Spory – polemiki


Lekkomyślny czytelnik

Michał Paweł Markowski





Wytykając grzechy innym, Łukasz Tischner sam dopuszcza się grzechu wśród intelektualistów niepośledniego, jakim jest grzech zaniechania. Zaniechania lektury, zaniechania myślenia, zaniechania rzetelnej krytyki.




Tischner opublikował w „TP” (nr 28) entuzjastyczne sprawozdanie z lektury książki Marka Lilli „The Reckless Mind. Intellectuals in Politics”. Lilla jest profesorem w The Committee on Social Thought w University of Chicago, co oznacza, że należy do kręgu filozofów konserwatywnych, uczniów Leo Straussa i Izajasza Berlina, którego pisma zresztą wydawał. Poszczególne rozdziały Lilla publikował w „New York Review of Books”, co oznacza, że nie jest to książka naukowa, lecz raczej błyskotliwy esej. Gdy przeczyta się jej recenzje (można to zrobić choćby w internecie), to okaże się, że wizja świata w niej przedstawiona jest rzeczywiście sugestywna. Osobiście perswazyjność książek zwykle biorę za dobrą monetę (bo po co pisać, jeśli nie chce się kogoś do czegoś przekonać), choć mam kłopoty wówczas, gdy autor stara się ją ukryć i twierdzi – jak Lilla – że wprawdzie czuje słabość do omawianych filozofów, ale najmilsza jest mu prawda.

Strategia recenzenta

Nie będę polemizował z Lillą, gdyż nie znam książki w całości. Czytałem jedynie niektóre z jej rozdziałów, gdy ukazywały się w pierwszej wersji w „NYRB”. Będę natomiast polemizował z Łukaszem Tischnerem, gdyż uważam, że strategia recenzencka, jaką obrał, jest wyjątkowo szkodliwa. Nie interesują mnie bezpośrednio poglądy autora (choć nie ukrywam, że są mi obce), zajmuje zaś to, co robi z nimi Tischner, któremu „trudno było się oprzeć urokowi tego błyskotliwego wywodu”. Mówiąc krótko i brutalnie (przepraszam, Łukaszu): Tischner nie wie, co pisze, gdyż pisze na kolanach i nawet nie zastanawia się, czy jego sądy – poza omawianą książką – mają jakieś zaczepienie w rzeczywistości. Owszem, przeczytał recenzowaną książkę, nie przeczytał jednak książek recenzowanych przez swojego autora, co sprawia, że nadzwyczajna uciecha, jaką ma z filipiki Lilli, należy do tych przyjemności, jakie zwykliśmy czerpać z fikcji, tłumaczącej się wyłącznie urodą sprawnej narracji. 
W zakończeniu recenzji czytamy, że „»Umysł lekkomyślny« to lektura odświeżająca i pouczająca. Zwłaszcza nad Wisłą...”. Mam wrażenie, że nad Wisłą bardziej pouczająca jest lektura tekstu Łukasza Tischnera. Spieszę z wyjaśnieniami. 
Lilla wybiera sześciu filozofów – Heideggera, Benjamina, Schmitta, Kożewnikowa, Foucaulta, Derridę – by opisać ich polityczne uwikłanie, czyli zrozumieć – jak pisze Tischner – „dlaczego bardziej lub mniej wybitni intelektualiści służyli współczesnym tyranom i zaprzeczali istotnej różnicy między tyranią i wolnymi społeczeństwami Zachodu”. Nie jest to, zwłaszcza w odniesieniu do Heideggera, pomysł nowy. Heidegger był rektorem uniwersytetu w czasach nazistowskich, popełnił kilka świństw i na ten temat napisano już wszystko, co można napisać, choć za każdym razem najmniejsza wzmianka o jego faszystowskich sympatiach budzi wstrząs moralny u tych, którzy mieli „Bycie i czas” za wielkie dzieło filozoficzne. Trafnie pisał o tym Hans-Georg Gadamer, który swój artykuł o Heideggerze (zatytułowany „Powrót z Syrakuz”, co stanowi, podobnie jak u Lilli i Tischnera, aluzję do pobytu Platona u tyrana Syrakuz Dionizjosa), następująco: „Ten, kto sądzi, że można by już teraz [to znaczy po wszystkich rewelacjach dziennikarskich] odrzucić Heideggera, ten w ogóle jeszcze nie zrozumiał, jak łatwo popaść w śmieszność, gdy się go z poczuciem wyższości odrzuca”. Cytuję Gadamera dlatego, że w niewinnej na pozór recenzji Tischnera, w cieniu bezkrytycznej akceptacji dla krytyki Lilli, kryje się – nolens volens – wyższościowe odrzucenie wielkiego kawałka dwudziestowiecznej filozofii, której Tischner nie tylko nie chce zrozumieć, ale też której – jak to jasno wynika z jego tekstu – nigdy nie poznał. 
Zajmę się jedynie kilkoma akapitami, w których Tischner odnosi się do dwóch filozofów, którymi i ja się swego czasu zajmowałem – Foucaulta i Derridy. Pozostałym filozofom poświęca zresztą tylko po jednym akapicie, tym dwóm zaś aż siedem. Rozumiem, że autorowi nie chodziło o prezentację ich filozofii, ale to, co napisał, jest tak charakterystyczne, że trzeba o tym napisać. 

Foucault i Syrakuzy

O cóż chodzi? O to mianowicie, że każdy, kto przeczyta tekst Tischnera, a nie jest zawodowym filozofem, zrozumie tyle z wywodu o Foucaulcie i Derridzie, że ich antyhumanistyczna filozofia była na usługach tyranii, gdyż – jak u Foucaulta – „poddała krytyce obowiązujące w życiu społecznym sztywne dystynkcje między prawem a zbrodnią, zdrowiem i szaleństwem, porządkiem i chaosem, a wreszcie tym, co naturalne i tym, co perwersyjne”. 
W kilku akapitach Tischner niedwuznacznie (i z nieukrywaną pogardą) sugeruje, że „obsesyjne eksperymenty z transgresjami” wiązały się z tym, że wyzwolenia od represyjnej władzy Foucault szukał „w doświadczeniach obłędu i seksualnej przemocy”, nie pisząc wszelako, co miałoby to znaczyć, sugerując natomiast, że jego chore fascynacje brały się z intensywnej lektury „pisarzy w rodzaju Artauda czy Bataille’a”. Nie pisze natomiast, że Foucault od początku lat 70. protestował przeciwko wszelkim przejawom łamania praw człowieka na świecie (jak choćby wówczas, gdy na prośbę Katarzyny von Bülow interweniował w 1975 roku u generała Franco na rzecz skazanych na śmierć przez dyktatora, który w związku z tym natychmiast rozkazał wyrzucić go z Madrytu), że stawał w obronie więźniów i przejawów dyskryminowania wszelkich mniejszości (narodowych i seksualnych), że wspierał wietnamskich boat-people, uciekających spod komunistycznego reżimu, że gdy Giscard d’Estaing w 1976 roku przyjął Breżniewa, Foucault zorganizował kontrmanifestację z udziałem rosyjskich dysydentów, na której Aleksander Galicz przy akompaniamencie gitary opowiadał rosyjskie historie krążące po Gułagu, że – dlaczego o tym Tischner nie pisze? – w przeciwieństwie do rządu francuskiego protestował przeciwko wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, zbierał pieniądze dla podziemnej „Solidarności” (o czym pamięta doskonale Seweryn Blumsztajn, który widywał Foucaulta wielokrotnie nad długimi słupkami sum zbieranych dla Polaków), że przyjechał w 1982 roku do Polski z konwojem wiozącym leki i materiały poligraficzne (nie pozwolono mu wówczas na spotkanie z Wałęsą), że w 1981 protestował przeciwko aresztowaniu w Pradze Jacquesa Derridy, który – nawiasem mówiąc – uczestniczył wtedy w tajnych wykładach zorganizowanych przez praskich dysydentów i którego władze czeskie uznały za osobę niepożądaną, podrzuciły mu narkotyki do hotelu, po czym zatrzymały na 48 godzin, że protestował wielokrotnie przeciwko terroryzmowi, i tak dalej, i tak dalej. O żadnej z tych politycznych interwencji Foucaulta Tischner nie wspomina, wspomina natomiast, że przez lata „zmagał się z wewnętrznymi demonami”, przez co zapewne rozumie jego homoseksualizm, z czego niewtajemniczony czytelnik rozumie tyle, że Foucault był politycznym zboczeńcem, który zamierzał obalić zachodnią demokrację przy pomocy – jak to subtelnie wylicza Tischner – „kobiet, więźniów, homoseksualistów i pacjentów psychiatrycznych”. Nie wspomina też o gruntownych analizach systemu więziennictwa, technik marginalizacji, władzy, o tych wszystkich studiach (poważnie dyskutowanych przez największych filozofów XX wieku: Habermasa, Rorty’ego, Taylora), które bez wątpienia weszły do kanonu myśli współczesnej, bynajmniej nie jako świadectwa „podatności wybitnych umysłów na uroki tyranii” jak chce Tischner, ale wręcz odwrotnie: jako dowody przenikliwego namysłu nad mechanizmami władzy. 
Wszystko można o Foucaulcie powiedzieć: że się mylił (któż tego nie robi?), że używał wątpliwych kryteriów opisu (kto używa niewątpliwych?), ale nie to, że bywał w Syrakuzach i nie to, że był pod urokiem tyranii. Nawet przykład rewolucji w Iranie, na którą za Lillą powołuje się z upodobaniem Tischner, jest bardziej skomplikowany niż się to publicystom wydaje. To właśnie wtedy, po pobycie w Iranie, Foucault napisał, że rola intelektualisty na tym polega, że jest – w przeciwieństwie do polityka – „antystrategiczny”, czyli „czuje respekt, gdy podnosi się głos jakiejś jednostki, a staje się nieprzejednany gdy władza staje się powszechna”. Zamiast tego na przykład zdania, Tischner wolał zakończyć swoją opowiastkę o Foucault (który więcej zrobił dla uciśnionych przez rozmaite reżimy ludzi niż wszystkie współczesne katedry filozoficzne w Ameryce razem wzięte), zdaniem następującym: „Zmarł na AIDS w szpitalu, którego »represyjność« demaskował wcześniej”. Jest to klasyczny przykład zatrważającej pod piórem młodego redaktora poważnego miesięcznika manipulacji i nie pisałbym o tym wcale, gdyby nie to, że strategia ta nie jest wcale odosobniona, lecz „nad Wisłą” zdobyła już spore uznanie. Można bowiem bezkarnie pisać głupstwa, wystarczy, że pojawi się autorytet, który je usankcjonuje. W przypadku Lilli i Tischnera tym autorytetem ma być Miłosz, gdyż książka amerykańskiego konserwatysty ma być „skromnym uzupełnieniem” „Zniewolonego umysłu”.

Derrida – filozof nieludzki?

Podobnie jest z Derridą, którego Lilla przedstawia jeszcze bardziej tendencyjnie niż Foucaulta (zaznaczyć wypada, że Derrida jest filozofem szczerze znienawidzonym przez całe środowisko „New York Review of Books”), a Tischner wszystko bierze za dobrą monetę. Tu jednak strategia się zmienia. Nie można Derridzie przypisać żadnego konkretnego zarzutu politycznego, z którego wynikałaby prawda o pokusie tyranii (przykładów odwrotnych jest cała masa: od krytyki maoistycznych i marksistowskich upodobań francuskiej lewicy do poparcia dla Nelsona Mandeli i wystąpień przeciwko apartheidowi), więc na miejsce tyranii politycznej podstawia się tyranię słowa/sensu i w ten sposób Derrida staje się filozofem wojującym przeciwko sensowi (czyli – co dla czytelnika tygodnika społeczno-kulturalnego jest oczywiste – filozofem besensownym). 
Tischner wierzy, że rzeczywiście Derrida (obecnie wykładowca między innymi w New School for Social Research w Nowym Jorku) „przekonuje, by komunikację poddać neutralizacji”, z czego wynikać ma mocny zarzut, iż kiedy Paula de Mana, belgijsko-amerykańskiego literaturoznawcę oskarżono, że w młodości napisał kilka antysemickich artykułów, Derrida „stanął na głowie, by zaprzeczyć jednoznacznej wymowie wstydliwych tekstów”. Wszystko to nieprawda: de Man rzeczywiście napisał owe teksty, Derrida jednak nigdy nie zaprzeczał faktom, nigdy też nie starał się ich zatuszować, lecz próbował poddać je – znacznie subtelniejszej niż ta, którą uprawia Lilla – analizie. I tyle (znam z grubsza całą, wcale obszerną, literaturę poświęconą temu zagadnieniu). Praktyka wyroków zaocznych jest dobrze znana, więc nie muszę rekonstruować jej przesłanek. 
Właściwie zbijanie kolejnych zdań napisanych przez Tischnera na temat Derridy uważam – niestety – za stratę czasu. Tischner pisze jednak zdanie, nad którym nie sposób przejść do porządku dziennego. „[Derrida] przyznaje... że nie wiadomo, jakie pojęcia przetrwają ogniową próbę dekonstrukcji. Być może trzeba się będzie wyrzec pojęć praw człowieka, humanitaryzmu, a nawet zbrodni przeciwko ludzkości”. Ktoś, kto czyta takie zdanie, nie może mieć żadnych wątpliwości: Derrida jest filozofem nieludzkim i fakt, że chce się wyrzec na przykład pojęcia „zbrodnia przeciwko ludzkości”, świadczyć musi (tak całkiem zasadnie kombinuje inteligentny czytelnik Tischnera) o tym, że chce przykryć jakieś ciemne sprawki swoich mistrzów, na przykład Heideggera, który był nazistą. 
Oczywiście czytelnik taki nic nie musi wiedzieć o prowadzonych przez Derridę od lat seminariach o gościnności i o przebaczaniu (ze dwa lata temu „Gazeta Wyborcza” przedrukowała obszerne fragmenty wielkiej rozmowy na temat przebaczenia prowadzonej z Derridą na łamach „Le Monde’u”, gdzie Derrida powiada, że „wszyscy jesteśmy dziedzicami osób lub zdarzeń, trwale i nieusuwalnie naznaczonych piętnem zbrodni przeciwko ludzkości” i że „zbrodnia przeciwko ludzkości jest zbrodnią przeciwko temu, co w istocie żyjącej najbardziej świętego”), o seminariach prowadzonych w Nowym Jorku na temat kary śmierci, o książkach poświęconych etyce i polityce, przyjaźni i religii, z których niedwuznacznie wypływa dokładna odwrotność tego, co pisze Lilla i powtarza za nim bezmyślnie Tischner. Słowem – dobroduszny czytelnik, który tego wszystkiego nie wie, nie wie wcale, że Tischner tego też nie wie, ale przecież mu ufa, i kiedy on napisze, że książka Lilli „to lektura odświeżająca i pouczająca. Zwłaszcza nad Wisłą...”, to tak widać jest.
Otóż bynajmniej. Rozumiem polityczne i ideowe sympatie autora, ale nie rozumiem, że tak łatwo wytykając grzechy innym („Jakie grzechy ma na swym sumieniu wspomniana szóstka?”), sam dopuszcza się grzechu wśród intelektualistów niepośledniego, jakim jest grzech zaniechania. Zaniechania lektury, zaniechania myślenia, zaniechania rzetelnej krytyki, którą – gdyby chciał – znalazłby u tych, którymi pogardza, nie znalazł zaś u tego, któremu tak łatwowiernie zawierzył.

Wkrótce opublikujemy odpowiedź Łukasza Tischnera. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29 (2767), 21 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl