Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Raport o Jedwabnem: krok ku innej historii

Wojciech Pięciak Kadafi, „afrykański Monnet”

Mateusz Flak Japoński cesarz i polskie media


 

 




  
Raport o Jedwabnem: krok ku innej historii 

Ustalenia śledztwa Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie Jedwabnego nie 
zaskakują. Nie zaskakuje również, że nie udało się wyjaśnić wszystkich detali tego mordu – minęło wszak tyle lat. Nie zaskakuje, że nieprzekonani pozostali nie przekonanymi (przykładowo: „Nasz Dziennik” skwitował pracę IPN tytułem „Niepoważne śledztwo” i zasugerował, że służy ono kolejnej „nagonce na Polaków”). Nie zaskakuje, że pojawiły się żądania doprecyzowania treści napisu na pomniku zamordowanych, choć niektórzy twierdzą, że w imię wrażliwości i taktyki nie powinny być one zgłoszone tak szybko po szoku, jakim dla niektórych Polaków mogło być ustalenie, że to ich rodacy – a nie nazistowscy okupanci – odegrali decydującą rolę w pogromie. 
Bo sprawa Jedwabnego jest dla Polaków wstrząsem – nie tylko ze względu na swą drastyczność, ale i dlatego, że była ciosem w lansowaną przez lata idealistyczną wizję narodowych dziejów. Narodowa historiografia, szkoła, media, Kościół, przekazy rodzinne – wszystkie te źródła kultywowania społecznej pamięci długo unikały (poza nielicznymi wyjątkami) podejmowania trudnych tematów w rodzaju skali kolaboracji z władzami zaborczymi i okupacyjnymi, napięć katolicko-żydowskich, zakresu oporu i uczestnictwa w PRL itp. Przyczyny tej tendencji były różne – za komunizmu, na przykład, znaczenie miały zarówno cenzura i brak źródeł, jak przekonanie o konieczności wzmacniania „narodowej substancji” w obliczu presji systemu. Tyle że skutkiem okazała się wypaczona świadomość historyczna większości społeczeństwa.
Niektórzy – także poważni – historycy i publicyści dalej chcą jednak mówić o historii Polski wyłącznie przez pryzmat Westerplatte, a nie Jedwabnego (by odwołać się do haseł dyskusji prowadzonej przed paru miesiącami w „Rzeczpospolitej”) albo – by wziąć inny przykład – opozycyjnego kombatanctwa, a nie wszystkich wymiarów PRL-owskiej rzeczywistości. Tymczasem szczęśliwie cenzury już nie ma, a archiwa zostały już w sporej mierze otwarte. Pomysł tuszowania ciemnych stron historii ze względu na niedojrzałość społeczeństwa – bo i taki argument się pojawił – może mieć tylko jeden skutek: kolejne gwałtownie obalone mity i tym boleśniejsze mentalne wstrząsy. 
Tymczasem – czego dowodzi napisany precyzyjnym prawniczym językiem i wyprany z emocji raport prok. Ignatiewa z pionu śledczego IPN – nawet o tak bolesnych sprawach, jak udział Polaków w pogromach, da się mówić w sposób rzeczowy, uwzględniający proporcje i prezentujący całą złożoność narodowych dziejów. 

 
Krzysztof Burnetko








Kadafi, „afrykański Monnet”


Pokazy wojskowe, zespoły folklorystyczne i dramatyczny apel libijskiego dyktatora pułkownika Kadafiego do „braci i sióstr” Afrykanów, by nie dali się nigdy więcej zniewolić – w tak urozmaiconej oprawie rodziła się w minionym tygodniu w południowoafrykańskim Durbanie Unia Afrykańska (UA), zrzeszająca niemal wszystkie państwa Afryki (poza Marokiem i Madagaskarem). Ambicje 53 członków Unii, spadkobierczyni rozwiązanej równocześnie Organizacji Jedności Afrykańskiej – istniejącej od 1963 r., kompletnie bezsilnej i zwanej „klubem dyktatorów” – są wielkie. Właściwie UA ma być kopią Unii Europejskiej: oparta na ideach „pokoju i demokracji” oraz „rozwoju gospodarczego”, ma mieć identyczne struktury: Parlament Afrykański, Radę głów państw, Komisję, Trybunał Afrykański, Radę Bezpieczeństwa i korpus wojskowy, który mógłby interweniować, gdy dokonywane jest ludobójstwo. 
Tyle teorii. W istocie UA nie będzie „afrykańską” UE. Nie tylko dlatego, że postawiono na głowie logikę procesów międzynarodowej integracji. Instytucje europejskie formalizowały istniejące już więzi polityczne i gospodarcze, gdy w Durbanie integracja została zarządzona odgórnie: stworzono ramy instytucji, które nie wiadomo co ma wypełnić. A nie wiadomo, bo do UA przystąpić mógł każdy, bez żadnych warunków i powstała polityczno-gospodarcza mieszanka: kraje reformujące się, jak RPA, sąsiadują z satrapiami. W dokumentach założycielskich musiało znaleźć się też stwierdzenie – ku satysfakcji starych dyktatorów (z Zimbabwe, Konga czy Libii) – iż UA szanuje suwerenność swych członków. 
Póki co wszystko wskazuje więc, że jedno forum dyskusyjne (OJA) zostało zastąpione przez inne, które tylko na papierze jest odpowiedzią Afryki na cywilizacyjne wyzwanie (globalizacja) i na plagi trapiące kontynent. A zdaniem niektórych politologów przeżywa on najgorszy okres w swej historii. Jakby w ciągu dekad Afryce dane było przeżywać to, przez co Europa przechodziła w ciągu wieków: epidemie (AIDS i inne choroby zabijają rocznie miliony, niszcząc jak kiedyś dżuma w Europie struktury społeczne), permanentny stan zawieszenia między wojną a pokojem (afrykańska „wojna 30-letnia”), przymusowe migracje, kształtowanie się nowych państw i granic w sposób, który Bismarck nazywał „wykuwaniem się narodów krwią i żelazem”; dziś mówi się o „nation-building-wars”: to m.in. Somalia, Kongo, Sudan. 
Znamienne: Unia Afrykańska nigdy by nie powstała, gdyby nie jeden człowiek. To pułkownik Kadafi sfinansował petrodolarami prace nad przekształceniem OJA w UA. Intencja sponsora była jasna: izolowany i obłożony sankcjami ONZ, kupił sobie poparcie. Jeden z czołowych urzędników OJA porównał potem Kadafiego z Jeanem Monnetem, jednym z „ojców chrzestnych” zjednoczonej Europy. I mówił to poważnie.

 
Wojciech Pięciak









Japoński cesarz i polskie media

Dla wielu Polaków ubiegłotygodniowa wizyta japońskiej pary cesarskiej będzie się kojarzyć jedynie z frywolną sukienką pani premierowej i faux pas, jakie swą „kreacją” popełniła. Swoje zrobiły tu media, które nie poradziły sobie z obsługą wydarzenia i nie potrafiły nadać mu odpowiedniej rangi. Niecodzienna sytuacja – w końcu japoński cesarz oficjalnie odwiedza każdy kraj tylko raz – przerosła je tak samo, jak żonę Leszka Millera. 
Informacje, jakie serwowano, były w większości zdawkowe, jednostronne i, co chyba najgorsze, protekcjonalne wobec gości. Prawie każdy reporter poczuł się w obowiązku wygłosić formułkę typu: przyjeżdża do nas cesarz, który kiedyś był bóstwem, ale Amerykanie mu tego zakazali i teraz nie może nawet palcem kiwnąć, ani przecinka zmienić. A na dodatek jest wyraźnie przeczulony na swoim punkcie, bo nie można go dotknąć. Każdy dodawał też, że „wizyta ma charakter jedynie ceremonialny i niewiele od niej zależy”. Po tym następowała krótka historia japońskiego nacjonalizmu i garść plotek z życia dworu. Ciekawe, że w podobnym tonie wypowiadali się niektórzy dostojnicy, którzy zapowiadali np., że jako pierwsi podadzą rękę cesarzowi wbrew wymogom dworskiej etykiety. Niech nasz gość wie, jakie w Polsce panują zwyczaje. 
Tymczasem – wbrew obiegowej opinii – ta wizyta miała znaczenie choćby dlatego, że Polskę pokazywała w swoich relacjach setka dziennikarzy z Japonii. Dla kilku zaś instytucji, które stały się przystankami w cesarskiej podróży (Centrum „Manggha” w Krakowie, warszawska japonistyka) były to odwiedziny przełomowe i kto wie, czy nie najważniejsze w ich dziejach. Wszyscy ci, którzy umieli się znaleźć – para prezydencka, organizatorzy wizyty, a przede wszystkim tłumy na warszawskiej Starówce i krakowskim Rynku, które owacyjnie witały gości – mieli poczucie, że uczestniczą w wydarzeniu nie tyle egzotycznym, co ciekawym i ważnym. Jeśli okaże się ono owocne, to nie dlatego, że dowiedzieliśmy się, iż cesarzowi nie podaje się pierwszemu ręki, ale dlatego, że Japończycy mogli zobaczyć nasz kraj i być może się nim zainteresowali. Chodziło zatem nie tylko o prestiż i ceremonię, ale o pozyskanie sympatii i tego, co z niej płynie (inwestycje, pomoc finansowa i wymiana kulturalna). Kto skorzystał, to jego. Kto zadowolił się okładką z pilotem-kamikadze i tytułem „Ludzie, cesarz do was przyjechał!” – jego problem. 


Mateusz Flak 






 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29 (2767), 21 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl