Już nie zaściankowa, jeszcze nie farmerska 

Z Krzysztofem Gorlachem, socjologiem wsi i rolnictwa, o globalizacji polskiej wsi rozmawia Anna Mateja



ANNA MATEJA: – W książce „Świat na progu domu” opisuje Pan paradoksalną mentalność polskiego rolnika. Z jednej strony jest ona zachowawcza i nie wybiegająca zbyt daleko od opłotków rodzimej wspólnoty, z drugiej chłopi są jedyną grupą społeczną od pokoleń opartą na instytucji właściciela i duchu przetrwania oraz przedsiębiorczości. Może lęk o polskich rolników w zjednoczonej Europie jest przesadny, skoro radzili sobie już w dużo trudniejszych warunkach? 
KRZYSZTOF GORLACH: – Jeśli w mediach prawie na okrągło pojawia się opinia, że „wykupią polskich chłopów” trudno dziwić się, iż sami chłopi z niepokojem patrzą na integrację. Historia naznaczyła ich specyficznym doświadczeniem: wszelkie zmiany, polityczne lub ekonomiczne, odbijały się bezpośrednio, i to prawie zawsze niekorzystnie, na kondycji ich gospodarstw rolnych i domowych. Dlaczego przy integracji miałoby być tylko dobrze? Również przed 1989 r., gdy rolnicy byli użytkownikami drobnych gospodarstw, zazwyczaj dotkliwie odczuwali efekty rozmaitych decyzji politycznych. W świadomości chłopów zakodowana jest odpowiedzialność za swój warsztat pracy. Stąd pierwszym uczuciem, jakie pojawia się wobec zmian związanych z integracją, jest niepokój. W sytuacji ciągłej o coś obawy, ducha przedsiębiorczości łatwo gasi uprzedzenie. 
– Zwycięża przekonanie, że „jak będzie coś nie tak, to skrupi się na nas”?
– Rolnicy obawiają się tych, którzy pojawią się na wsi z większym od nich kapitałem, zarówno finansowym, jak intelektualnym. Rolnik unijny prowadzi gospodarstwo jak przedsiębiorstwo, zna rachunkowość, opracowuje biznesplany. Wie, jak starać się o rozmaite dotacje i szukać pomocy ze strony państwa czy organizacji zawodowych. Polscy rolnicy, i to jedynie niewielka ich część, dopiero się tego uczą. Swoje robią też opinie o protekcjonizmie wobec rolnictwa w UE i opierające się na tym przekonanie – „jak my mamy z nimi konkurować, skoro będziemy dostawać tylko część ich dopłat bezpośrednich?”. Czy jednak rozciągnięcie nad gospodarstwami parasola Wspólnej Polityki Rolnej oznacza, że ich sytuacja jest komfortowa i wyklucza, np.: bankructwa? Nie. Dopłaty bezpośrednie to nie jedyny instrument unijnej polityki rolnej. Poza tym, wierzę w negocjacje. Nie będzie tak dobrze, jak byśmy chcieli, ale nie jesteśmy też zmuszani do przyjęcia każdych warunków. 
Unijne obawy potęgują doświadczenia związane ze zmianą systemu gospodarczego w 1990 r. W ich efekcie warstwa chłopska stała się najuboższą warstwą społeczną w III RP. Dystans naszych rolników do rolników z Francji (kraju, który ze względu na silne lobby rolnicze może być porównywany z Polską) wynosi ponad 30 lat. Polscy rolnicy osiągnęli pod koniec lat 90. poziom Francji z 1. połowy lat 60. Oczywiście właścicieli największych gospodarstw niewiele już dzieli od UE. Za to odległość dzieląca najuboższych – wiejski margines, jest dystansem dwóch światów. Opóźnienie nie dotyczy jednak wyłącznie rolników. Taki sam dystans, mierzony standardem życia, poziomem rozwoju cywilizacyjnego, wysokością dochodu osiąganego przez jednostkę, dzieli od UE całe polskie społeczeństwo.
Ale to właśnie na wsi mieszka najwięcej osób wykluczonych, tzw. underclass, którym ubóstwo nie pozwala korzystać z szans, jakie dają gospodarka wolnorynkowa i demokracja, a transformacja przebiega tam o wiele wolniej niż w innych działach gospodarki. 
– Procesy modernizacji i transformacji wsi są zaawansowane i nie zgadzam się z opinią, że polska wieś jest skansenem czy zaściankiem nie muśniętym nawet jakąkolwiek zmianą transformacyjną. Dowodem jest rozwarstwienie dawnej klasy chłopskiej, której de facto już nie ma. Jest kategoria społeczno-zawodowa nowoczesnych rolników: właścicieli lub użytkowników gospodarstw zorientowanych na produkcję rynkową – nowoczesnych farmerów, którzy, paradoksalnie, bardziej obawiają się integracji, bo są mocnej uzależnieni od jej efektów. Jest spora grupa tradycyjnych gospodarstw chłopskich, istniejących na marginesie systemu społeczno-gospodarczego, których liczba będzie malała. Naszym zadaniem jest zapewnienie ich właścicielom albo godnej starości, albo pracy poza rolnictwem. 
A co do zapóźnienia cywilizacyjnego... Badania przeprowadzone w 2000 r., w ramach programu ONZ ds. rozwoju i zamieszczone w raporcie o stanie wsi polskiej „Polska 2000. Rozwój obszarów wiejskich”, pokazują jak w latach 90. zmieniły się, i to na korzyść, wskaźniki dotyczące infrastruktury technicznej na obszarach wiejskich, czyli telefonizacji, gazyfikacji, linii wodno-kanalizacyjnych. Aby uświadomić sobie, jaka to zmiana cywilizacyjna, wystarczy porównać stan obecny z sytuacją na początku lat 90.
Zmiany cywilizacyjne pociągają za sobą zmiany systemu wartości i zachowań. Jak wieś zmienia się pod tym względem?
– Mentalność przystosowuje się do zmian materialnych dopiero po pewnym czasie. Najwcześniej zmiany mentalne udało się zauważyć w poglądach i wyobrażeniach młodzieży wiejskiej na temat tego, co opłaca się w życiu robić i typu karier zawodowych. Nie poddają się pędowi do miasta, jak było to w latach 70., i bardziej realistycznie oceniają możliwości, które istnieją w mieście. Widać za to pęd do nauki. Gdy renomowane uczelnie stają się niedostępne, dużym zainteresowaniem cieszą się prowincjonalne filie szkół wyższych, oferujące często jedynie wykształcenie licencjackie. Jeśli wiążą przyszłość z gospodarstwem rolnym, to jedynie po spełnieniu pewnych warunków. Modelem kariery jest nowoczesny rolnik – farmer żyjący na takim poziomie, jak rolnik unijny, obowiązkowo po studiach: ekonomicznych lub informatycznych. Jedynie margines badanych stwierdził, że mógłby pracować w każdym typie gospodarstwa, bo „kocha ziemię”. 
Po zachowaniach młodych najłatwiej też zauważyć, że polska wieś globalizuje się. Kiedyś rodzina chłopska była izolowana od głównego nurtu przemian społecznych. Filtrem zmian była lokalna społeczność – bariera między progiem chłopskiego domu a światem zewnętrznym. Teraz wspólnota już nie istnieje, a społeczność wiejska stała się częścią społeczeństwa globalnego. Nurt zmian płynie tuż za progiem chłopskiego domu, zmuszając jego mieszkańców do dokonywania wyborów w sprawach dyktowanych przez świat.
Jest i druga strona globalizacji: zachowania w czasie protestów. Gdy cztery lata temu rolnicy w Muszynie po raz pierwszy wysypali zboże na tory, podniosły się głosy, że była to profanacja, a ci, którzy do tego dopuścili nie mają prawa nazywać siebie rolnikami. Czy teraz kogoś to jeszcze razi?
– To był symboliczny „koniec ery chłopa”. W tradycyjnej kulturze chłopskiej zboże i chleb miały charakter sakralny – były symbolem świętości życia i pracy. Wysypywanie zboża na tory, czy wylewanie mleka na drogi, jest dowodem, że symbol otoczony sacrum globalizacja uczyniła zwykłym towarem handlowym, który ma swoją cenę. Jeśli cena nie satysfakcjonuje producenta, ma prawo towar zniszczyć. Najlepiej publicznie, dając wyraz dezaprobacie. Globalizacja doprowadziła również do tego, że nasi rolnicy „nauczyli się” od rolników unijnych, przede wszystkim francuskich, bardziej drastycznych metod walki o swoje interesy. Media pokazały im, że można zablokować traktorami Brukselę albo wypędzić stada owiec i kóz na ulice Strasburga. 
Protesty utrwalają też samoświadomość tej grupy społecznej, czego dowodem jest istnienie silnych partii politycznych odwołujących się do interesów..., no właśnie czyich: ludzi mieszkających na wsi, chłopów, farmerów? 
– Żadna z ludowych partii politycznych, jak PSL czy Samoobrona, nie reprezentuje faktycznie interesów ludzi wsi: tych, którzy żyją z kilku hektarów lub nie zajmują się rolnictwem w ogóle. A takich jest najwięcej. Duże partie walczą przede wszystkim o interesy nowoczesnych rolników – najbardziej obawiających się wejścia do UE. Ich w pierwszej kolejności dotkną niższe dopłaty bezpośrednie czy skutki wolnego obrotu ziemią, z czego partie ludowe uczyniły główny problem wejścia polskiej wsi do Unii. Oni mają szansę najwięcej na wejściu do Unii skorzystać. Albo stracić. 
Wbrew pozorom preferowaną strategią walki rolników nie są demonstracje i wysypywanie zboża, które ma zwrócić uwagę publiczną, może pozyskać jej sympatię, ale lobbying wśród polityków na szczeblu regionalnym lub w parlamencie. Wśród rolników najbardziej ekspansywnych stracił na znaczeniu solidarnościowy etos biernego oporu. Oni walczą tylko aktywnie: naciskają na polityków, publicznie i często upominają się o swoje, biorą udział w wyborach, jeśli to konieczne – protestują. W żadnym wypadku nie czekają, według reguły „jakoś to będzie”. 
– Wieś w Polsce nie zniknie, ale zmieni oblicze. Za 30-40 lat będą tam żyły obok siebie różne grupy społeczne. Wieś stanie się w większym stopniu obszarem rezydencjalnym, rekreacyjnym, produkcyjnym tylko dla nielicznych, bo rolnicy będą mniejszością. Ważniejsze od zachowania gospodarstw rodzinnych będzie czyste środowisko, niezmieniony krajobraz, lokalna kultura. 
Zapowiedź tego widać choćby w projektowanych przez Franza Fischlera – unijnego komisarza ds. rolnictwa, proekologicznych reformach polityki rolnej. 
– Właśnie. W Unii odchodzi się już od Wspólnej Polityki Rolnej, zastępując ją Wspólną Polityką Wiejską, bo na wsi nie mieszkają już tylko rolnicy. Nie zauważają tego politycy PSL i Samoobrony, traktując polską wieś jak monolit i utożsamiając ją wyłącznie z rolnictwem. A taka wieś, nawet w Polsce, już nie istnieje. Zajęci bieżącą polityką i prezentacją własnych ugrupowań jako reprezentantów polskiej wsi wobec partnerów zagranicznych i Komisji Europejskiej, nie zdają sobie sprawy, że po wejściu do Unii wiele z ich dyskusji będzie bezprzedmiotowych. Za dużo jest w ich rozmowach języka chłopsko-rolniczego: wysokość dopłat, zasady polityki rolnej, kwoty produkcyjne itp. To ważne, ale jest to wyłącznie jeden z elementów życia na wsi i wcale nie dominujący! 
Szkoda, że politycy ludowi niewiele przejmują się, np.: programem SAPARD, który mógłby nam pomóc w modernizacji wsi i ułatwić pierwsze lata w Unii. Już dawno powinni oni byli poszerzyć swój program o zagadnienia ważne dla nie-rolników mieszkających na wsi. Może jednak, w wyniku ich zaniedbania, tworzy się pole działania dla kogoś trzeciego? Może wejście do Unii przyspieszy powstanie partii, która, jak chadecy w Niemczech czy partie prawicowe w Finlandii, powołując się na tradycje ludowe stworzy program bardziej odpowiadający interesom licznych wiejskich nie-rolników. 


DR HAB. KRZYSZTOF GORLACH jest profesorem w Instytucie Socjologii UJ. Autor m.in. monografii: „Obronić ducha Ameryki: kwestia rolna i socjologia wsi we współczesnych Stanach Zjednoczonych” (1994), „Chłopi, rolnicy, przedsiębiorcy: »Kłopotliwa klasa« w Polsce postkomunistycznej” (1995), „Świat na progu domu. Rodzinne gospodarstwa rolne w Polsce w obliczu globalizacji” (Wyd. UJ, Kraków 2002). Członek zagraniczny Towarzystwa Socjologii Wsi Ameryki Północnej oraz komitetu wykonawczego Europejskiego Towarzystwa Socjologii Wsi.

 

 

 


 

Subwencje, skupy interwencyjne, dopłaty, cła, kontyngenty i inne instrumenty polityki rolnej pochłaniają ponad 45 mld euro – blisko połowę unijnego budżetu. Dzięki temu, jak wskazują wyliczenia OECD (Organizacji Współpracy i Rozwoju Gospodarczego), mleko w UE kosztuje 70 proc. więcej niż gdyby nie prowadzono chroniącej producentów polityki rolnej. Wołowina jest droższa o 221, a cukier o 94 proc. W sumie, Wspólna Polityka Rolna podraża unijną żywność o blisko 44 proc.
Czy komuś spędza to sen z powiek? Wyłącznie politykom. Rolnikom tylko wtedy, gdy planuje się choć trochę zakręcić kurek z pieniędzmi. Konsumentom, prawie wcale. Z sondażu, jaki Komisja Europejska przeprowadziła jesienią 2001 r. na próbie liczącej 16 tys. osób, wynika, że jedynie połowa znała zasady WPR i sumy wypłacane rolnikom. 
Dopłaty do produkcji rolnej nie są domeną wyłącznie Europejczyków. Ponad miesiąc temu rząd USA zdecydował, że farmerzy produkujący kukurydzę, pszenicę, bawełnę, ryż i soję w ciągu najbliższych 10 lat dostaną ponad 180 mld dotacji. W tyle nie pozostaje Japonia, podnosząca subwencje dla rolników na tyle znacząco, że jej żywność zdrożała o ponad 50 proc. Dziwactwem może wydać się polityka rolna Nowej Zelandii, która przestała otaczać rolników specjalnymi względami w 1984 r. Wbrew apokaliptycznym wizjom bankructw i rozszerzającego się ubóstwa, na licytacji znalazło się raptem 1 proc. gospodarstw, natomiast wydajność od 16 lat wzrasta rocznie o 3,9 proc.
(w całej gospodarce 0,9 proc.). Miary sukcesu niech dopełnią fakty, że na Nową Zelandię przypada 1/3 światowego wywozu produktów mlecznych i ponad połowa wywozu baraniny.
Zapowiedziane w ubiegłym tygodniu przez unijnego komisarza ds. rolnictwa – Franza Fischlera, reformy WPR nie zmierzają do powielenia modelu nowozelandzkiego. To raczej próba odchudzenia wydatków na rolnictwo, finansowanych z unijnego budżetu, przed 2004 r., kiedy przewiduje się rozszerzenie UE (oczywiście pod warunkiem, że negocjacje z państwami członkowskimi zakończą się pomyślnie do końca tego roku). Zapobiegliwość komisarza nie powinna dziwić. Po przyjęciu nowych członków obszar jej ziemi uprawnej zwiększy się o prawie 30 proc., a liczba rolników o ponad 50 proc. Tymczasem suma unijnych składek nowych członków, przynajmniej na początku, nie będzie imponująca (Polska planuje płacić jedynie 10 proc. jej wysokości).
Jedna z propozycji komisarza Fischlera przewiduje zatrzymanie
w 2004 r. dopłat rolniczych na obecnym poziomie, a później,
o 3 proc. rocznie przez 7 lat, ich obniżanie. Nowym członkom, którzy życie w Unii rozpoczynaliby od otrzymania 25 proc. dopłat, jakie dostaje obecnie unijny rolnik, a subwencje sukcesywnie by rosły. Najpierw o 5, a od 2008 r. o 10 proc. Rolnicy z obu stron Łaby „spotkaliby się” w 2011 r. Zaoszczędzone miliony euro (200 już w 2004 r.) Unia przeznaczałaby na rozwój obszarów wiejskich, dzieląc je, w zależności od potrzeb, między państwa członkowskie. Zamierza się zredukować dotacje bezpośrednie o 20 proc., wprowadzić limit 300 tys. euro dla każdego gospodarstwa (obecnie 80 proc. wszystkich subwencji otrzymuje 20 proc. rolników), a przede wszystkim (po aferze „szalonych krów”
i kurczaków z dioksynami) zwracać większą uwagę na jakość produkcji, bezpieczeństwo żywności i podwyższenie standardów ekologicznych produkcji rolnej. 
Czy Unia zreformuje WPR i jaką ustali wysokość dotacji dowiemy się, prawdopodobnie, w październiku albo na początku listopada na szczycie UE w Brukseli. AM 

Dane statystyczne przytaczane za „International Herald Tribune” z 26 czerwca 2002 (przedruk „Forum” nr 28/2002).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29 (2767), 21 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl