodzina filozofa włoskiego Benedetto Crocego. Istniała groźba, że Niemcy zabiorą Crocego jako zakładnika, dlatego razem z rodziną został wywieziony z Neapolu przez angielską tajną służbę Intelligence Service, najpierw na Capri, a potem do Sorrento. 
Przed wojną interesowałem się Benedetto Crocem jako filozofem i pisarzem. Pamiętam, że śledziłem z zapartym tchem polemikę dwóch wybitnych uczonych polskich, z których jeden był zwolennikiem Crocego – profesor Wacław Borowy, a drugi jego gwałtownym przeciwnikiem – profesor Henryk Elzenberg. Nawet przypominam sobie artykuł Elzenberga w „Pionie” pod tytułem „Zły estetyk i jego sława”. Croce był bardzo czytany, przez pewne kręgi oczywiście. Wyszła o nim książka profesora Maurycego Manna w Krakowie i ja się tym interesowałem na marginesie moich zasadniczych prac na polonistyce. Pamiętam – to też jest charakterystyczne – że jak po klęsce wrześniowej pojechałem do domu do Suchedniowa i byłem w strasznej depresji psychicznej, zabrałem się do tłumaczenia szkicu Crocego o poezji Heinricha Kleista, żeby po prostu nie siedzieć tak bez przerwy i dumać. 
Jak się dowiedziałem, że Croce mieszka w Villa Tritone, poprosiłem kogoś o zaprowadzenie mnie do tej willi. Croce mnie przyjął niesłychanie serdecznie, choć rozmowa trwała krótko, choćby i z tego względu, że moja włoszczyzna była jeszcze bardzo licha. Ode mnie się dowiedział o swoich losach w Polsce. Nic nie wiedział ani o wspomnianej książce, ani o sporach o niego. Potem przedstawił mnie swoim córkom, między innymi mojej obecnej żonie Lidii. I co było bardzo wzruszające, powiedział mi: niech Pan traktuje ten dom jako dom otwarty. Wiem, jak ciężko jest ludziom w mundurach wojskowych wytrwać w oddali od swoich rodzin. Jest dla nich ulgą, że mogą przyjść i posiedzieć przy kominku w atmosferze rodzinnej. I istotnie przychodziłem tam codziennie po południu.

Brałem udział w bitwie pod Monte Cassino, jestem z tego dumny, do pewnej chwili jeździłem nawet na uroczystości rocznicowe, a potem przestałem jeździć. Po ostatniej mojej obecności – to było czterdziestolecie bitwy, dosyć uroczyście obchodzone, bardzo dużo starych żołnierzy przyjechało. Homilię wygłosił prymas Glemp dokonując zupełnie niezwykłej sztuki. W dosyć długiej homilii, stojąc na płycie nagrobnej generała Andersa, ani razu go nie wspomniał, co zdaje się, było polityczną koncesją. 
A poza tym wtedy po raz pierwszy odbywało się tylko nabożeństwo katolickie. Zarzucono z jakichś powodów bardzo piękną tradycję, że w rocznicę bitwy montecassińskiej odprawiane były nabożeństwa wszystkich wyznań żołnierzy, którzy polegli pod Monte Cassino. Tam są groby prawosławnych, grekokatolików, protestantów, żydów i katolików oczywiście. To było coś niezwykłego, szalenie mi się to podobało; równocześnie na całej długości cmentarza odbywały się nabożeństwa, stał ksiądz katolicki, dalej pop, pastor, rabin. I nagle ta tradycja, która była mi droga i droga była wielu żołnierzom, została przerwana. Na czterdziestolecie było tylko nabożeństwo odprawione przez kardynała Rubina z tą bardzo dziwną homilią prymasa Glempa. Na szczęście, wracając z uroczystości, kupiłem po drodze w miasteczku Cassino numer „Osservatore Romano”, gdzie było przemówienie Jana Pawła II do tych wszystkich, którzy przyjechali na uroczystości montecassińskie i po drodze zatrzymali się najpierw w Rzymie. To było normalne przemówienie, w stylu Wojtyły, gdzie mówił i o Andersie, i o wysiłku wojennym, jednym słowem, tak jak trzeba. To mnie troszkę podniosło na duchu. 

Wojna była zakończona, Rzym wyzwolony. Pamiętam doskonale, jak strasznie się piło wtedy w Rzymie z rozpaczy. Wracałem do domu takim ciemnym tunelem, gdzie upadłem, obrabowali mnie i wszystko mi zabrali. Miałem między innymi fotografię, do której byłem przywiązany, jak generał Sosnkowski w Ankonie dekoruje mnie Virtuti Militari. Gołego mnie zostawili w tym tunelu. Ale tutaj musiałbym przejść do życia osobistego. 
To było już po moim ślubie z Krystyną Stojanowską. Poznałem ją w Iraku – i to rzeczywiście było przedziwne. Siedziałem w jakiejś kantynie wojskowej Czerwonego Krzyża i nagle wpadła taka, dla mnie przepiękna kobieta, przebiegła przez pokój do kuchni. Ona była kierowniczką tej kantyny. Tam było kilka stolików obsadzonych przez żołnierzy, którzy popijali kawę czy herbatę. Trwało to pięć minut. Ona tego nie pamiętała, ale ja ją zapamiętałem. 
Mieszkaliśmy w Rzymie, na Zatybrzu i właśnie z jednej z takich pijatyk wracałem do domu. Mimo rozpaczy, związanej z wynikiem wojny i z pytaniem, które stawało przed wszystkimi żołnierzami: co robić dalej? wracać? nie wracać?, muszę uczciwie powiedzieć, że ten okres rzymski, kiedy byłem mężem Krystyny, był szczęśliwym okresem w moim życiu. Przypuszczalnie dlatego, że byłem szalenie zakochany. Mieszkaliśmy na Zatybrzu u profesora muzyki, Krystyna miała na dachu taką wieżyczkę, jak to się często zdarza w willach włoskich. Tam sobie urządziła pracownię malarską. Chodziliśmy do tych knajpek, popijaliśmy, kąpaliśmy się w Tybrze, który wtedy był czysty, wszędzie były przystanie. Odpoczynek po łagrach i po wojsku; ja jednak w tym wojsku służyłem sześć lat, łącznie z łagrami i z więzieniem to było osiem lat. To było cudowne, bo Krystyna była cudowna. Tak to jest w życiu młodych ludzi. 

Instytut Literacki powstał w Rzymie. Jerzy Giedroyc z początku chciał się skoncentrować na Instytucie, chciał wydawać książki, żeby zarobić trochę pieniędzy. Koniunktura była o tyle dobra, że żołnierze, którzy pobierali żołd, jeszcze kupowali książki. Wystąpiłem z projektem założenia „Kultury”. Giedroyc nie był entuzjastą tego pomysłu, ale w końcu się zgodził. Poprosiłem go, żeby ze mną podpisał pierwszy numer rzymski, mając na myśli to, że jak podpisze, to się zwiąże z „Kulturą”. 
Potem Giedroyc słusznie powiedział, że we Włoszech nie możemy zostać, bo nas zjedzą komuniści, którzy byli potęgą po wojnie, i że musimy się wynieść do kraju, który jest znany ze swojej tradycji udzielania azylu, to znaczy do Francji. Ja z różnych powodów, między innymi sentymentalnych, zostałem z Krystyną w Rzymie, a potem pojechałem na demobilizację do Anglii. Nie pękła jeszcze wtedy nasza współpraca, bo Giedroyc przyjechał do Londynu i proponował mi, żebym był londyńskim korespondentem „Kultury”, czyli żebym robił to, co później robił Juliusz Mieroszewski. To już jakoś nie wyszło. Nie chciałbym wchodzić w szczegóły, w każdym razie wtedy nastąpiło między nami poróżnienie, które trwało przez kilka lat. Wróciłem do „Kultury” dopiero w 1956 roku już po osiedleniu się w Neapolu. 

Pojechaliśmy do Londynu w 1947 roku i zamieszkaliśmy z Krystyną w sublokatorskim pokoju u państwa Ciołkoszów. Zaczął się bardzo trudny okres w naszym życiu. Mieszkaliśmy w pokoju ciemnym, wychodzącym na studzienne podwórze, nie było mowy dla Krystyny o malowaniu, nie mogłem znaleźć żadnego sensownego zajęcia. Wreszcie dostałem zajęcie w „Wiadomościach” Grydzewskiego, robiłem przeglądy prasy krajowej i zagranicznej. Krystyna drukowała wzory na rozmaitych tkaninach na sprzedaż, a jednocześnie chodziła jako modelka do Akademii św. Marcina, gdzie pozowała malującym. 
Zacząłem pracować w „Wiadomościach”, ale był to taki okres, że „Wiadomości” płaciły zupełne grosze, absolutne grosze. Nie oskarżam tu, broń Boże, Grydzewskiego, on nie miał po prostu pieniędzy. I Krystyna też zarabiała maleńko, po prostu biedowaliśmy. Zresztą cała emigracja, ta pierwsza fala emigracji powojennej w Londynie biedowała. Wysocy oficerowie w stopniu pułkowników chodzili do hoteli, żeby myć naczynia, albo pracowało się w fabrykach, na przykład Henryk Giedroyc, młodszy brat Giedroycia, zanim go brat zabrał do „Kultury” jako pomocnika, pracował w fabryce lodów w Londynie.
Grydzewski mnie cenił, więcej nawet niż cenił. Raz mi powiedział: „Ja nigdy takiego współpracownika jak pan nie miałem, nawet w Warszawie”. To było coś nadzwyczajnego zupełnie. Poza tym ustępował mi, chociaż był potwornie uparty, miał taką manię puryzmu językowego i ciągle mi przerabiał wszystkie słowa pochodzenia obcego. Pamiętam, że napisałem list do niego: „Drogi Panie Mieczysławie, jeżeli pan będzie ze mną tak postępował, z tym puryzmem, zwracam panu uwagę, że ja nie będę pisał słowa pederastia, tylko samopomoc chłopska i nie będę pisał onanizm, tylko samotrzeć. Jeżeli pan się na to zgadza, to proszę bardzo”. I on wtedy mi odpisał błyskawicznie: niech Pan robi, co Pan chce. 

Szalenie mi się spodobała książka Stanisława Mackiewicza o Dostojewskim. On to chciał drukować w „Wiadomościach”, a Grydzewski nie chciał. Udało mi się przekonać Grydzewskiego, który miał do mnie zaufanie i zgodził się na druk. Mackiewicz mnie spotyka na jakimś przystanku, bo dosyć blisko siebie mieszkaliśmy w Londynie, i tym swoim wileńskim językiem: „Szanowny Panie i widzę, że jestem Panu wdzięczny i zobowiązany, że to dzięki Panu...” i tak dalej, i tak dalej. Muszę powiedzieć, że wcześniej za jakiś mój artykuł w swoim piśmie „Lwów i Wilno” pod nazwiskiem mnie skrytykował ostro i nazwał mnie „wujem w chacie”. Wiadomo, co to znaczy po polsku, po przestawieniu liter, więc to była ciężka obraza. 
Jak on mi tak dziękował, to ja powiadam: – No dobrze, ale Pan mnie tak strasznie nazwał. A on: – Niemożliwe, to jest niemożliwe, proszę Pana. Ja na to: – Mam tę przewagę nad Panem, że mój przyjaciel Ciołkosz wszystkie gazety przechowuje, więc ja pójdę do niego i ten numer wyciągnę. – No, proszę bardzo, ja mogę się założyć, że to jest niemożliwe. Załóżmy się o skrzynkę wina. – Doskonale, załóżmy się o skrzynkę wina. Jadę do Ciołkosza, znajduję ten numer, pokazuję mu i tego dnia wieczorem, ku zdumieniu wszystkich mieszkańców domu pisarza, w którym mieszkaliśmy wtedy, zajeżdża taksówka i Stanisław Mackiewicz taszczy skrzynkę wina, mimo że żył w bardzo trudnych warunkach. Wygrałem zakład.

Do wydania „Innego Świata” w Anglii doszło w ten sposób, że jak napisałem trzecią część po polsku, u moich przyjaciół w Rugby, to od razu te rozdziały dałem Grydzewskiemu i ukazały się w „Wiadomościach”. Na angielski przełożył je mój młody przyjaciel Andrzej Ciołkosz i ten przekład inny mój przyjaciel, Witold Czerwiński, który miał dobre stosunki z angielskim światem wydawniczym, zaniósł do wielkiego, może jednego z największych wydawców londyńskich Heinemanna. Lektorem u Heinemanna był znakomity publicysta Malcolm Muggeridge. On to przeczytał i był bardzo tym przejęty. Poradził Heinemannowi, żeby książkę przyjął i żeby mi wypłacił zaliczkę, która by mi umożliwiła dalsze pisanie. Dyrektor Heinemanna natychmiast się na to zgodził, dostałem zaliczkę, która rzeczywiście pozwoliła mi odetchnąć od rozmaitych robótek i usiąść do pisania. 

W Londynie zaprzyjaźniłem się z Piotrem Potworowskim. On miał w Kornwalii domek, który odstąpił nam na lato. Domek był w bardzo pięknej okolicy i tam poznałem zangliczałą Rosjankę imieniem Irina. Z rozmowy okazało się, że ona jest przyjaciółką Bertranda Russella. Zaproponowała, że da Russellowi do przeczytania gotowy już, angielski manuskrypt. Ku mojemu zdziwieniu i ogromnej radości w parę dni potem dostałem ten egzemplarz z przedmową, o którą nigdy nie prosiłem. Russell był po prostu tak przejęty lekturą, że sam, z własnej woli, z miłym bardzo listem, przysłał mi swoją przedmowę, która oczywiście miała kolosalne znaczenie ze względu na prestiż, ogromny prestiż tego nazwiska. I oczywiście sprawiła mi prywatną przyjemność, jako ocena mojej książki przez kogoś tak wybitnego jak Bertrand Russell. 
Jakiś czas potem postanowiłem go odwiedzić, żeby mu podziękować osobiście. Zadzwoniłem do niego, zaprosił mnie do swojego domu w jednej z dzielnic Londynu – Richmond i tam spędziliśmy na pogawędce bardzo przyjemne dwie godziny. Nie rozmawialiśmy o mojej książce ani on więcej o nią nie pytał. Rozmawialiśmy o rozmaitych rzeczach, między innymi, co mi najbardziej utkwiło w pamięci, o Conradzie, którego on uwielbiał, prawie że kochał. Gdybym nie wiedział, że Russell jest wielkim miłośnikiem kobiet i miał mnóstwo romansów aż do późnej starości, to prawie mógłbym go podejrzewać o jakąś miłość męską do Conrada. Opowiadał o nim z zachwytem i jako o pisarzu, i jako o człowieku. Często go odwiedzał w jego mająteczku na prowincji angielskiej. Opowiadał, jak Conrad go zabierał na przejażdżki jednokonną linijką i wykrzykiwał jakieś przedziwne słowa do konia. Więc ja powiadam: „pewnie »hejta, wiśta i wio«”, Russell: „tak, tak, coś takiego”. To były te resztki polskości Conrada, wyniesione z domu. 
Jak dostałem tę przedmowę, książka od razu poszła do składu, ukazała się w 1951 roku. Miała rzeczywiście bardzo dobre recenzje i w dwa czy trzy miesiące po pierwszym wydaniu wyszło drugie, co było dosyć niezwykłe, wobec nastrojów prokomunizanckich, jakie panowały w innych krajach. W Anglii tego nie było, Anglicy potraktowali z ogromnym zainteresowaniem to, że powstała książka, która im ujawniła rzeczy mało znane, mało wiadome. Od razu ją przełożyli Szwedzi i od razu też ją wzięli Francuzi z dużego wydawnictwa katolickiego „Plon”. Dali ją do przekładu, a nawet dwa rozdziały ogłosili w wielkim piśmie literackim „Figaro Littéraire”, zapowiadając wydanie książki. Potem nagle się z tego wycofali, pisząc w liście do mnie, że nastąpiła zmiana w biurze i przyszli nowi doradcy literaccy, którzy poradzili „Innego Świata” nie wydawać. Przypuszczam, że raziło ich to, co opisywałem. Francja, Włochy były w dużym stopniu pod wpływem tego establishmentu komunistycznego czy komunizanckiego. 
Robiłem jeszcze jakieś próby u Francuzów, między innymi książkę dostał do rąk Albert Camus. Bardzo mu się podobała, napisał do mnie list, że powinna się ukazać we wszystkich krajach świata, jest bardzo dobra i przejmująca, tym niemniej on jest tylko doradcą, a wydawca nie zgodził się na jej wydanie, jak złośliwie trochę napisał w tym liście Camus: „Pour raison économique, je crois”, to znaczy: „Ze względów gospodarczych, jak sądzę”. Wiadomo, jakie były wtedy te względy gospodarcze. Książka wyszła we Francji dopiero w 1985 roku, rozpoczynając nową kartę w mojej recepcji zagranicznej. 

Wspomnieć chciałbym jeszcze o naszych londyńskich przyjaźniach. Oczywiście bardzo byliśmy zaprzyjaźnieni z Lidią i Adamem Ciołkoszami, u których mieszkaliśmy. Adam Ciołkosz to był prawdziwy socjalista, socjaldemokrata polski. Jak dzisiaj widzę tych rozmaitych postkomunistów, którzy się nazywają socjaldemokratami, to po prostu wścieka mnie to. Tacy ludzie jak Ciołkosz, Arciszewski, Pużak, Zaremba to są socjaliści polscy. Szalenie ich ceniłem, za ich postawę i za ich sposób myślenia. Bardzo ceniłem też to, co pisali, między innymi „Zarys dziejów socjalizmu polskiego”, którego niestety wyszły tylko dwa ogromne tomy, a było planowanych pięć. To byli ludzie bardzo, bardzo mi bliscy. 
Została mi już teraz tylko Lidia, która w końcu ma dziewięćdziesiąt sześć lat, więc jest bardzo stara [Lidia Ciołkoszowa zmarła w Londynie 7 czerwca 2002 – red.], ale często rozmawiamy i powiązały nas w dużym stopniu lata londyńskie. Lidia jest osobą niesłychanie dobrą i prawie że świętą, więc wszyscy ją kochają. Jest niesłychanie uczynna, ma wrażliwe serce na rozmaite biedy ludzkie. A Adama wspominam po prostu jako świetny umysł polityczny, takie typowe zwierzę polityczne. 
Znam dwóch ludzi, których nazywam „zwierzę polityczne” – Adama Ciołkosza i Jerzego Giedroycia. Oni mają takie nastawienie: przede wszystkim polityka. Nie można się tego nauczyć, z tym się człowiek rodzi. Ciołkosz był taki. Gdy czasem siedzieliśmy przy stoliku u nich w londyńskim mieszkaniu, to widziałem wyraźnie, że jak rozmowa schodziła na jakieś inne tematy, to on jak gdyby wyłączał się, tracił zainteresowanie, a jak wracało się w rozmowie do spraw politycznych, to się budził, ożywiał. Taki był. Jeżeli Polacy odzyskają pamięć, bo moim zdaniem są teraz w stanie amnezji, to zrozumieją, kim byli Lidia i Adam Ciołkoszowie.

Wśród londyńskich przyjaciół był również człowiek, który miał wielką słabość do nas obojga – generał Tadeusz Pełczyński, szef sztabu AK. Jemu zawdzięczałem posadkę, która poprawiła naszą sytuację materialną. Dowództwo AK zabrało się do pracy nad książką w ramach ogromnego dzieła w kilku tomach „Siły zbrojne za granicą”. Oni opracowywali tom o Armii Krajowej i o okupacji w kraju. Wtedy Pełczyński, wiedząc o tym, że generałowie przygotowujący swoje opracowania czy wspomnienia niezbyt dobrze piszą i trzeba to poprawiać, wpadł na pomysł, żebym ja został redaktorem literackim tego tomu. 
Jednocześnie Krystyna dostała stypendium w St. Martin School, gdzie przedtem chodziła pozować jako modelka. Dostała stypendium jako malarka, więc mogła troszeczkę bardziej zająć się swoją pracą. Zresztą to stypendium natychmiast jej odebrano, kiedy ja pojechałem do Monachium; uznano, że skoro dostałem posadę w Wolnej Europie, to jej już nie jest potrzebne stypendium. Dla niej był to potworny cios, ale to tylko wystawia świadectwo polskim urzędasom, durniom siedzącym w instytucjach angielskich, które zajmowały się w tym wypadku oświatą. Nie mam ochoty o tym mówić, bo to wszystko mnie bulwersuje, jeszcze dzisiaj, po tylu latach.
Taki był ten Londyn. To, co opowiedziałem, oddaje mniej więcej koloryt Londynu. To był bardzo ciężki okres i kiedy dostałem propozycję wyjazdu do nowo założonej stacji „Wolna Europa” w Monachium, to chociaż wiedziałem z góry, że się nie nadaję, że nie mam tej smykałki dziennikarskiej, która wymaga, żeby w ciągu godziny napisać tekst, pojechałem tam. Pojechałem tam po prostu przekonany wysokością pensji i bezpłatnym mieszkaniem. Chciałem sprowadzić do Monachium Krystynę i jej matkę, która przyjechała z Warszawy. Ona się nagle poczuła przerażona, że została sama z tą matką. To był jakiś moment przerażenia zupełnego... Robiłem już starania, żeby je sprowadzić, dostałem przyzwoite mieszkanie. W dwa tygodnie po moim wyjeździe Krystyna odebrała sobie życie. Tak że po co pojechałem? Byłem tam trzy lata, mnóstwo piłem, musiałem pracować, ale mnóstwo piłem. W kamienicy były protesty, bo jak piłem, to nastawiałem radio na wysoki diapazon i ludzie nie mogli spać. Życie było jakieś niesamowite przez te trzy lata. Aż pewnego dnia do Monachium przyjechała Lidia Croce.
Lidię znałem już z Villa Tritone w Sorrento. Była po rozwodzie ze swoim pierwszym mężem, miała dziecko, chłopca Giulia. Od słowa do słowa, zostaliśmy parą. Pobraliśmy się w Londynie, ale mieszkaliśmy ciągle w Monachium. Tu urodził się nasz syn Benedetto. Wytrzymałem jeszcze trochę, ale Lidia bardzo mnie namawiała, żeby wyjechać do Włoch, w końcu to był jej kraj, jej miasto, zdecydowałem się na wyjazd i pewnego pięknego dnia wymówiłem posadę Janowi Nowakowi.

Wybór i skróty – redakcja „TP”. Fotografie ze zbiorów rodziny pisarza w Neapolu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl