Tajemnice Kalwarii

Jan Strzałka





„Za Kopcem jest Klecza Dolna. 
Za Kleczą Dolną jest Klecza Górna.
Za Kleczą Górną jest Barwałd, 
Kalwaria Zebrzydowska, i już.”

Jan Paweł II, Wadowice 16 czerwca 1999



Kalwaria to idylliczne miasteczko, z tych, co woda w nich czysta, a trawa zielona. Tyle że tutejszy potok nazywa się Cedron, a góra – Golgota. W tej podkrakowskiej Jerozolimie od czterech stuleci trwa Męka Pańska. Żyją tu „swoi”, ludzie „stąd” i nieliczni „stamtąd”. „Swoja” jest przede wszystkim Matka Boska Kalwaryjska.




„Ja też jestem swój” – mówi Andrzej Konicki. Swój, to znaczy, że jego przodkowie z dziada pradziada żyli i umierali w Kalwarii. Dom rodzinny pana Andrzeja znajduje się kilkadziesiąt metrów od klasztoru. Od wczesnej wiosny aż po ostatnie dni jesieni, w błocie i spiekocie stromą ulicą Bernardyńską wspinają się do sanktuarium tłumy pielgrzymów. Po dróżkach Pana Jezusa i Matki Boskiej oprowadzał ich ojciec Andrzeja Konickiego, jeden z wielu przewodników kalwaryjskich. Dom Konickich był skromny, lecz otwarty dla pielgrzymów, którzy od Niedzieli Palmowej do Wielkiego Piątku uczestniczyli w misterium Męki Pańskiej. Wszystkie meble znoszono wtedy do jednej izby, a w pozostałych nocowali na słomie pielgrzymi. Kiedy ojciec zmarł, na dróżkach zastąpili go synowie. Andrzej Konicki, nauczyciel plastyki i przysposobienia obronnego w kalwaryjskim liceum, też ma dwóch synów. „Ledwo odrośli od ziemi: za wcześnie, by planować ich życie, ale po cichu marzę, że kiedyś będą przewodnikami”.
Burmistrz Augustyn Ormanty mieszka w Kalwarii zaledwie dwadzieścia trzy lata, pani Bożena Stokłosa z „Wiadomości Kalwaryjskich” jeszcze krócej. „Przyjechałam tu po studiach we Wrocławiu, znalazłam pracę, poznałam przyszłego męża, rodowitego kalwarianina, no i zostałam” – wspomina. Kalwarię znała od dzieciństwa, jej rodzice pochodzili z pobliskiego miasteczka, spędzali tam wakacje, pomagając krewnym przy żniwach. I zawsze uczestnicząc w sierpniowym „pogrzebie” Matki Boskiej, od stuleci przyciągającym pielgrzymów z Galicji, z beskidzkich i słowackich wsi i miasteczek. Także z oddalonych o czternaście kilometrów Wadowic. Pani Bożena nie czuje się więc tu obco – Kalwaria stała się dla niej całym światem. „Pojadę do Wrocławia, nasycę się kulturą i marzę, by jak najszybciej wrócić” – wyznaje.
Ojciec Augustyn Chadam urodził się we wsi Zaburze pod Szczebrzeszynem. „Na sześćsetlecie założenia miasteczka radni postawili chrząszczowi pomnik” – dodaje z rozbawieniem. Do zakonu ojciec Augustyn wstąpił w 1934 r. W 1939 uciekł przed Armią Czerwoną z klasztoru w Sokalu pod Lwowem. W grudniu dotarł do Kalwarii Zebrzydowskiej – niemal całą drogę szedł pieszo. Jest tu więc „od zawsze”. „Za wyjątkiem Roku Pańskiego 1952, kiedy uzupełniałem swoją edukację w więzieniu na Montelupich” – dodaje skromnie.
Ojciec Władysław Waśko urodził się – jak mówi – pod organami leżajskimi. Leżajsk słynie z barokowych organów w kościele bernardyńskim. Kiedy Jan Paweł II pierwszy raz pielgrzymował do Polski, Władysław był klerykiem seminarium kalwaryjskiego. 7 czerwca 1979 Jan Paweł II przybył do kalwaryjskiej bazyliki Matki Boskiej Anielskiej. Wkrótce potem odbyły się święcenia ojca Waśki, który następnych wiele lat spędził w Ziemi Świętej przy bazylice Grobu Pańskiego. Od trzech lat jest kustoszem sanktuarium kalwaryjskiego.
Ojciec Romuald Kośko, prowincjał zakonu bernardynów, urodził się natomiast w Radomiu. „Kiedy dowiedziałem się, że mam powitać Ojca Świętego, który przybędzie tu w sierpniu, przebiegł mnie dreszczyk” – przyznaje. Prowincjał jest młody: nie może pamiętać, jak ks. Wojtyła przyjeżdżał do Kalwarii, by w samotności modlić się na dróżkach lub głosić kazania w uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej albo w Wielki Piątek. Podczas studiów w Rzymie był przedstawiony Papieżowi, w listopadzie 2001 wraz z grupą bernardynów oficjalnie zaprosił Jana Pawła II na obchody czterechsetlecia sanktuarium, lecz wątpi, by Papież go zapamiętał.
Co innego ojciec Mikołaj Rudyk. „Nie ośmieliłbym się powiedzieć, że jestem jego przyjacielem, lecz kiedy w 1987 na krakowskich Błoniach Jan Paweł II koronował ikonę Matki Boskiej Kalwaryjskiej, po Mszy zauważył mnie w tłumie. Mikołaju – przywitał się – to i ty tu jesteś?” Ojciec Rudyk też był w Watykanie z grupą bernardynów zapraszających Papieża. „Ty znowu tu?” – zdziwił się Jan Paweł II. Ojciec Mikołaj, założyciel i pierwszy dyrektor bernardyńskiego wydawnictwa Calvarianum, mówi, że kard. Wojtyła miał swój pokój na piętrze kalwaryjskiego klasztoru. „Spędził tu niejedną godzinę, modląc się, opowiadając zakonnikom o pracach Soboru, ale też słuchając nowin klasztornych i opowieści o pielgrzymach”. Podobno w kalwaryjskim klasztorze powstawały fragmenty ósmego rozdziału konstytucji soborowej „Lumen gentium”, poświęconego czynnej obecności Maryi w Kościele.

Matka Boska dyskretna

Powiadają, że sam Pan Bóg wybrał to miejsce, by chrześcijanie rozpamiętywali tu Mękę Jezusa i boleść Jego Matki. Powiadają także, że w Kalwarii – jak w żadnym innym sanktuarium – przeżywa się tajemnicę paschalną. Ks. Wojtyła mówił nawet, że cała Kalwaria jest wyznaniem wiary.
Fundatorem sanktuarium był hetman Mikołaj Zebrzydowski, który w roku 1600 zbudował na górze Żarek kaplicę Ukrzyżowania Pana Jezusa. Dwa lata później powierzył bernardynom opiekę nad Kalwarią. Ojcowie przybyli tu w r. 1604, kiedy rozpoczęła się budowa barokowego kościoła i klasztoru. W katolickiej Europie, ożywionej duchem potrydenckiej kontrreformacji, powstawało wówczas wiele wpisanych w krajobraz obiektów sakralnych wiernie odtwarzających Jerozolimę czasów Jezusa. Kalwaria Zebrzydowska była pierwszym polskim sanktuarium Męki Pańskiej, a jej budowę hetman powierzył architektom z Włoch i Flandrii. Zbudowawszy kaplicę Ukrzyżowania Zebrzydowski przystąpił do wznoszenia kolejnych kaplic Drogi Krzyżowej: w ciągu osiemnastu lat zbudował ich siedemnaście. Zmarł w 1620, lecz jego syn, Jan, kontynuował dzieło i ufundował pięć kaplic pasyjnych oraz osiem maryjnych. Mikołaj, syn Jana, rozbudował klasztor. Anna Czartoryska, prawnuczka fundatora Kalwarii i ostatnia spadkobierczyni rodu, też nie żałowała kiesy. Długa jest lista dobrodziejów i utalentowanych budowniczych, którzy obdarzyli Kalwarię niepowtarzalną architekturą, bo swój ostateczny kształt sanktuarium zyskało w roku 1902. W roku 2000 Kalwaria Zebrzydowska – klasztor, kościół, Droga Krzyżowa, miasteczko – wpisana została na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.
W krużgankach klasztornych wisi barokowy portret Mikołaja Zebrzydowskiego. Hetman adoruje Ukrzyżowanego Zbawiciela. Przyodziany jest w czarne suknie, złota spinka przy pelerynie świadczy o jego zamożności, zaś miecz ze złotą rękojeścią, którego nie odpiął na czas modlitwy, przypomina, że magnat ważył się sprzeciwić królowi Zygmuntowi III Wazie, stając na czele tzw. rokoszu Zebrzydowskiego. W jego sarmackiej naturze musiało być jednak przemożne pragnienie pokory i żarliwej służby Zbawicielowi, bo przecież nie dla własnej chwały ufundował Kalwarię – choć prawdą jest, iż przystąpił do dzieła z myślą, że będzie to jego prywatna świątynia. Tak się jednak nigdy nie stało, bo kiedy w roku 1607 bernardyni odprawili tu pierwsze nabożeństwo pasyjne, przybyli na nie liczni pielgrzymi. Pierwszy kronikarz zakonny zanotował, że po powrocie do domów pątnicy rozgłaszali wszem i wobec, iż „w Kalwarii dziwne się zjawiło nabożeństwo, nie może się człowiek mizerny nasłuchać go ani dość napatrzeć”.
Pierwotnie klasztor miał być domem dla „sześciu, a co najwyżej dwunastu braci zakonnych, starych i spracowanych, którzy by tam mogli się przygotować na śmierć, a gdyby któryś z ojców chciał spróbować ostrzejszego życia, miałby w tych odludnych lasach doskonałą pustelnię”. Zapewne hetman, jak wszyscy ludzie baroku, był zafascynowany śmiercią, a powierzając bernardynom opiekę nad Kalwarią zażyczył sobie być pogrzebanym pomiędzy nimi (zmarł osiemnaście lat później, ale pochowano go w katedrze wawelskiej...)
Misterium Męki Pańskiej odbywało się wtedy – i dziś – raz w roku, a choć już w XVII w. powstały w Polsce inne kalwarie, to ani wtedy, ani na progu nowego tysiąclecia żadna nie zaćmiła zebrzydowskiej. Dlaczego? „Kalwaria nasza ofiarowuje wierzącym to, czego nie otrzymują w innym sanktuarium: zjednoczenie Syna z Matką i Matki z Synem” – wyjaśniał ojciec Florentyn Piwosz podczas sesji naukowej poświęconej 400-leciu sanktuarium.
Prawdą jest, że Kalwaria zawdzięcza sławę przede wszystkim pasji, ale duchowość kalwaryjska nie stawia głównego akcentu na widowisko. Wierni przybywają tu przez cały rok, podczas licznych pielgrzymek dla kobiet, mężczyzn i młodzieży modlą się na dróżkach, odprawiają także „dróżki za zmarłych”. Wielkim poważaniem cieszy się procesja „pogrzebu” Maryi i Jej Wniebowzięcia. Zaś do kaplicy Matki Boskiej Kalwaryjskiej od stuleci garną się takie tłumy, że ci, co nie mogą się przecisnąć przed Jej oblicze, całują z czcią mury. Niektórzy kręcą nosem, że procesja „pogrzebu” jest reliktem naiwnej pobożności ludowej, że wierni chcą olśnić strojami ludowymi i popisać się orkiestrami dętymi. „Są stroje i orkiestry, ale dominuje głębokie przeżycie religijne, wzmacniane przez modlitwę i kazania”– przekonuje o. Florentyn.
Kult maryjny jest nierozerwalnie związany z historią sanktuarium. W 1641 r. zaczęto tu adorować cudowny obraz Matki Boskiej Kalwaryjskiej, który znajduje się dziś w bocznej kaplicy bazyliki. Kiedy Jan Paweł II przybył tu w 1979, powiedział: „Ujmująca jest dyskrecja, z jaką Matka Boża mieszka w swoim sanktuarium. Właśnie, że mieszka w takiej bocznej kaplicy”.
Maryja jest tu rzeczywiście dyskretna. O. Florentyn wspomina niedawną konferencję na Jasnej Górze; częstochowscy paulini próbowali odeprzeć często stawiany im zarzut, że pobożność największego sanktuarium polskiego jest tak zdominowana przez kult maryjny, iż Zbawiciel pozostaje tam na drugim planie. W Kalwarii natomiast od kaplicy Matki Boskiej idzie się prosto na dróżki Pana Jezusa. „Sama Matka symbolicznie prowadzi do chrystocentryzmu, wiedzie wprost do pobożności Krzyża” – podkreśla o. Waśko. A o. Rudyk dodaje: „Jasna Góra była i pozostanie duchową stolicą narodu, lecz pełny wymiar teologiczny wiary objawia się w Kalwarii”. Dróżki Pana Jezusa krzyżują się tu z dróżkami Jego Matki, kaplica Drogi Krzyżowej jest niekiedy kaplicą Matki Boskiej. W istocie czasem są to te same kaplice, tylko nawiedzane w odmiennych kierunkach.
Co najważniejsze – przypomniał o tym Jan Paweł II w „Przekroczyć próg nadziei” – centralnym, najwyższym punktem kalwaryjskiego sanktuarium pozostaje Góra Ukrzyżowania. O. Waśko podkreśla, że misterium pasyjne kończy się w Wielki Piątek przy Grobie Jezusa. Nie istnieje stacja Zmartwychwstania. Od Grobu przechodzi się do bazyliki i do kaplicy Matki Boskiej Kalwaryjskiej. Ojciec Waśko: „Grób Zbawiciela przygotowuje do aktu uwielbienia i przebóstwienia człowieka”. Nie wystawia się tu Zmartwychwstania Jezusa, za to w sierpniu odprawia się „pogrzeb” Maryi, a potem świętuje Jej Wniebowzięcie. 
Kryje się w tym głęboka intencja teologiczna i humanistyczna: triumf Chrystusa najpełniej dokonuje się we Wniebowzięciu Jego Matki, czyli człowieka. Najlepiej objaśnił to kard. Wojtyła: Zaśnięcie Maryi „przypomina nam nasze rozstanie z ziemią, które kiedyś nastąpi”, zaś Wniebowzięcie przypomina „ostateczną prawdę naszej wiary: jesteśmy powołani do życia wiecznego, jesteśmy powołani do zjednoczenia z Bogiem, jesteśmy powołani do nieba”. I dalej: „Jeżeli my również idziemy do Boga, do nieba, to i nasze życie musi się tak przeplatać z życiem Pana Jezusa, z Jego męką i śmiercią, i zmartwychwstaniem; nie może biegnąć obok, opodal; nie może to być droga obok Drogi, bo taka droga wiodłaby na manowce; tylko muszą się te drogi i te dróżki wzajemnie przeplatać i przenikać. I tego się tutaj uczymy (...) Na prawdę o życiu ludzkim składa się ta rzeczywistość, której na imię krzyż, i ta rzeczywistość, której na imię Wniebowzięcie” (kazanie na „pogrzeb” i Wniebowzięcie Matki Bożej, sierpień 1970).
W ostatnim misterium uczestniczyło ok. stu tysięcy wiernych. Wśród nich wielu młodych, którzy przybyli tu pierwszy raz (łatwo ich rozpoznać po koronie cierniowej – taki jest bowiem zwyczaj, że przychodzący po raz pierwszy nakładają ją na czoło). W Wielki Piątek trudno się przecisnąć do kaplicy Maryi, przed konfesjonałami tłoczy się tłum penitentów, bazylika pęka w szwach. Wielu modli się na Placu Rajskim przed świątynią, ktoś przed płotem okalającym jedną z kaplic. A przecież człowiek ten nie klęczy przed cudownym obrazem, lecz przed nie oheblowanymi deskami...
Całkiem niedawno, bo tuż przed wojną, wydawało się, że misterium skazane jest na obumarcie. Nie obumarło. Odżyło dzięki ojcu Augustynowi, kardynałowi Sapieże, Jerzemu Zawieyskiemu i wielu innym, nieznanym z nazwiska. A wszystko zaczęło się w dniu, kiedy pewien niedorostek wlazł na deskę nad sceną w remizie.

Ludzkie sprawy

Miał być teatr. A jak teatr – to tylko Anczyc, bo w jego scenkach z życia wsi było wszystko, co potrzeba: chłop, Cyganka, koza, karczma oraz Żyd. Przedstawienie miało się odbyć w remizie po niedzielnej Mszy. Reżyserem był starszy brat Augustyna Chadama, który zagrał też Żyda i musiała to być rola niezapomniana, skoro do śmierci wszyscy nazywali go Lejbusiem. Młodszy z braci wdrapał się na deskę nad sceną i pełnił rolę suflera. Tak się zaczęła przygoda przyszłego bernardyna z teatrem.
Kiedy ojciec Augustyn był już w zakonie, organizował jasełka w klasztorze leżajskim, a w Sokalu pod Lwowem występy z okazji świąt narodowych. Raz czy dwa stanął na scenie, lecz nie odniósł olśniewającego sukcesu. Potem przyszła wojna, na klasztor sokalski spadła bomba i po 17 września zaczęły się sowieckie represje wobec zakonników. Ojciec Augustyn był wówczas klerykiem i wraz z innymi studentami teologii otrzymał polecenie ucieczki na zachód. Kiedy w końcu dotarł do Kalwarii, trzeba było stawić czoło wyzwaniom rzeczywistości. „Wojna nikogo nie ulepsza, nie czyni szlachetniejszym” – wzdycha 86-letni, ale ciągle aktywny o. Augustyn.
Bernardyni nie chcieli być ciężarem dla klepiących biedę mieszkańców Kalwarii, klasztorny ekonom dbał więc, by sami mogli zaspokoić swoje skromne potrzeby – zakon miał młyn, gospodarstwo, ziemię. Podczas okupacji nie odbywały się odpusty, nie organizowano większych pielgrzymek, lecz na dróżkach pojawiali się pątnicy, ojcowie prowadzili działalność duszpasterską, a nawet wyświęcili sześćdziesięciu kapłanów. Jednym z nich jest właśnie o. Augustyn.
Nie chcieli też żyć wyłącznie własnym życiem. W okolicznych lasach byli partyzanci; ojciec ekonom został kapelanem, a o. Augustyn „zaopatrzeniowcem” akowców. Do bram klasztoru zakołatała Żydówka z niemowlęciem, trzeba było ją ratować. Pojawił się niemiecki dezerter, ojciec Paweł Ryszka zadekował go u wójta, a proboszcz wystawił mu lewą metrykę. W tym samym czasie w klasztorze mieszkali niemieccy oficerowie, a w budynkach gospodarskich stacjonował Wehrmacht. Dezerter wpadł w ręce Niemców i zadenuncjował ojca Ryszkę, wójta i proboszcza. Aresztowano ich i posłano na śmierć do Oświęcimia. „Gdzie są ludzie, tam są ludzkie sprawy” – wzdycha ojciec Augustyn, przypominając sobie nieszczęsnego dezertera.
Pod koniec wojny o. Augustyn opiekował się Józefem Feldmanem, synem Wilhelma, profesorem historii UJ. Feldman był z pochodzenia Żydem, najpierw ukrywał się w Warszawie, a po klęsce powstania w Kalwarii. „Pewnego razu powiadam mu: jest pan wolny, przyszli Sowieci. – Wolny? – żachnął się Feldman – przecież to kolejni okupanci”.
„To będzie teatr ogromny, jak u Wyspiańskiego” – krzyknął z zachwytem Mieczysław Kotlarczyk, kiedy ojciec Augustyn tuż po wojnie szukał sojuszników dla pomysłu wskrzeszenia misterium pasyjnego w Kalwarii. Jednego sprzymierzeńca już pozyskał. Kard. Adam Sapieha w pół zdania przerwał o. Augustynowi wywód na temat konieczności wznowienia Męki Pańskiej. „Deus benedictat!” – pobłogosławił metropolita krakowski. Teraz można już było wystawiać Pasję, tylko jak?! Bo o. Augustyn był pewien, że misterium wymaga nowej formy. Kotlarczyk cieszył się sławą twórcy Teatru Rapsodycznego, o. Augustyn wierzył więc, że znajdzie u niego zrozumienie. „Jak u Wyspiańskiego! – powtarzał zachwycony reżyser. – Ojcze, może na początek wystawimy Kasprowicza? – wspomina o. Augustyn. – Kiedy później przeczytałem te młodopolskie dialogi nagiej duszy z szatanem, przeraziłem się myślą o zgorszeniu, jakiego doznałby człowiek z ludu, gdyby usłyszał takie trudne teksty w świętym miejscu”. Nigdy więcej nie kontaktował się więc z Kotlarczykiem. Sam napisał scenariusz, znalazł odtwórców, wyreżyserował misterium, zadbał, by towarzyszyły mu nie tylko odpowiednie pieśni, ale przede wszystkim stosowne kazania. I chyba dobrze się spisał, bo kiedy dramaturg Jerzy Zawieyski ujrzał pasję kalwaryjską, brakło mu słów. Nie on jeden stawał oniemiały na widok ludzi, którzy może nigdy nie byli w teatrze, a w Kalwarii wcielali się w Chrystusa, Maryję, apostołów, rzymskich żołnierzy, płaczące niewiasty... Bo misterium kalwaryjskie to więcej niż teatr, nawet ogromny. Pod koniec lat 50. Jerzy Hoffman zrealizował dokument o misterium. Film ten był żelaznym „półkownikiem”, a kiedy cenzura pozwoliła go pokazywać, nagrodzony został na festiwalu w... Moskwie.
Dramat pasyjny cieszy się w polskich teatrach uznaniem (dość wspomnieć inscenizacje Kazimierza Dejmka), ale chyba na wszystkich „Historyjach” i „Dialogusach” nie było tylu widzów, co podczas jednego misterium w Kalwarii. Dlaczego tu przybywają, nie zważając na niewygody, błoto, zmęczenie? „Nie chcemy się porównywać z teatrem profesjonalnym. Kalwaria to nie teatr, to pielgrzymka. W teatrze się ogląda, w pielgrzymce uczestniczy. W teatrze siedzi się w fotelu, tu trzeba chodzić. W teatrze się słucha, tu trzeba się modlić” – wyjaśnia o. Augustyn. „Celem misterium jest zgłębianie i przeżywanie tajemnic Męki Pańskiej – dodaje o. Florentyn. – Po powrocie do domu, pielgrzym nie powie: widziałem Mękę Pańską, lecz: uczestniczyłem w Męce Zbawiciela. W tych słowach kryje się tajemnica Kalwarii”.
W marcu czy w kwietniu pogoda bywa w kratkę, pielgrzymi są zmęczeni i zziębnięci. Szaty odtwórców bywają zabłocone. Kleryk odtwarzający Chrystusa nie udaje, że dźwiga Krzyż. Krzyż jest ciężki i gdyby nie pomoc Cyrenejczyka, Chrystus upadłby nie trzy razy, ale potykałby się co krok.
„Kalwarię trzeba zdobywać” – powiedział Jan Paweł II, który przed dwudziestu trzema laty wyznał tu: „Matka Boska Kalwaryjska wychowała moje serce”.

Próby wierności

Na wyblakłej fotografii z roku 1930 widzimy dwie kobiety z dziećmi oraz starszego mężczyznę z dziesięcioletnim synem w szkolnym mundurku. Zdjęcie wykonano na pamiątkę pielgrzymki do Kalwarii. Karol Wojtyła, bo to on z ojcem uwieczniony jest na fotografii, nie po raz pierwszy odwiedzał sanktuarium – wcześniej bywał tu często z ojcem i ze starszym bratem. Wszyscy trzej modlili się w Kalwarii w 1929, po śmierci matki przyszłego Papieża. Podobno klęcząc przed Matką Boską Kalwaryjską ojciec powiedział do najmłodszego syna: teraz Ona będzie ci matką.
Są też i inne fotografie: samotny biskup Wojtyła na dróżkach, arcybiskup Wojtyła z Prymasem Wyszyńskim w procesji „pogrzebu” Matki Boskiej, kardynał Wojtyła głosi kazanie podczas święta Wniebowstąpienia w sierpniu 1978. „Widziałem, jak na tydzień przed konklawe modlił się do Matki Boskiej Kalwaryjskiej – wspomina Andrzej Konicki. – Kto by pomyślał, że do nas nie wróci”. „Matka Boska Kalwaryjska wprost ze wzgórz kalwaryjskich zabrała mnie do Watykanu” – potwierdził Jan Paweł II.
Jeszcze jako metropolita krakowski kard. Wojtyła przyznawał: że „ogromnie lubię tu przychodzić; może słowo »lubię« jest niewłaściwe: czuję potrzebę, żeby tu przychodzić, bo tu się odkrywa wciąż na nowo te najgłębsze prawdy wiary”. Podczas pierwszej pielgrzymki do ojczyzny wyznał, że szukał na dróżkach rozwiązania szczególnie trudnych problemów i „dziwna rzecz – one się zwykle rozwiązywały po takim moim nawiedzeniu na dróżkach”. 
Na Kalwarii, miejscu śmierci Odkupiciela, ludzie wszystkich czasów poddawani są próbie wierności – przypominał jeszcze za krakowskich czasów – „wierności Bogu, a także człowiekowi”. 
O takiej próbie wiele mogą też powiedzieć bernardyni. Miał rację profesor Feldman zżymając się na ojca Augustyna. Jaką wolność przyniosła Armia Czerwona?! Najpierw władze komunistyczne znacjonalizowały majątek klasztorny. Potem przystąpiły do prowokacji politycznych i aresztowań ojców. W 1950 UB aresztował wszystkich bernardynów z Radecznicy pod Zamościem. Ich klasztor został zlikwidowany. Wśród aresztowanych znalazł się prowincjał zakonu o. Bronisław Szepelak, oskarżony o kierowanie „bandą reakcyjnego podziemia”. Ubecja i „księża patrioci” zaczęli naciskać bernardynów z Kalwarii, by ci odcięli się i potępili aresztowanych współbraci. Do ruchu „księży patriotów” przystąpili niektórzy bracia z Radecznicy, którzy w zamian za wolność podjęli współpracę z reżimem. Podczas odpustu „księża patrioci” zorganizowali w Kalwarii ogólnopolski zlot. „Zaczęli głosić serwilistyczne, polityczne kazania, próbowaliśmy ich jakoś powstrzymać – wspomina ojciec Augustyn. – Na co jeden z patriotów: wiecie, czym grozi opór, przecież mogą was zaraz aresztować? A my na to: jeśli ksiądz na nas doniesie...” 
W roku 1951 prowincjał Szepelak skazany został na piętnaście lat więzienia. Na prośbę bernardynów Prymas Wyszyński mianował nowy zarząd i radę prowincji, znalazł się w niej także ojciec Augustyn. Wkrótce jednak nowy prowincjał i członkowie Rady podzielili los ojca Szepelaka. Żaden z aresztowanych bernardynów kalwaryjskich nie złamał się w więzieniu i nie poszedł na współpracę z UB. Kiedy zaczęto ich zwalniać, wracali do klasztorów i żyli po staremu. „Zaczęło się dla nas normalne życie. Normalne – czyli kolejne rewizje, grzebanie w naszych pokojach, w piwnicach, bezowocne szukanie dnia wczorajszego” – wspomina o. Augustyn.
Kryzys w łonie polskiego Kościoła przezwyciężony został w rok po śmierci Stalina. Reżim uznał, że posługując się „księżmi patriotami” nie zdyskredytuje Kościoła. W r. 1954 ojciec Augustyn został prowincjałem zakonu. Ale ani wtedy, ani dziś o. Chadam nie potępia tych, co pobłądzili: niektórzy „księża patrioci” kolaborowali ze strachu, inni wierzyli, że współpracując z władzą ocalą Kościół przed dalszymi prześladowaniami. Ojciec Augustyn nie wydaje wyroku na nikogo. „To byli tylko ludzie, a gdzie są ludzie, tam są ludzkie sprawy” – powtarza ulubioną maksymę.

*

Andrzeja Konickiego można spotkać na dróżkach w każdą niedzielę, od maja do września. Chodzenie po nich wymaga sporo sił i czasu: dróżki mają siedem kilometrów, przemierza się je najkrócej w ciągu czterech i pół godziny, czasami w siedem godzin, bo przy każdej kaplicy pielgrzymi zatrzymują się na modlitwę. Pewnego razu Konicki wyszedł z domu o szóstej rano, a powrócił o dziesiątej wieczorem, bo dwukrotnie przeszedł z pątnikami dróżki i raz Drogę Krzyżową.
Najmłodszy z kilkudziesięciu przewodników ma lat dwadzieścia, najstarszy – osiemdziesiąt dwa, tyle co Jan Paweł II. Bernardyni i mieszkańcy Kalwarii są dumni, że Papież mówi o sobie, że jest „pielgrzymem kalwaryjskim”, że w 1997 przyjął honorowe obywatelstwo miasta. Dziedzicznie jest też związany z kalwaryjskimi przewodnikami. Przewodniczenie tzw. kompaniom idącym na Kalwarię przechodzi z dziada na ojca, z ojca na syna, a jak wyznał Papież: „Podobno mój pradziadek i dziadek z Czańca był takim właśnie przewodnikiem kalwaryjskim”.
Do zadań przewodnika należy opieka nad pielgrzymami, załatwianie noclegów, przede wszystkim czytanie na dróżkach rozważań, inicjowanie modłów i pieśni. Kiedy przełożonym klasztoru był ojciec Augustyn, bernardyni zaczęli organizować rekolekcje dla przewodników. Tradycja ta przetrwała do dziś. Przewodnik to osoba otoczona powszechnym szacunkiem. Ceniona w rodzinnej parafii, bo przewodnicy pochodzą z całej Polski, poważana w Kościele. Bernardyni pamiętają, jak biskup Wojtyła relacjonował im soborowe dyskusje o roli świeckich w Kościele. „A w Kalwarii świeccy pełnią posługę w Kościele od czterystu lat” – dodawał z uśmiechem. 
Andrzej Konicki tylko raz w życiu nie uczestniczył w misterium Wielkiego Tygodnia. Całe życie spędził w Kalwarii. Nie widział najsławniejszej w Europie pasji wystawianej w niemieckim Oberammergau. Nie pielgrzymował nawet do Rzymu. Jest nauczycielem, a w tym zawodzie się nie przelewa, szczególnie gdy ma się dwóch synów i trzeba postawić dom. Ale po prawdzie pan Konicki wcale nie pragnie wyjeżdżać z Kalwarii, nawet na krótko, i nie może się nadziwić, że niektórzy jego sąsiedzi wyruszyli w szeroki świat. „Jak można żyć bez dróżek, bez misterium, bez gór?” – zastanawia się Konicki.
W tym roku Konicki skończył pracę w szkole: od września przechodzi na emeryturę. Nadal jednak będzie przewodniczył kompaniom pielgrzymów. Będzie objaśniał im tajemnice dróżek, modlił się z nimi i śpiewał pieśni. Dopóki starczy sił... „Przewodnik nie zejdzie z dróżek, nawet jeśli choruje – mówi – jeśli się nie pojawi na dróżkach, to znak, że prawdopodobnie odszedł z tego świata”. Ale pan Andrzej zbliża się dopiero do sześćdziesiątki, więc jeszcze przez wiele niedziel będzie wychodził z domu rano, a wracał najwcześniej w południe, czasami pod wieczór.
Martwi się tylko tym, że pielgrzymi się zmieniają. Stają się wygodni, nie chcą już spać u gościnnych gospodarzy na słomie, nie podoba im się, że na wyboistych dróżkach bywa błoto, chcieliby więc je wyasfaltować. „Niektórzy robią się tak wygodni, że wjechaliby do kaplicy samochodem” – ubolewa Konicki. Bernardyni nigdy jednak nie wyrażą zgody na położenie asfaltu na dróżkach. „Trzeba ich bronić nie tylko przed zwolennikami asfaltu, ale i przed handlarzami dewocjonaliów, którzy wcisnęliby się nawet do bazyliki, gdybyśmy im pozwolili. Bazylika i dróżki to sfera sacrum, a nie pole dla komercji” – podkreśla o. Władysław Waśko. Poza tym nie pozwoliłby na to im ich założyciel, św. Franciszek z Asyżu, patron ekologów.
Ale to nie spragnieni komfortu pseudo-pielgrzymi czy handlarze stali się dziś plagą sanktuarium. Andrzej Konicki nigdy nie pomyślałby, że kaplice na dróżkach trzeba będzie zamykać w obawie przed złodziejami. Ukradziono rzeźby barokowych aniołków, pozłacane ornamenty... Ojciec Mikołaj nie rzuca anatem na złodziei, spokojnie zastanawia się, dlaczego kradną. „Może skłania ich do tego nędza i bezrobocie?” Ojciec Augustyn pokiwałby zapewne głową: gdzie są ludzie, tam są ludzkie sprawy. Ludzi zaś jest tu dużo, co roku do Kalwarii przybywa milion, czasami półtora miliona gości.

*

„Nie ma paniki – zapewnia burmistrz Augustyn Ormanty – godnie podejmiemy Ojca Świętego. Już od kilku lat przywracamy miastu dawną świetność, za pieniądze Unii Europejskiej odnowiliśmy rynek. Jesteśmy jedną z najbogatszych gmin w Polsce, w pięciotysięcznym miasteczku i trzynastotysięcznej gminie działa trzy i pół tysiąca podmiotów gospodarczych. Dziesięć lat temu nie mieliśmy telefonów i kanalizacji. A dziś: proszę się rozejrzeć...”.
Warto się rozglądnąć. Wspiąć się na górę, do klasztoru. Zastanowić się, jak kiedyś biskup Wojtyła, dlaczego lubimy dróżki. Te dróżki, które się tu wzajemnie przeplatają i przenikają, i nigdy nie prowadzą obok Drogi. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29 (2767), 21 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl