Szalony pomysł Wiaczesława Briuchowieckiego

Bogumiła Berdychowska z Kijowa



Zaledwie 10 lat po swym odrodzeniu Narodowy Uniwersytet „Akademia Kijowsko-Mohylańska”, nawiązujący do tradycji założonej w XVII wieku uczelni – wówczas prawosławnej, ale zarazem zorientowanej na Zachód – jest jedną z najbardziej prestiżowych uczelni ukraińskich. Niektórzy sądzą, że jest to w ogóle najlepszy uniwersytet na Ukrainie. 


Zostać studentem Akademii nie jest łatwo: to jedyna uczelnia ukraińska, na której obowiązują anonimowe testy wstępne. Znajomości i łapówki, zmora innych szkół wyższych, na nic się nie przydają: liczy się wiedza i inteligencja. Aby studenci byli istotnie najlepszymi z najlepszych, „Mohylanka” zorganizowała sieć kolegiów: w Zaporożu, Feodosji, Doniecku, Czerkasach, Rożniwie, Siwerskodonecku, Chersoniu, Rohatyniu, Krzemieńcu, Tarnopolu; w Mykołajowie działa zaś filia Akademii.
Na Akademii Kijowsko-Mohylańskiej wykładają najwybitniejsi naukowcy ukraińscy i kilkudziesięciu uczonych zza granicy. „Mohylanka” podpisała porozumienia o współpracy z 50 uczelniami na świecie; dzięki stypendiom Fulbrighta częstymi gośćmi są profesorowie z USA. Na sześciu wydziałach – humanistyczny i nauk społecznych, przyrodniczy, prawny, ekonomiczny, socjalny, informatyki – studiuje prawie 2,5 tys. studentów.
Nie ulega wątpliwości: Akademia jest wielkim sukcesem tego kraju. Ale w istocie jest to sukces jednego człowieka: pomysłodawcy odrodzenia Akademii i jej twórcy, prof. Wiaczesława Briuchowieckiego.

Twórca...
54-letni Wiaczesław Briuchowiecki urodził się w Rosji, we Władykaukazie. W 1974 r. ukończył dziennikarstwo na kijowskim Uniwersytecie im. Szewczenki i trafił do „Literaturnej Ukrainy” – oficjalnego organu Związku Pisarzy Ukrainy. Lata 70. nie były dobrym okresem do pracy w redakcji: zaostrzono kurs wobec ukraińskiej inteligencji, a przejawy życia narodowego tłumiono coraz brutalniej. 
W 1972 r. doszło do tzw. wielkiego pogromu; był to fragment ogólnoradzieckiej akcji przeciw niezależnemu ruchowi literackiemu i wydawniczemu (samizdatowi). W nocy z 12 na 13 stycznia 1972 r. aresztowano 20 najbardziej znanych działaczy, wśród nich Wiaczesława Czornowiła, Jewhena Swerstiuka, Iwana Switłycznego, Wasyla Stusa, Zinowiję Franko, a wkrótce dalsze kilkadziesiąt osób. W maju 1972 odsunięto od władzy sekretarza partii komunistycznej na Ukrainie Petra Szełesta. Jego miejsce zajął Wołodymyr Szczerbicki, zwolennik twardego kursu wobec „nieprawomyślnych elementów”. Jego prawą ręką w dziedzinie polityki kulturalnej był Wałentyn Małańczuk, szef wydziału propagandy KC Komunistycznej Partii Ukrainy. 
Praca w „Literaturnej Ukrainie” była niczym pole minowe. Trudno było przewidzieć, co wywoła gniew władzy i jaką cenę przyjdzie zapłacić za niewinny z pozoru tekst. Nie inaczej było z Briuchowieckim. Kiedy doszło do tego, że na samą myśl o redakcji zaczynały mu się trząść ręce, postanowił odejść. Znalazł pracę w kijowskim Instytucie Kultury, w którym zajął się literaturą dziecięcą. Dopiero odejście Małańczuka w 1979 r. sprawiło, iż ówczesny dyrektor Instytutu Literatury Mykoła Żułyński zaproponował Briuchowieckiemu pracę w Instytucie. Briuchowiecki pisał m.in. o Mykole Zerowie i Linie Kostenko, był też sekretarzem podstawowej organizacji partyjnej w Instytucie. 
Z partii wyleciał w 1990 r. za aktywność w Ludowym Ruchu Ukrainy na Rzecz Przebudowy – był jednym z jego inicjatorów i jednym z najaktywniejszych działaczy tej pierwszej, masowej organizacji opozycyjnej na Ukrainie. 
Niedługo po pierwszym ogólnoukraińskim zjedzie Ruchu (wrzesień 1989) Briuchowiecki porzucił politykę i wyjechał na wykłady do USA i Kanady. Tam zobaczył nowoczesne uniwersytety, o których na Ukrainie wówczas nie można nawet było marzyć. Ale młodzież amerykańska i kanadyjska go rozczarowała: „Nasi studenci – uznał – są inteligentniejsi”.

...i pomysł
Kiedy wrócił na Ukrainę, sytuacja polityczna daleka była od stabilizacji. Trwała głodówka studentów, którzy domagali się przyśpieszenia zmian demokratycznych. Marzyli o niepodległej Ukrainie. Wtedy doszło do zdarzenia, które według Briuchowieckiego stało się punktem zwrotnym w jego życiu: zaproszono go do udziału w audycji radiowej, w której wystąpili reprezentanci głodujących. Po audycji zapytał ich, czy mają czas na naukę. Ich odpowiedź: „Uczyć się będziemy potem, teraz musimy zbudować niepodległą Ukrainę”, wcale mu się nie spodobała: „Jaka będzie ta Ukraina, jeśli będą ją budować niedouczeni młodzieńcy?” – replikował. 
Zaczął myśleć o stworzeniu nowoczesnego uniwersytetu, który kształciłby elitę; uczelni odwołującej się do najlepszych tradycji ukraińskich. Stąd był tylko krok do pomysłu, aby odrodzić sławną w Pierwszej Rzeczypospolitej, założoną w XVII w. Akademię Kijowsko-Mohylańską. 
Pomysł wydawał się w ówczesnych warunkach szalony. W zabudowaniach byłej Akademii, która w 1817 r. została zredukowana do seminarium duchownego, mieścił się sztab wojskowy floty dnieprzańskiej i szkoła wojskowa. Nie widać też było kogokolwiek, kto byłby zainteresowany odrodzeniem uczelni. 
Pierwsze kroki przyszły rektor skierował do kolegów z Ruchu, którzy chętnie o jego pomyśle rozmawiali, ale nic nie robili. I pewnie pomysł nie wyszedłby poza stadium dyskusji, gdyby nie fakt, że po ogłoszeniu 24 sierpnia 1991 r. przez Radę Najwyższą Ukrainy deklaracji niepodległości, ruszyła kampania wyborcza przed pierwszymi wyborami prezydenckimi. Na początku września 1991 odbyło się w stolicy Forum Inteligencji, w którym wziął udział jeden z pretendentów – ówczesny szef Rady Najwyższej Leonid Krawczuk. Briuchowiecki publicznie zaapelował o odrodzenie Akademii, a po dwóch dniach odbył spotkanie z Krawczukiem. 
Udało mu się go namówić do zaangażowania się w odrodzenie szkoły – Krawczukowi wygodnie było uchodzić za mecenasa ukraińskiej nauki. 19 września 1991 r. Krawczuk podpisał rozporządzenie „O odrodzeniu Akademii Kijowsko-Mohylańskiej”, które wprawdzie nie miało mocy prawnej – takowe miały tylko dokumenty rządowe – ale było politycznym przyzwoleniem na tworzenie uniwersytetu. A tego przede wszystkim trzeba było Briuchowieckiemu. Rozumiał, że albo uda mu się uczelnię stworzyć szybko, albo wcale.
 
Długa droga: szachy i mer
Prace ruszyły. Briuchowiecki chciał, by odrodzona „Mohylanka” przyjęła pierwszych studentów już w 1992 r. Na początku największym problemem – obok braku pieniędzy – był brak pomieszczeń. Mimo że było to kolejnym szaleństwem, Briuchowiecki postanowił zdobyć pomieszczenia w historycznych zabudowaniach Akademii – i zaczął niekończące się pielgrzymki do admirała Aleksieja Korowina. Admirał przyjmował go lub nie, nie ukrywając coraz większego rozdrażnienia. 
Nie wiadomo, czym by się ta historia zakończyła, gdyby nie pewna pasja admirała: Korowin był namiętnym szachistą. Kiedy po raz kolejny pozbywał się Briuchowieckiego, rzucił, że nie ma dla niego więcej czasu, bo chce jeszcze rozegrać partię szachów. „Zagrajmy o jeden pokój dla mnie” – odparł Briuchowiecki. Admirał uważał się za mistrza i się zgodził. Pycha go zgubiła. Briuchowiecki również był pasjonatem szachów, a w młodości odnosił nawet sukcesy w skali całego ZSRR. Pierwszą partię admirał przegrał. Drugą też. I trzecią. Gdy chciał grać kolejną, Briuchowiecki powiedział: „Mieliśmy rozegrać jedną partię. Słyszałem słowo oficera, że jeżeli wygram – dostanę pokój. Wygrałem trzy razy. I więcej grać nie będę”. „Słowo oficera” okazało się skutecznym argumentem: Briuchowiecki dostał pokój, przyczółek był zdobyty. 
Jednak cały zespół budynków byłej Akademii znajdował się dalej we władaniu wojskowych. Powstającej uczelni udało się je przejąć dopiero po kilku latach. Briuchowiecki znalazł kilku sprzymierzeńców: popierał go pierwszy minister obrony Ukrainy Konstanty Morozow, korzystne decyzje wydawał Krawczuk (już prezydent), ale najważniejszy okazał się Mykoła Wasylowycz Ławrucki, ostatni radziecki mer Kijowa. Ławrucki, z pochodzenia Rosjanin, zachwycił się wizją odrodzenia Akademii i służył Briuchowieckiemu rozeznaniem w mechanizmach władzy. To głównie dzięki niemu uczelnia odzyskała zabudowania historycznej „Mohylanki”. 
Po zadomowieniu się w „zdobycznym” pokoiku, Briuchowiecki wycierał dalej klamki w pokojach władzy. W końcu otrzymał od Krawczuka zapewnienie, że ten prezydenckim dekretem przekaże zabudowania sztabu floty na własność Akademii. Briuchowiecki nowiną podzielił się z Ławruckim – i przeżył zaskoczenie. Ławrucki nie tylko się nie ucieszył, ale poprosił o natychmiastowe spotkanie. Stary biurokrata wiedział, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ, a co jeden prezydent dał, inny może zabrać. „Musimy załatwić to systemowo. Trzeba powołać rządową komisję, która opisze budynki, sprawdzi, kto jest ich prawowitym właścicielem, a na końcu to Rada Ministrów powinna wydać odpowiednią decyzję” – orzekł. 
Droga była długa – dopiero w 1993 r. rząd Kuczmy wydał odpowiedni dekret – jednak warto było ją przejść. Kilka lat później uchroniło to Akademię przed utratą budynków: projekt dekretu odbierającego jej budynki był gotów do podpisu na biurku premiera Pawła Łazarenki, gdy uprzedzony Briuchowiecki zorganizował konferencję prasową pod hasłem: biurokraci po raz drugi zamykają Akademię. Wybuchł skandal i projekt wylądował w koszu.

Moc truskawek
Jeszcze nim do Akademii wróciła jej dawna siedziba, w 1992 r. uczelnia otworzyła podwoje dla studentów. Briuchowiecki pamięta tamten letni czas. Pierwszego dnia na studia nie zgłosił się ani jeden kandydat. Drugiego i trzeciego również nikt. Nad przedsięwzięciem zawisło widmo kompromitacji. Briuchowiecki czuł, jak siwieje. 
Kolejnego dnia do jego pokoiku zajrzała staruszka: „Czy to wy tworzycie Akademię?”. Briuchowiecki odparł twierdząco. „A wyremontujecie cerkiew?” – padło pytanie (w kompleksie akademickim znajdowała się cerkiew Zwiastowania NMP, w czasach sowieckich zamieniona na magazyn). – Jako dziecko do niej chodziłam”. Briuchowiecki: „Wyremontujemy, ale trzeba na to czasu. Dopiero wszystko zaczynamy”. Staruszka ucieszyła się: „Chciałabym wam pomóc, nie mam pieniędzy, ale w swoim ogrodzie uprawiam truskawki. Przyniosłam ich trochę. Niech wam idą na zdrowie. Jak się pokrzepicie, wszystko będzie dobrze”. 
Briuchowiecki chwycił za słuchawkę, by przywołać kolegów. Kiedy ją odkładał, staruszki nie było, a jedynym dowodem, że sytuacja mu się nie przywidziała, były pozostawione owoce. Po chwili rozpoczęła się degustacja truskawek. I w tym momencie z komisji rekrutacyjnej zadzwoniono, że papiery przyniósł pierwszy kandydat. 

A cerkiew jest remontowana. 
Obecna pozycja Akademii nie jest jednak wynikiem interwencji sił nadprzyrodzonych, lecz codziennej pracy wielu ludzi. Lekko nie było: przez pierwsze dwa lata trzeba było się rozstać ze 150 przyjętymi wcześniej pracownikami. Najważniejszy był rozwój, pomysły, stawianie wyższych wymagań kadrze i studentom.
Akademia to również przedsięwzięcie finansowe. Budżet państwa pokrywa około połowy wydatków, resztę trzeba zdobywać. Na początku zapleczem finansowym była ukraińska emigracja na Zachodzie, głównie w USA. Dziś Akademia ubiega się o dotacje w różnych instytucjach i fundacjach międzynarodowych. Ambicją Briuchowieckiego jest stworzenie 10-milionowego kapitału podstawowego; chodzi oczywiście o miliony dolarów. 
Profesor uważa to za mniej skomplikowane od drugiego celu, którym jest wykształcenie następcy. Niektórzy wręcz sądzą, że bez niego trudno sobie wyobrazić dalszy rozwój uniwersytetu. Choć opinia taka Briuchowieckiemu pochlebia, wie on, że jego misja naprawdę zakończy się sukcesem, jeśli Akademia będzie się mogła bez niego obejść.

Ukraina. Świat. Polska.
„Mohylanka” jak żaden ukraiński uniwersytet otwarta jest na świat. Jej studenci muszą znać angielski, część wykładów odbywa się w tym języku. Interesujący jest dorobek Akademii we współpracy z partnerami japońskimi; przy Akademii działa Centrum Japońskie, specjalizujące się w zagadnieniach ekonomicznych. Wśród doktorów honoris causa uczelni znajdują się m.in. Zbigniew Brzeziński, Paul Ricoeur, Roman Szporluk czy Sergiej Awierincew. 
Choć spośród naukowców znad Wisły „Mohylanka” wyróżniła tylko prof. Jerzego Kłoczowskiego z Lublina, polskie tropy są tu liczne. Akademia znajduje się wśród założycieli lubelskiego Kolegium Europejskiego Polskich i Ukraińskich Uniwersytetów. Język polski szybko stał się wśród studentów jednym z najbardziej popularnych lektoratów, a ostatnio jest w ogóle najliczniejszy. Korzystają z niego nie tylko adepci literatury, stanowiący zaledwie 10 proc. uczących się polskiego, ale studenci wszystkich wydziałów, od nauk ścisłych po ekonomię. Studenci „Mohylanki” uczestniczyli też w letniej szkole języka i kultury polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ambicją literaturoznawcy, profesora Wołodymyra Morencia, jest zorganizowanie monograficznego wykładu, poświęconego polskiej literaturze. Ostatnio Towarzystwo Opieki nad Archiwum Instytutu Literackiego przekazało bibliotece Akademii kolekcję wydawnictw Instytutu. Trudno znaleźć w Kijowie lepsze miejsce dla wydawnictw Jerzego Giedroycia. 
Ale trudno też oprzeć się wrażeniu, że to zaledwie kropla w morzu potrzeb.



PIOTR MOHYŁA (1596–1647), syn hospodara wołoskiego i mołdawskiego Szymona. Za młodu służył w wojsku Rzeczypospolitej, walczył m. in. pod Chocimiem. Od 1627 archimandryta klasztoru Ławry Pieczerskiej w Kijowie, od 1632 metropolita kijowski. Wierność prawosławiu i niechęć do Unii łączył z otwarciem na wzory kultury zachodniej i dążeniem do zbliżenia z Rzymem. W 1643 ogłosił – po łacinie – „Confessio fidei orthodoxae”, czyli „Wyznanie wiary prawosławnej”. Pisał także po polsku.
W 1632 roku Mohyła zorganizował w Kijowie w oparciu o powstałą kilkanaście lat wcześniej szkołę bracką kolegium, przekształcone później w Akademię Kijowsko-Mohylańską; sięgnął przy tym po wzory łacińskie, m. in. jezuickie. Absolwenci tej uczelni – istniejącej do 1817 roku – odegrali znaczną rolę w reformach Cerkwi prawosławnej. Związane z nią były ważne postacie historii i kultury ukraińskiej, m. in. XVIII-wieczny filozof i poeta Hryhorij Skoworoda.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 30 (2768), 28 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl