Dlaczego uważamy Japonię za kraj wyjątkowy, czyli


Gejsza i samuraj

Stanisław Meyer



Japonia nigdy nie była w oczach Zachodu normalnym krajem: była zawsze albo upośledzona, albo genialna. Albo zacofana, albo wysoko rozwinięta. Jednym słowem, zawsze „wyjątkowa” – obojętnie czy w negatywnym, czy pozytywnym znaczeniu tego słowa.



Owoc amnezji

Japończycy na Zachodzie nigdy nie byli postrzegani jako zwykli ludzie – zawsze byli „nadludźmi” lub „podludźmi”. Kiedy w czasie II wojny światowej japońskie Mitsubishi Zero kosiły brytyjskie pozycje obronne w Hongkongu, Anglicy sądzili, że za sterami samolotów muszą siedzieć niemieccy piloci, Japończycy bowiem fizycznie mieli być niezdolni do prowadzenia maszyn. Spektakularny przemarsz wojsk japońskich przez Półwysep Malajski i zajęcie Singapuru sprawiło, że alianci nabrali respektu i zaczęli postrzegać Japończyków jako twardzieli. Amerykańska propaganda ukuła wtedy mit japońskiego żołnierza – okrutnego fanatyka, który prędzej wybierze śmierć ku chwale cesarza niż niewolę. Sytuacja ta powtórzyła się wiele lat po wojnie. Amerykanie żyjący w przeświadczeniu, że Japończycy potrafią produkować tylko buble, nagle ocknęli się, gdy po kalifornijskich szosach zaczęły jeździć chmary japońskich samochodów. Naukowcy i specjaliści wszelkiej maści gremialnie rzucili się na Japonię, odgrzali trochę starych stereotypów i stworzyli mit japońskiego cudu gospodarczego – mit pracownika-samuraja, gotowego z radością umrzeć z przemęczenia za swoją firmę.
Zachód poznał Japonię stosunkowo późno i zanim zdołał ją dopasować do swego linearnego, ewolucjonistycznego modelu historii (którego istotą było to, że stawiał cywilizację i narody Zachodu ponad inne), Japonia błyskawicznie przeistoczyła się w dojrzałe, nowoczesne państwo narodowe. Chcąc nie chcąc, Zachód musiał uznać jej wyjątkowość. Klucza do jej zrozumienia doszukiwał się w wybranych, czasami przesadnie wyeksponowanych fenomenach kulturowych. Z tego powodu mamy dziś mnogość uproszczonych czy wręcz nieprawdziwych historii o Japonii.
Casus Japonii czarno na białym pokazuje, że stereotypy i uprzedzenia wobec innych kultur płyną nie tyle z naszej ignorancji, ile z amnezji: sami zapominamy, kim jesteśmy. Zachód zmitologizował Japonię, nadał jej atrybuty „wyjątkowości” i „niepowtarzalności”, ponieważ zapomniał (lub chciał zapomnieć), że sam nie jest niczym wyjątkowym i że nie istnieją żadne szczególne powody, dla których Japonia miałaby być inna od niego. 
No bo dlaczego Japonia nie mogła by konkurować na równi z mocarstwami kolonialnymi? Albo dlaczego japoński cud gospodarczy miałby się specjalnie różnić od np. niemieckiego? Nawet podczas II wojny światowej, kiedy Japonia spadła z piedestału państwa cywilizowanego i stała się dla Zachodu synonimem barbarzyństwa, właśnie owa „wyjątkowość” – te szczególne uwarunkowania kulturowo-historyczne – tłumaczyły fenomen okrucieństwa i fanatyzmu japońskich żołnierzy. Zabieg demonizowania Japonii przez Amerykanów miał jasny cel: zagrzać naród do walki i znieczulić jego psychikę. Nadając Japonii atrybuty „wyjątkowości” Amerykanie zapomnieli, że sami święci nie są i przymknęli oczy na ekscesy swoich chłopców. Okrucieństwa popełniane przez obie strony konfliktu – choć różniły się skalą, co pragnę z całą stanowczością podkreślić – miały jednak wspólny mianownik: przyzwolenie społeczne, które bynajmniej nie jest uwarunkowane „wyjątkową” tradycją.

Kult cesarza

Generał MacArthur był wielkim żołnierzem. I lubił jasne sytuacje. Kiedy po drugiej wojnie światowej zaczął demokratyzować Japonię, postarał się, aby do jego ekipy nie trafiło zbyt wiele wyedukowanych znawców Japonii, ci bowiem komplikowali mu obraz zawiłymi teoriami o kulturze i charakterze Japończyków. Otoczył się ludźmi, którymi nie targały wątpliwości, co można zaszczepić w Japonii, a czego nie. Sam dał się jednak uwieść magii cesarza Hirohito i uwierzył, że bez niego pokój w Japonii nie jest możliwy. Zadbał, aby Hirohito nie został pociągnięty do odpowiedzialności za zbrodnie wojenne ani nawet nie wystąpił w charakterze świadka na procesie. Uczynił z Procesu Tokijskiego tragifarsę, w której namawiano oskarżonych do wycofywania zeznań niefortunnie obciążających cesarza (zrobił to jednak były premier Japonii, gen. Tojo, któremu wypsnęło się stwierdzenie, że rząd wbrew woli cesarza nie podejmował żadnych decyzji). Tak więc sam Mac-Arthur uznał cesarza za „wyjątkowego”. Zdzierając zeń prerogatywy boskości, równocześnie usankcjonował jego boskość i nie pozwolił, aby spadł mu włos z głowy.
MacArthur przecenił jednak potęgę kultu cesarza. Głosy domagające się obalenia Hirohito były silne zarówno po stronie społeczeństwa, jak i w łonie rodziny cesarskiej. Amerykanie najwyraźniej przecenili siłę japońskiej propagandy wojennej. Wmówili sobie, że Japończycy faktycznie wierzą, iż są narodem wybranym, zjednoczonym wokół świętej osoby cesarza – w linii prostej potomka bogini słońca Amaterasu. Przeświadczenie to było wygodne w czasie wojny: tłumaczyło fanatyzm japońskich żołnierzy i sankcjonowało praktyki niebrania jeńców (ogarnięci psychozą Amerykanie walczyli w imię zasady „zabij lub daj się zabić” i często wybijali do nogi Japończyków, którzy wyrażali wolę poddania się). A po wojnie uratowało skórę cesarza Hirohito.
Tymczasem kult cesarza był pospiesznie sklecony i nie miał oparcia w tradycji. Cesarz przez wieki żył z dala od polityki, ukryty w zaciszu swej rezydencji w Kioto. Jego osoba była niemal nieobecna w świadomości przeciętnego zjadacza ryżu. Kult boga-cesarza został włączony w ideologię państwa dopiero pod koniec XIX wieku po Przewrocie Meiji, ale jego proces przenikania w społeczeństwo trwał lata, jeśli nie pokolenia. Szerzeniu kultu nie sprzyjał fakt, że poprzednik Hirohito, cesarz Taisho był nie w pełni władz umysłowych. W dobie kryzysu gospodarczego po pierwszej wojnie światowej dwór cesarski przeżywał spadek autorytetu, a policja walczyła z plagą społeczną, jaką było nagminne obrażanie i profanacja instytucji cesarza. Kult cesarza był fenomenem nietrwałym, osadzonym w latach 30., w dobie najsilniejszej ideologizacji i indoktrynacji narodu.

Niezdrowe emocje

MacArthur zachował otoczkę tabu wokół cesarza, przez co instytucja ta wzbudza dziś wiele niezdrowych emocji pośród krytyków Japonii. Bo to dzięki cesarzowi Japończycy mają powody do poczucia „wyjątkowości”: wszak w Japonii od ponad dwóch tysięcy lat panuje nieprzerwanie jedna rodzina cesarska, a naród japoński jest tak stary, jak sama tradycja monarchii. Cesarz dał początek narodowi, przewodził mu i żył z nim w harmonii, jak w jednej wielkiej rodzinie. Cesarz przyczynił się do utwierdzenia Japończyków w przekonaniu o ciągłości tradycji japońskiego państwa, kultury i narodu. To dlatego Japończycy wierzą, że są monolitem kulturowym i narodowym, że Japonia od zarania dziejów zamieszkana była tylko i wyłącznie przez Japończyków. To dlatego wierzą, że aby zostać Japończykiem, trzeba się nim urodzić. Nie przyjmują do wiadomości, że współczesna Japonia nie jest i nie może być etnicznym monolitem. Ajnowie, japońscy Koreańczycy i nieczyści burakumin nadal poddawani są społecznemu ostracyzmowi, a imigranci narażeni na wyszukane szykany biurokratyczne. Stąd mit japońskiego narodu, a zatem i mit japońskiej tradycji monarchistycznej, znajduje się pod ciągłym ostrzałem krytyków Japonii, którzy doszukują się w nim źródła wszelkiego zła wyrządzonego w przeszłości przez Japonię.
Ale mit „narodu homogenicznego” jest tak młody, jak powojenna Japonia. Przed wojną nie miał racji bytu, choćby dlatego, że zaprzeczał doktrynie ekspansji i asymilacji podbitych narodów. Wtedy Japończycy usilnie podkreślali swe wielonarodowe pochodzenie. „Teoria Wspólnych Korzeni Japonii i Korei” pchnęła nawet niektórych naukowców do śmiałego twierdzenia, jakoby rodzina cesarska posiadała w odległej przeszłości koreańskich przodków (twierdzenie to nie spotkało się z przychylnym odbiorem w kręgach dworskich i wśród militarystów). Powołując się na kronikę „Kojiki” Japończycy przypisali cesarzowi nadprzyrodzone właściwości asymilacji podbitych ludów. Podług legendy, pierwszy cesarz Jimmu przybył do Japonii z odległego kraju i po prostu ją podbił. Oznaczało to, że istniała możliwość zjednoczenia Azji pod egidą cesarza Japonii – nawet drogą podboju – ponieważ w taki właśnie sposób została zjednoczona Japonia.
Po wojnie, kiedy Japonia utraciła wszystkie kolonie i została okrojona do czterech „czysto” japońskich wysp, należało nadać jej nowy sens. Japończycy wymyślili sobie wtedy, że przecież zamieszkiwali Japonię od zarania dziejów i nie posiadają w historii żadnych krwawych epizodów z podbojami i przymusową asymilacją innych ludów, które też zamieszkiwały ich wyspy. Cesarz pierwotnie jednoczył naród, ale wyłącznie w sferze kulturowej i religijnej – nigdy politycznej. Kult cesarza pielęgnowany przez autorytarne rządy militarystów – twierdził znany historyk Tsuda Sokichi – był wynikiem zatrucia Japonii przez obcą jej myśl chińską. Wtórował mu Watsuji Tetsuro, który korzeni japońskiego militaryzmu doszukiwał się w spuściźnie po feudalizmie, jakże głęboko uwarunkowanym chińskim konfucjanizmem. W ten oto sposób Japończycy zrzucili winę za swoje wybryki na Chiny – ich główną ofiarę. Był to jednak tylko tryumf pokrętnej dialektyki. Tymczasem przywiązywanie zbyt dużej wagi do naprędce skleconych mitów nie wyjaśnia istoty japońskiego nacjonalizmu.

*

Ostatnie dziesięć lat recesji w japońskiej gospodarce sprawiły lekką satysfakcję Zachodowi, ponieważ pokazały, że król jest nagi, a Japonia nie taka znów „wyjątkowa”. Ale o Japonii nadal krąży wiele mitów i stereotypów, których geneza sięga lat wojennych i tużpowojennych. Japonia jest nadal piękną gejszą i fanatycznym samurajem – jednocześnie. Podziwiamy gejszę i boimy się samuraja, nad którym krąży widmo nierozliczonej przeszłości. A w cesarzu widzimy istotę japońskiej „wyjątkowości” – cokolwiek słowo „wyjątkowy” miało by tu znaczyć.

Autor jest japonistą. Ukończył orientalistykę na UJ, oraz historię na University of the Ryukyus w Japonii.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29 (2767), 21 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl