Izet Sarajlić (1930–2002)


Sen o wspólnocie

Julian Kornhauser








Sarajewo 2002, 

cmentarz ofiar wojny 1992–1995




Początkiem maja tego roku odszedł niespodziewanie Izet Sarajlić, najwybitniejszy współczesny poeta bośniacki, całe życie związany z Sarajewem. W 1997 roku, będąc przez kilka dni w Sarajewie, odbyłem z nim bardzo ciepłą, nadzwyczaj przyjacielską rozmowę, choć nigdy przedtem nie zetknęliśmy się osobiście. Poeta wręczył mi ostatni swój tom, wydaną rok wcześniej „Księgę pożegnań”, z zaskakującą dedykacją: „Drogi Julianie, wracasz jutro do swojego Krakowa, niechaj z tobą powędruje i ta »Księga pożegnań« – twego przyjaciela, Izeta. 12. 4. 1997 r.”. 
Brakowało mi następnych z Nim spotkań, ale w ciągu ostatnich pięciu lat nie miałem okazji być w Sarajewie. Tymczasem pojawiła się w Polsce, w 2000 roku w serii Meridian wydawnictwa Pogranicze, piękna proza wspomnieniowa pt. „Kocham bardzo” w przekładzie Danuty Cirlić-Straszyńskiej. Zbiór ten poświęcił pisarz swej niedawno zmarłej żonie Idzie, ale obok wspaniałego portretu Muzy, książka ta przynosi klimat powojennego Sarajewa, trudny już do odtworzenia. W połączeniu z „Księgą pożegnań” zbiór „Kocham bardzo” (tytuł oryginalny brzmi V.P. – jest to skrót od Wojennej Poczty, rozszyfrowany przez żonę poety jako Volim Puno, czyli Kocham Bardzo) stanowi ogniwo cyklu o końcu Jugosławii i Sarajewa jako enklawy multietnicznej koegzystencji. Sarajlić od chwili wybuchu bośniackiej wojny nigdy już nie umiał wrócić do stanu równowagi i nieustannie żegnał się z przeszłością. 
W latach 90. przełożyłem dwadzieścia jego wierszy, które weszły w skład mojej antologii „Lament nad Sarajewem” (1996). Wydaje mi się, że odkrywałem wówczas Sarajlicia i dla siebie, i dla polskich czytelników. Był poetą na wskroś autentycznym. W tym samym czasie w małej Bibliotece Poetów Sarajewa, pod redakcją nieocenionego Krzysztofa Czyżewskiego ukazał się niewielkich rozmiarów tomik Sarajlicia pt. „Sarajewski tomik wojenny” w przekładach Danuty Cirlić-Straszyńskiej i Mariana Grześczaka. Tym samym Sarajlić po latach nieobecności w Polsce zajaśniał pełnym blaskiem, aczkolwiek w tragicznych dla siebie i Sarajewa okolicznościach. 
Sarajlić, autor kilkunastu tomów poetyckich i kilku książek prozatorskich, wielbiciel polskiej poezji, zwłaszcza Gałczyńskiego i Tuwima, znany był szeroko w świecie. Pisał poezję, będącą „manifestem miłości”, jak to nazwał któryś z bośniackich krytyków. Wszystko się zmieniło w wyniku ostatniej wojny na Bałkanach. Miłość i entuzjazm wobec życia zastąpiła gorycz, nieutulony żal za dawną Jugosławią. W końcu zawsze uważał się za poetę jugosłowiańskiego, bez jednoznacznej przynależności etnicznej. Nic też dziwnego, że poczuł się niepewny i zagrożony w latach 90., kiedy w Bośni i Hercegowinie trzeba było się zadeklarować narodowościowo. O tym rozdarciu mówią jego ostatnie utwory. 
Nie ma już Sarajlicia i skończył się sarajewski sen o niezagrożonej wspólnocie. Ale teraz czytam Jego wiersze uważniej, z poczuciem jakiejś wspólnej klęski. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29 (2767), 21 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl