Krakowski Letni Festiwal Operowy i poznańska premiera „Rigoletta”


Muzeum w teatrze i w plenerze

Tomasz Cyz



Plenerowa premiera „Rigoletta” w Poznaniu oraz spektakle VI Letniego Festiwalu Operowego w Krakowie pokazały, że opera to przede wszystkim muzeum, które niewiele znaczy. W którym o nic właściwie nie chodzi; czasem tylko można podziwiać piękny śpiew i samą muzykę.



Moniuszko i Verdi w plenerze
„Straszny dwór” wydaje się dziś jedynie błahą opowieścią o miłosnych przygodach dwóch braci, momentami świetną muzycznie – dzięki żywości barw, śpiewnej melodyce, fantastycznym i znanym powszechnie fragmentom („nie ma niewiast w naszej chacie”, „...zażyj tabaki” Skołuby, aria z kurantem). Laco Adamik poszedł śladem Mikołaja Grabowskiego („to komedia z refleksją przede wszystkim ludzką”); nie naruszył więc trochę już zakurzonego żywiołu Moniuszkowej opery, przyglądając się jej bohaterom, ich charakterom, intencjom, miłosnym intrygom. Renesansowy dziedziniec niepołomickiego zamku z powodzeniem imitował szlachecką przestrzeń, a że w spektaklu nie zabrakło wielkich i świetnych głosów – całość była sprawna i interesująca muzycznie. 
Podziwiać można było czarnowłosą piękność – Monikę Ledzion (Jadwiga), obdarzoną intrygującym mezzosopranem, ciemniejącym w dolnych partiach. Udanie partnerował jej Piotr Nowacki (Zbigniew) – mimo potężnej postury niesłychanie lekko, z wdziękiem i humorem wyśpiewujący pełne uczucia frazy. Krzysztof Bednarek (Stefan) początkowo nie zachwycał świetnym przecież tenorowym głosem, ale z taktu na takt szło mu już coraz lepiej, aż wreszcie porwać (ukochaną Hannę przede wszystkim) w arii z kurantem. Poprawnie i ze szlachecką swadą partię Miecznika wyśpiewał Adam Kruszewski, dowcipnie i potoczyście frazy Skołuby prowadził Rafał Siwek. Duże wrażenie robiło zdyscyplinowane zachowanie pięknych koni. Szkoda tylko, że tak niemrawy okazał się wieńczący całość mazur.
Taniec dziewcząt, żywy i pulsujący obraz – tak Krzysztof Jasiński rozpoczął inscenizację „Rigoletta” Verdiego w poznańskim Starym Browarze. To już drugie spotkanie reżysera z poznańską sceną plenerową (po ubiegłorocznym „Makbecie”) i kolejna telewizyjna z niej transmisja. Tragiczna historia błazna-garbusa oraz jego córki Gildy umieszczona została w tajemniczym i złowrogim lesie. Wśród żywych kasztanowców śpiewali niestety jakby martwi ludzie. Nie pomógł przepych kostiumów, feeria kolorów i świateł odbijających się od podłogi, liści, pozłacanych strojów. Jasiński wydawał się nie mieć pomysłu (interpretacyjnego) na ożywienie martwych figur – stworzył jedynie widowiskowy koncert w czarownej przestrzeni. 
W hołdzie dla Jana Kiepury obsadzono partię Księcia aż trzema (!) solistami: Piotrem Friebe, Dymitrem Fomenko i Markiem Szymańskim, z których chyba najlepszy był śpiewający w pierwszym akcie naturalny głosowo i aktorsko Friebe. Wciągał w swój dramat pięknie wyśpiewanymi frazami Włoch Massimiliano Gagliardo (Rigoletto), choć czasem nazbyt miotał się po scenie. Krystalicznym sopranem i wyrazistą emocją niezwykłą postać stworzyła Iwona Hossa (Gilda). Niestety, telewizyjna transmisja na kilka chwil przed końcem spektaklu, po kilku przerwach, została wstrzymana na dobre; puszczono zapowiedź programu na dzień następny. „Telewizja to nie uniwersytet” – miała ostatnio powiedzieć Nina Terentiew. Rzeczywiście – na uczelniach zajęcia odbywają się raczej w dzień i ich odwołanie wcześniej się ogłasza...

Trubadurzy w teatrze
„Trubadura” Verdiego i „Tannhäusera” Wagnera wiele łączy: czas powstania (romantyzm, 1853 i 1845-61), czas i miejsce akcji (średniowiecze, XIII wiek), główny bohater – turniejowy śpiewak (włoski „trovatore”, niemiecki „minnesänger”). Może dlatego Bytomska Opera zdecydowała się zaprezentować w Krakowie właśnie te dwa przedstawienia.
Na inscenizacji „Trubadura” wyraźnie odcisnął się czas. Wznowienie premiery sprzed dziewięciu lat polegało chyba tylko na odkurzeniu kostiumów i dekoracji, całość pogrążona jest w scenograficznej tandecie i kiczu, a końcowy obraz do złudzenia przypominał mi... grotę strachów z parku rozrywki w Chorzowie. Tragiczna historia Cyganki Azuceny, narastającego konfliktu pomiędzy dwoma braćmi (Manrico i hrabia di Luna), ich miłości do tej samej kobiety – na krakowsko-bytomskiej scenie przybrała wymiar nieledwie groteskowy. Na szczęście można było czasem zamknąć oczy i wsłuchać się w intrygująco chropawy głos pogrążonej w szaleństwie Azuceny (Bożena Zawiślak-Dolny) czy w głęboki i ciemny baryton Manrica (Maciej Komandera).
Ten sam śpiewak wzbudzał także podziw jako Walter w „Tannhäuserze” – oddając dramat człowieka targanego silnym uczuciem z jednej, a obowiązkiem i więzami przyjacielskimi z drugiej strony. Fantastycznie i z prawdziwą emocją wyśpiewana „Pieśń do gwiazdy” z trzeciego aktu była jednym z jaśniejszych punktów spektaklu. Całość sprawiała jednak wrażenie jakby zatrzymanej w pół drogi pomiędzy uwspółcześnieniem (rozumianym także jako wnikliwa interpretacja), a nabożnym i pobożnym wystawieniem. Historia śpiewaka rozdartego pomiędzy uczuciem duchowym (do Wenus) i ziemskim (do Elżbiety) została umieszczona w czasie nie do końca sprecyzowanym, bliższym jednak jakiemuś XIX-wiecznemu księstwu niż XIII-wiecznej Turyngii: długie ciemne płaszcze, skórzane walizy, garnitury, kilka rycerskich emblematów, efektowne kolorystycznie kostiumy pań na tle statycznego i lekko kiczowatego nieba. 
Rozgrywający się w tej przestrzeni konflikt nie wybrzmiał niestety z należną siłą, głównie z powodu fatalnego śpiewu i aktorstwa odtwarzającego tytułową postać Janusza Wenza; jego cienki i nieco matowy tenor nie potrafił unieść ciężaru roli Tannhäusera. A wykonanie dzieła po polsku pokazało, jak bardzo muzyczny język Wagnera zrośnięty jest z ciężką frazą niemczyzny i jakby wolniejszym, głębszym rytmem wypowiedzi.

„Opera jest pełnym sprzeczności produktem twórczości artystycznej” – pisał kiedyś Ernst Křenek. Także: sprawnym, choć nieco staroświeckim spektaklem („Straszny dwór”), widowiskowym i kolorowym koncertem (poznański „Rigoletto”), scenograficzną tandetą okraszoną czystą frazą („Trubadur”), próbą opowiedzenia czegoś ważnego i głębokiego („Tannhäuser”). Podczas odbywającego się we Wrocławiu Letniego Festiwalu Operowego widzowie mogli 12 lipca oglądać „Toscę” Pucciniego wędrując po mieście: kolejne akty opery rozgrywały się bowiem w gotyckim kościele św. Marii Magdaleny, barokowej Auli Leopoldyńskiej oraz na Wzgórzu Partyzantów. Ewa Michnik planuje w przyszłym roku wystąpić z premierą na Odrze; być może na statku płynącym po rzece.
Przypomniał mi się list Aleksandra Bardiniego, wysłany w 1961 roku do redakcji „Ruchu Muzycznego” w związku z dyskusją nad repertuarem i misją odnawianego właśnie Teatru Wielkiego. „Tak bardzo lubię, gdy poprzez dźwięk, kolor i rytm dowiem się czegoś o urodzie lub brzydocie świata, a tak bardzo nie lubię, gdy ludzie nieświadomi niczego przebierają się i szeregiem opartych o przeponę samogłosek usiłują mnie przekonać, że o coś im chodzi. (...) Zbyt wielu ludzi, którzy realizują dzisiejszy kształt teatru muzycznego żyje w jakimś urojonym świecie albo w świecie, którego już nie ma. Ich kryteria estetyczne stwarzają sytuację, że w najlepszym wypadku mamy do czynienia, że się tak wyrażę, z mistrzami dagerotypu. (...) Opera jest w naszym życiu artystycznym jakąś enklawą starzyzny. Może by Pan lepiej zrozumiał moje opory, gdy Pan jak ja był świadkiem takiej sceny, jak uznana wielkość operowa obejrzawszy umowne rozwiązanie malarskie sceny, najpierw zapytała (ta wielkość), gdzie tu meble, a potem oświadczyła (ta wielkość), że w tym g..... nie będzie śpiewać”.


G. Verdi, „RIGOLETTO”, kierownictwo muzyczne – Antoni Gref, inscenizacja i reżyseria – Krzysztof Jasiński, scenografia i kostiumy – Zofia de Ines, choreografia – Emil Wesołowski. Stary Browar – Teatr Wielki w Poznaniu, premiera 29 czerwca 2002 (transmisja telewizyjna 30 czerwca, TVP2).


VI LETNI FESTIWAL OPERY I OPERETKI W KRAKOWIE:
St. Moniuszko „STRASZNY DWÓR”, kier. muzyczne – Tadeusz Kozłowski, reżyseria – Laco Adamik, scen. i kostiumy – Barbara Kędzierska, choreografia – Przemysław Śliwa. Opera i Operetka w Krakowie, Zamek Królewski w Niepołomicach, premiera 29 czerwca 2002.
G. Verdi „TRUBADUR”, dyrygent – Antoni Duda, kier. muzyczne i reżyseria – Igor W. Lacanicz, scenografia – Jan Bernaś, soliści i zespół Opery Śląskiej w Bytomiu. Teatr im. J. Słowackiego, 9 lipca 2002 (premiera grudzień 1993).
R. Wagner „TANNHÄUSER”, kier. muzyczne – Tadeusz Serafin, reżyseria – L.Adamik, scen. i kostiumy – B. Kędzierska, soliści i zespół Opery Śląskiej w Bytomiu. Teatr im. J. Słowackiego, 10 lipca 2002 (premiera 1 grudnia 2001).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl