Ojczyzna Ghurki Haariego wyprzedza resztę świata

Artur Klimaszewski z Katmandu (Nepal)



Stan wyjątkowy trwa już ponad pół roku, niedawno przedłużono go o kolejne trzy miesiące. Wiele regionów kontroluje lewacka guerilla. Kraj jest formalnie niezależny, ale nie jest tajemnicą, jak wielkimi wpływami dysponują tu światowe potęgi. Myli się ten, kto sądzi, że to opis państewka w Ameryce Łacińskiej sprzed kilkunastu lat. To rzeczywistość zagubionego w górach himalajskiego królestwa: Nepalu. 



Mahandranagar to najdalej na zachód wysunięte przejście graniczne Nepalu. Tu zaczyna się duma kraju: Mahendra Highway. Autostrada z nazwy, raczej dwupasmówka, ciągnąca się aż do wschodniej granicy. Podróż do stolicy Katmandu zwykle zajmuje 10 godzin. 
Szósta rano. Uprzedzony o niesamowitej ilości kontroli, kupuję pudełko zapałek: 50 sztuk. Przy każdej kontroli będę wyrzucać jedną; w ten sposób dokładnie określę ich liczbę. Pasażerowie spoglądają życzliwie, zagadują. Rzadko spotykają Europejczyka w tej objętej wojną domową części kraju. Za oknem wsie, domy z gliny i słomy, na zalanych wodą tarasach mężczyźni idą za drewnianymi pługami, ciągniętymi przez woły; bose dzieci biegną ze szkoły. 
Nagle autobus zatrzymuje się. Kontrola, wyrzucam pierwszą zapałkę. Wszyscy muszą wysiąść z bagażem. Ustawiamy się w ogonku i maszerujemy do oddalonego o 50 metrów punktu kontrolnego. Przy stole dwóch oficerów. Trzeba podejść, pokazać zawartość torby i dokumenty. Pasażerowie nie wyglądają na przejętych, nawet się uśmiechają. Ale żołnierze nerwowo spoglądają w gąszcz dżungli. 
Kontrola skończona. Ludzie w pośpiechu dopinają walizki, maszerują kolejne 50 metrów, na drugi koniec blokady, gdzie czeka autobus. Jedziemy dalej.
Po kilku kilometrach znów kontrola: zalane betonem, zardzewiałe beczki ustawione w poprzek drogi. Wyrzucam zapałkę. Tym razem osobną kontrolę przygotowano dla kobiet: panie w mundurach przerzucają bieliznę i rzeczy osobiste pasażerek. Przy trzeciej kontroli (zapałka!) sprawa jest poważniejsza. Żołnierze porównują twarze ze zdjęciami, kartkują książki i notesy. Znajdują przewodnik, gdzie na planie Katmandu zaznaczyłem ważne miejsca. Żołnierz przewraca kartki, woła oficera. Ten pyta, co znaczą te punkty na mapie. Mówię, że to hotele. Współpasażerowie tłumaczą potem, że żołnierze szukali maoistów, którzy chcą przedostać się do doliny Katmandu. 
Rytuał powtarza się co kilka kilometrów. Wieczorem, już na rogatkach stolicy, po ponad 16 godzinach podróży i w strugach monsunowego deszczu, przechodzę ostatnią kontrolę. I ostatnią zapałką zapalam papierosa.

„Nepalski Sajgon”

Katmandu ze swym sercem, Thamelem, jest miastem kosmopolitycznym. To kosmopolityzm bliski dekadencji: z licznych barów słychać stare przeboje „The Doors” i Jamesa Browna. Co chwila zaczepiają mnie mężczyźni: „Marihuana, haszysz, opium, my friend?” – to inna melodia miasta. Tak musiał wyglądać Sajgon tuż przed ucieczką Amerykanów.
Sytuacja polityczna Nepalu od miesięcy się komplikuje. Stan wyjątkowy trwa dopiero od listopada 2001, kiedy to maoiści zerwali rozmowy pokojowe i zmasakrowali garnizon w mieście Ghorahi. Dopiero, gdyż wojna domowa między partyzantami a rządem trwa od lat sześciu. Do jesieni konflikt przebiegał jednak względnie spokojnie – na ile wojna domowa może być spokojna... – i dopiero teraz walki przybrały charakter gwałtowny, wręcz okrutny.
Od wprowadzenia demokracji – dopiero w 1990 r. – krajem rządzi Kongres Nepalski (Nepali Congress), partia mająca największe tradycje, która przed 1990 r. przez dziesięciolecia musiała działać nielegalnie i na emigracji w Indiach, zwalczając monarchię absolutną. Kongres ma dziś w parlamencie absolutną większość. Jednak demokracja przeżywa kryzys. Żaden z rządów nie dotrwał do terminowych wyborów. Najbliższe zaplanowano na listopad, ale już są wątpliwości, czy głosowanie będzie uczciwe, bo w regionach, gdzie toczą się walki, przeprowadzenie głosowania może być niemożliwe. 
Sytuację komplikują też spory wewnątrz Kongresu: premier Sher Bahadur Deuba został w maju wykluczony z partii przez jej przywódcę Giriję Prasada Koiralę, polityka starszej generacji, którego starszy brat zakładał Kongres w 1950 r. Deuba zwrócił się bowiem do króla Gyarendry o przedłużenie stanu wyjątkowego o trzy miesiące, mimo że partia zakazała mu tego – a król przychylił się do prośby premiera. Konflikt między Koiralą a Deubą to nie tylko spór pokoleniowo-polityczny: premier jako pierwszy odważył się wystąpić przeciw Koirali, który słynie nie tylko z tradycji rodzinnych, ale także z nepotyzmu; wiele stanowisk w partii i państwie udało mu się obsadzić członkami swojej rodziny. Deubę popiera król i armia, stołeczne elity – i Stany Zjednoczone, które po 11 września odgrywają tutaj coraz większą rolę, wspomagając nepalski rząd militarnie. W końcu, używając języka prezydenta Busha, Katmandu prowadzi wojnę z terrorem. Ostatnio pojawiły się nawet doniesienia, że z nepalskimi maoistami współpracuje Al-Kaida bin Ladena – choć trudno ocenić, ile w tym prawdy, a ile rządowej propagandy. 
Na nepalskiej demokracji ciąży jeszcze jeden cień: niedawno minęła pierwsza rocznica masakry w rodzinie królewskiej. Oficjalna wersja głosi, że to odurzony narkotykami i alkoholem książę Dipendra zastrzelił rodziców, gdy ci nie zgodzili się na jego mezalians. Ale większość Nepalczyków snuje fantastyczne przypuszczenia: od spisku zagranicznego po inspirację obecnego władcy. Zabity król Birendra nie tylko wprowadził monarchię konstytucyjną, ale był popularny, odwiedzał odległe regiony, przywożąc pomoc i rozmawiając z poddanymi. A że Nepal jest jedynym na świecie oficjalnym państwem hinduistycznym i wielu uważa króla za wcielenie boga Wisznu, brak wiarygodnego wyjaśnienia zabójstwa pozostaje tematem plotek i argumentem w rozgrywkach politycznych. 
Rok po zabójstwie pałac królewski w Katmandu przypomina fortecę: kilkumetrowy mur, karabiny maszynowe, warta w mundurach nepalskich Ghurków. Obowiązuje zakaz chodzenia wzdłuż murów, o czym przypominają grzecznie, acz stanowczo żołnierze. 

Puskar nie wróci

Puskar pracuje jako barman w barze Thamelu, choć nie ma na to ochoty. Dzięki pomocy krewnych z zagranicy udało mu się skończyć studia ekonomiczne i właśnie miał wrócić do rodzinnej wsi w prowincji Rukum. Ale kilka dni przed wyjazdem zadzwoniła matka, prosząc, by został w stolicy, póki nie będzie bezpiecznie. Co oznacza, że Puskar długo nie zobaczy rodziny: Rukum to ostoja maoistów. Tam właśnie w końcu maja – w miejscowości Khara, 400 km na zachód od Katmandu – doszło do największej bitwy z partyzantami: kilka godzin po tym, jak król przedłużył stan wyjątkowy, maoiści uderzyli na obóz wojskowy. Początkowy bilans – 152 martwych maoistów i pięciu żołnierzy – wzrósł do ponad dwustu ofiar, bo guerilla wynosi swoich zabitych, by dla utrudnienia identyfikacji porzucać ich w dżungli, często z odciętymi głowami. 
Partyzanci przeprowadzają w wioskach przymusową rekrutację lub ściągają podatek z już ubogich chłopów: „Matka mówiła, że z mojej wsi zabrali trzech i pytali też o mnie” – mówi Puskar. Nie zawsze tak było: „Kiedyś większość wioski popierała Maobaadi (partyzantów). Oni chcieli coś zmienić. Nasza klasa polityczna jest skorumpowana jak nigdzie na świecie. Na studiach robiliśmy projekty wykorzystania funduszy pomocowych z zagranicy. Była mowa o milionach dolarów. Jednak te pieniądze zniknęły. W naszym regionie Maobaadi nie dawali zapomnieć urzędnikom, komu służą. Wszystko się popsuło, gdy ogłosili ich terrorystami. Teraz i oni są przeciw zwykłym ludziom”.
Czy rzeczywiście przyczyną takiej radykalizacji było dopiero ogłoszenie maoistów „terrorystami”? Tylko pozornie wojna ta wydaje się kontynuacją ideologicznego konfliktu, który jeszcze kilkanaście lat temu toczył się w Azji i Ameryce Łacińskiej: partyzanci z maoistowskiej United Peoples Front Nepal prowadzą wprawdzie – jak twierdzi Baburam Bhattarai, główny ideolog UPFN – powstanie ludu przeciw „klasie kapitalistyczno-feudalnej”, ale tłem konfliktu jest, obok ideologii i wpływów zewnętrznych, także sytuacja społeczna tego biednego kraju, w którym co drugi (a wedle niektórych danych nawet 75 proc.) z 22 mln mieszkańców to analfabeta, społeczeństwo zaś funkcjonuje nadal w oparciu o system kastowy. Wprawdzie od 1963 r. dyskryminacja z powodu przynależności do kasty jest zakazana, ale w praktyce przejście do wyższej kasty jest trudne. Najbardziej jaskrawym tego przykładem są Badis: w tej 60-
-tysięcznej kaście kobiety tradycyjnie skazane są na zawód prostytutek. 
Socjolog powiedziałby może, że Nepal jest dziś przykładem nieudanej modernizacji społeczno-politycznej. Ale, z drugiej strony, wprowadzając stan wyjątkowy rząd – zamiast myśleć nad reformami społecznymi – postawił sprawę na ostrzu noża. Korzystając z hasła „wojny z terrorem”, premier pojechał do USA i Wielkiej Brytanii z prośbą o wsparcie. Waszyngton obiecał 20 mln dolarów. W Nepalu pojawili się amerykańscy doradcy oraz oficerowie brytyjscy i indyjscy; rząd w Delhi przekazał też sprzęt wojskowy. 
Puskar uśmiecha się: „Ciekawe, gdzie tym razem podzieje się te 20 milionów?”. Rozmawialibyśmy dłużej, ale minęła 22.30 i przed barem zatrzymuje się wojskowy dżip. Żołnierze przypominają o porze zamknięcia knajpki; element stanu wyjątkowego.

„Mao? To nadużycie”

Organizacje humanitarne biją na alarm. Maoiści zabijają także urzędników i nauczycieli, niszczą infrastrukturę. Ale i rząd daje wojsku niemal „wolną rękę”, choć zachodnie prowincje są zamknięte i docierają stamtąd skąpe informacje, wielu komentatorów nazywa je „tarasami śmierci”, przez analogię do kambodżańskich „pól śmierci” (na tarasach Nepalczycy uprawiają głównie ryż). Armia i policja – razem 20 tys. ludzi – są słabo wyszkolone, niemal pozbawione wywiadu (tu mają pomóc Amerykanie), więc często torturują jeńców i cywili, aby zdobyć informacje. 
Stan wyjątkowy kusi też do nadużyć. W ciągu jednej nocy prasa – cenzurowana i ograniczana – przestała pisać o „maoistach”, zastępując ten termin na polecenie władz „terrorystami”. W Nepalu, gdzie oficjalnie nie ma kary śmierci, wyznaczono nagrody za głowy partyzantów: 5 mln rupii (ok. 300 tys. zł) za liderów, połowę za pomniejszych komendantów. Nepalski komentator pisze: „Teraz możesz bezkarnie przynieść głowę maoisty i odejść z pieniędzmi w tej samej torbie”. Nieoficjalnie mówi się, że armia nie bierze jeńców. Faktycznie, w ciągu miesięcy do niewoli trafiło raptem 60 rannych Maobaadi. W sumie zginęło już trzy tysiące partyzantów oraz kilkuset żołnierzy i policjantów.
Najbardziej cierpią, jak zawsze, cywile. Zdarza się, że schodząc z gór do lekarza lub na targ, wieśniacy są bici i aresztowani tylko dlatego, że ich wioska leży w regionie działań guerilli. Wojsko stosuje zasadę „kto nie z nami, ten przeciw nam”, pacyfikując regiony, gdzie nie ma poparcia ludności. Doniesienia prasy (mimo że cenzurowanej: nepalscy publicyści odpowiadali niedawno na ankietę o przestrzeganiu praw człowieka: „Czy sytuacja praw człowieka w Nepalu jest: a) bardzo zła, b) nie tak zła, jak mogłaby być, c) nie wiem”; wszyscy wybrali odpowiedź „a”...) potwierdzają tę tezę: w kwietniu czterej partyzanci schronili się wśród rybaków, żołnierze zabili ich wszystkich. W maju w jednej z wiosek pojawiają się przebrani za maoistów żołnierze. „Lal salaam, comrade” – wykrzykują maoistowskie pozdrowienie. Tych, którzy odpowiedzieli, rozstrzelano w pobliskim lesie. Po tej masakrze w odległym Katmandu premier obiecał „wszcząć postępowania wyjaśniające”...
Wsparcie z zagranicy dostaje nie tylko rząd: ma je także partia maoistowska jako członek CCOMPOSA (konfederacji komunistycznych i maoistowskich organizacji południowej Azji). Podobno wielu partyzantów szkoliło się w obozach na północy Indii, organizowanych przez ich hinduskich sympatyków – w odpowiedzi na te informacje rząd w Delhi przeprowadził aresztowania wśród rodzimych maoistów. A ambasador Chin udzielił „pełnego poparcia legalnemu rządowi Nepalu w walce z terroryzmem”, zaznaczając, że działania tutejszych maoistów „nie mają nic wspólnego z nauczaniem przewodniczącego Mao i powoływanie się na niego jest nadużyciem”.

Haari listy pisze

Haari ma 58 lat. Przez 17 lat służył w brytyjskich oddziałach Ghurków. Przez kilka lat był znanym działaczem w swoim dystrykcie, w regionie Annapurny. Jako twardy człowiek gór, ma niewyparzony język. Zapłacił za to postrzeleniem. Trzech jego współpracowników zamordowali „nieznani sprawcy”. 
Ale od początku. „Chciałem coś zmienić w tym kraju – wspomina. – Jako żołnierz zwiedziłem 14 państw i zapisałem 14 grubych zeszytów o każdym z nich. Patrzyłem, jak ludzie żyją i myślałem: dlaczego nie wprowadzić tych dobrych rzeczy u nas?”. Po powrocie Haari wybudował na wzgórzu w rodzinnej wsi wieżę, z której rozpościera się widok na masyw Annapurny. Zrobił zdjęcia, przesłał je znajomym z całego świata, zapraszając ich do swojej wsi. I ludzie zaczęli przyjeżdżać. 
Trudno uwierzyć, że ta miejscowość była kiedyś zwyczajną nepalską wioską. Dziś większość budynków to hoteliki i herbaciarnie dla turystów. Rozmawiamy w hoteliku, który Haari zbudował za pieniądze zaoszczędzone z żołdu. Teraz interes nie idzie dobrze: od wybuchu rebelii liczba turystów spadła o 60–70 proc. 
Problemy Haariego rozpoczęły się jednak, gdy zaangażował się w politykę. „Któregoś dnia zjawili się dwaj inżynierowie, przysłani przez amerykańską organizację – opowiada. – Młodzi, chętni, mieli fundusze. Wybudowali nam szkołę oraz kilka drogich, pięknych budynków. Mówiłem im, że to nie tak, ale w końcu to oni byli inżynierami. Ale to ja miałem rację. Dwa lata później budynki popłynęły rzeką w porze monsunu”.
Haari napisał więc do Amerykanów. Odpowiedzieli, że tym razem przyślą pieniądze, a wieś samodzielnie je spożytkuje. Ale pieniądze nie przychodziły. W końcu Haari napisał, pytając, co się stało. Odpowiedzieli, że pieniądze wysłali do Katmandu; dostali nawet pismo z podziękowaniem i opisem inwestycji w wiosce. „Nigdy tego nie róbcie! – zapala się Haari. – Nie wysyłajcie pieniędzy do Katmandu, bo rozkradną je po drodze”. 
Napisał o tym wszystkim Amerykanom. Miesiąc później ktoś do niego strzelił: Haari, choć dostał sześć kul, przeżył. 

Nepal, rok 2059

Kiedy Haari mówi o Nepalu, nie kryje wzruszenia. Szczerze kocha ten kraj. „Nasz główny problem, to położenie między Indiami a Chinami – dowodzi. – Oba kraje rozgrywają tu swój mecz. Wszystkie pieniądze wypływają do Indii, bo sprowadzamy stamtąd nawet igły. Nie jesteśmy dla nich partnerem. A nasi skorumpowani politycy najchętniej sprzedaliby nas Indiom”. 
Rzeczywiście, w Nepalu większość towarów to import z Indii. „To trzeba zmienić – tłumaczy Haari. – Jeśli Europa chce nam pomóc, niech nie przysyła pieniędzy, ale inżynierów, lekarzy, nauczycieli. Czy wiesz, że w górach są wsie, gdzie nigdy nie widzieli białego człowieka, ani nie wiedzą, gdzie jest Katmandu? Kwitnie korupcja, marnie jest z edukacją. Z naszej wsi do szkoły idzie się pięć godzin w jedną stronę. Wiele dzieci nie chodzi w ogóle, bo pracuje w polu. Czy takich ludzi trudno przyciągnąć do maoistów wizją lepszego jutra? A w Katmandu tylko się kłócą i debatują, skąd wyciągnąć pieniądze” – głos Haariego załamuje się, do oczu napływają łzy.
Ale zamiast płakać, Haari wybucha nerwowym śmiechem: „Do mnie też przychodzili maoiści i mówili: Haari, ty chcesz działać, przyłącz się. Wiesz, co odpowiedziałem? Jeżeli wezmą moją rękę i rękę innego człowieka i natną je, a jego krew popłynie w przeciwną stronę niż moja, będę walczyć. Dla mnie człowiek jest człowiekiem, i to jest najważniejsze. Mój kraj potrzebuje nie przemocy, ale rozwoju”.
W Nepalu jest teraz, według tutejszego kalendarza, rok 2059. Nepal wyprzedza więc resztę świata o 57 lat. W rzeczywistości – jest setki lat w tyle. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29 (2767), 21 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl