Konstytucja i rodowód 


MARCIN KRÓL



Coraz więcej osób i osobistości, jak prezydent Polski czy prezydent Włoch, wypowiada się za tym, by w planowanej i przygotowywanej konstytucji Europy zawarte były sformułowania wskazujące na chrześcijański rodowód Europy, na jej korzenie. I chociaż ten rodowód jest niewątpliwy, to mam kilka watpliwości, czy należy koniecznie o tym wspominać w konstytucji Europy, która wprawdzie na razie będzie miała głównie symboliczne znaczenie.
Wątpliwości te są rozmaitej natury. Po pierwsze, jeżeli już zaczynamy mówić o rodowodzie Europy, to gwoli prawdy trzeba by się odwołać do tradycji antycznej oraz judeochrześcijanskiej. Wiem, że za dużo tu tego dobrego, ale jednak jeszcze byli barbarzyńcy, Wikingowie, Goci i inni, których legendy i dzieje w symbolice oraz w kulturze europejskiej odegrały niebłahą rolę. Chyba że – w co wątpię – mówiąc o chrześcijańskich korzeniach Europy ma się na myśli korzenie religijne, a nie kulturowe. To jednak wydaje się wykluczone, bo Europa nie jest dzisiaj w całości chrześcijańska i jakakolwiek forma invocatio Dei w konstytucji europejskiej wzbudziłaby niepotrzebne, ale gwałtowne protesty.
Druga wątpliwość dotyczy dyskusji i to bardzo ostrej, jaką taka propozycja nieuchronnie wywoła. Nie mam nic przeciwko dyskusjom, o ile są prowadzone na ważne tematy i mogą coś wyjaśnić lub doprowadzić do sensownego kompromisu. W tym jednak przypadku na pewno nie będziemy mieli do czynienia z taką dyskusją, lecz w gruncie rzeczy z awanturą, a strony będą twardo stały przy swoim i debata nie doprowadzi do niczego, poza tym, że zabierze dużo czasu i uwagi, a mass media będą miały czym się zajmować. Będzie to zatem jeszcze jedna zastępcza dyskusja, jakich – w Polsce i nie tylko w Polsce – prowadzi się wiele, głównie w celu rozerwania publiczności i odwrócenia jej uwagi od naprawdę istotnych spraw. W konsekwencji dojdzie do tego, że pojawi się „kompromisowe” rozwiązanie. Na przykład w preambule do konstytucji europejskiej zostanie powiedziane, że „rodowód Europy jest rożnoraki, a między innymi chrześcijanski”. I co komu po tym?
Następna wątpliwość nie jest aż tak absurdalna, jak się może na pozór wydawać. Otóż chrześcijanski rodowód ma również Rosja czy Bułgaria, które to kraje wielu politologów i historyków (ostatnio na przykład Huntington) wyłącza z cywilizacji europejskiej czy też zachodniej. My sami nie wiemy, jak sobie z Rosją poradzić z tego punktu widzenia, a Europa wie na ten temat jeszcze mniej. Rosja nie należy przecież do Europy, chociaż jej kultura i religia mają wspólne korzenie z europejskimi. A o biednej Bułgarii nawet nie warto wspominać.
Wreszcie wątpliwość dla mnie najpoważniejsza: czy dla rzeczywiście religijnych osób takie sformułowanie jest potrzebne, czy – przeciwnie – nie jest tak, że w pewnym stopniu obraża ono ich poczucie tego, co rzeczywiście chrześcijanskie, a co nie? Przecież na upartego wszystko można podciągnąć pod tradycję chrzescijańską, nawet filozofów, którzy byli gwałtownie antychrześcijańscy. Wystarczy powiedzieć, że atakując chrześcijaństwo mimo woli je wzbogacali, czy – jakby powiedział polski Kościół – ubogacali.
Albo zatem tradycja chrześcijańska to niepoważne wszystko (i liberalizm, i socjalizm, i feminizm), ale wtedy po co do konstytucji europejskiej wpychać ogólniki, które nie mają żadnej wartości, albo korzenie chrześcijańskie to bardzo poważna sprawa, której nie warto wiązać z deklaratywną, symboliczną i pełną zapewne dobrej woli, ale także kompletnie z natury sytuacji eklektyczną przyszłą konstytucję Europy.




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29 (2767), 21 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl