O wszystkim


Pieczywo było rańsze

ANDRZEJ DOBOSZ



Przed dwoma laty wdałem się w tym miejscu w gwałtowny spór z p. Bartoszem Kaliskim, który określił dawną „Politykę” jako „niepokorny zespół redakcyjny”. Do sporu wtrącił się wówczas, biorąc stronę swego studenta, profesor Marcin Kula. Nie wiem, czy od tego czasu Bartosz Kaliski zmienił zdanie o „Polityce”? Ja pozostaję przy swoim. Czytam natomiast z przyjemnością rzeczowe, sprawiedliwe, często ironiczne recenzje Kaliskiego z wydawnictw poświęconych PRL-owi. W czerwcowym numerze „Nowych Książek” pod tytułem „Dyskretny urok eufemizmu” omówił dzieło Eleonory i Bronisława Syzdków „Cena władzy zależnej. Szkice do portretów znanych i mniej znanych polityków Polski Ludowej”, (Warszawa, 2001, Comandor, str. 315). 
Eleonora Syzdek w roku ’79 napisała dla Zarządu Propagandy i Agitacji Głównego Zarządu Politycznego LWP pracę o Wandzie Wasilewskiej w serii „Patroni jednostek LWP”. Rzecz została odnotowana w bibliografii oficjalnego „Rocznika Literackiego”, ale recenzentka nie poświęciła jej uwagi, poza ogólnym spostrzeżeniem: „można obserwować, z rosnącym zresztą niepokojem, zagęszczanie się zjawiska pseudobiografii, tj. (...) broszurek o poszczególnych działaczach. (...) Czytelnik znajduje niewielki zasób najogólniejszych informacji bez żadnego zaplecza źródłowego, wątłe i nieciekawe kompilacje, w których panuje ton hagiografii od początku do końca”.
Po roku niezmordowana Eleonora Syzdek wydała nową, obszerniejszą wersję „W jednym życiu tak wiele. Opowieść o Wandzie Wasilewskiej” (MON str. 321, tablic 16). Tym razem nie dało się już nie zauważyć książki, która „prezentuje typ pracy czysto hagiograficznej, gdzie dobór faktów i wszelkie analizy psychologiczne, bardzo wątłe zresztą, służą tylko udowodnieniu wysokich walorów bohaterki”.
Po latach Syzdkowie zdają się zauważać pewne mankamenty poprzedniego ustroju, by uczynić jego afirmację bardziej strawną. „To mało, to o wiele za mało. Zwłaszcza dla społeczeństwa polskiego, bo to ono właśnie, a nie przywódcy partii, przez prawie pół wieku płaciło cenę władzy zależnej” – konkluduje Kaliski.
Z równym zajęciem i uwagą czytam też kolejne tomy serii „W krainie PRL” wydawnictwa TRIO, redagowanej przez profesora Kulę. Są to prace magisterskie przygotowywane na jego seminarium.
Ostatnio przeczytałem książkę Joanny Kochanowicz „ZMP w terenie. Stalinowska próba modernizacji opornej rzeczywistości”. Jest to bardzo inteligentne, solidne studium materiałów pozostałych po tej organizacji w Archiwum Akt Nowych. Szczęśliwym pomysłem było ograniczenie się do sprawozdań instruktorów zarządu głównego z trzech jedynie województw i do jednego tylko roku 1951. Otrzymujemy więc obraz wycinka rzeczywistości, za to uporządkowany i dokładny. Sam przeszedłem przez ZMP w szkole Batorego z ustawiczną obawą, że zostanę zdemaskowany jako wróg klasowy. Mimo mojej skrywanej wrogości uległem mitologii państwa robotników, nie zdając sobie sprawy z położenia moich pracujących rówieśników. Uczniowie szkół Przysposobienia Przemysłowego mieszkali w sześciu w pomieszczeniach 4x5 metrów, z piętrowymi łóżkami, stołem, taboretami, małymi szafami i wielką ilością portretów Stalina. Zdarzało się, że w budynku na 160 osób był jeden klozet.
Gdy uległa trwałej awarii piekarnia dostarczająca pieczywo dla 12 brygady Służby Polsce, kierownictwo musiało zrezygnować z usług innej, bo dostarczała wyłącznie świeże pieczywo. „Według przepisów chleb winien być wydawany 1-2 dni po upieczeniu, gdy jest już przeczerstwiały i ta sama ilość chleba jest wystarczająca dla junaków, gdyż takiego chleba nie da się tyle zjeść” (AAN, ZG ZMP 1451,VI-55, K252).
A ja przez tyle lat sądziłem, słysząc na pytanie: – Czy jest świeży chleb? – odpowiedź – Jest rańszy, że wynika to z niedbalstwa kierowniczki czy kogoś o szczebel tylko wyżej, w tym punkcie nie żywiąc naiwnie podejrzeń wobec władz państwa.
Przez lata mieszkając sam, nie kupiłem ani kawałka mięsa, nie przyczyniałem się zatem do pogłębiania kryzysu na rynku. Rano i wieczór żywiłem się głównie chlebem i serem, stąd moje przywiązanie do dobrego pieczywa. 
Czy znajdzie się jakiś prawnik, który wyprocesuje dla mnie – nie od państwa, broń Boże, lecz od partii-spadkobierczyni – odszkodowanie za stracone godziny, gdy przez przynajmniej 10 lat zamiast czytać lub spacerować w zamyśleniu, odbywałem długie marsze w poszukiwaniu bułki z piekarni „Król i Tarczyńska”?





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl