Do Madonny

Fryderyk Hölderlin




Wielem cierpiał nad Tobą
I Twoim synem, Madonno,
Odkąd w słodkiej młodości
Usłyszałem był o nim;
Albowiem nie tylko prorok,
Ale i ci, co służą,
Podlegają Losowi. A zatem skoro i ja –

I wiele pieśni, które
Pragnąłem był zaśpiewać
Na cześć Najwyższego, Ojca,
Zaprzepaścił mi smutek.

Ciebie jednak, Niebiańska, będę sławił
I nikt
Niechaj mi nie wyrzuca
Piękna ojczystej mowy,
Gdy tak sam idę polem,
Bez lęku, kędy dziko
Rośnie lilia, do lasu,
Pod jego niedosiężne
A prastare sklepienie
Zachód –

i zamiast innej boskości
Władała ludźmi Miłość,
Która wszystko wybacza.

Bo miało się wtedy zacząć –

Owoc żywota Twojego,
Boski chłopiec, a przy nim
Syn Twojej przyjaciółki,
Któremu niemy ojciec
Dał imię Jan, i który
Był śmiały i miał moc:
Dar mowy,
Wyjaśniania –

I trwogi ludu,
I gromu,
I szybko rwących wód Pana.

Albowiem prawa są dobre,
Lecz gdy ostrzy je w gniewie prosty człowiek lub król,
Sieką jak zęby smoka i zabijają życie.
Ale wybrańcom Boga dany jest spokój ducha.
I z nim też potem zginęli.
Ci dwaj, a i ty także
Tak na ich śmierć patrzyłaś, bosko smutna w wielkości
I mocy Twojej duszy.
I właśnie przez to mieszkasz –

i kiedy w świętą Noc
Myślimy o przyszłości
I troszczymy się o tych,
Co śpią beztroskim snem,
O dzieci ledwo rozkwitłe,
Przybywasz uśmiechnięta i pytasz, co nas trwoży
W granicach Jej królestwa.

Bo obca Ci jest zazdrość
O owe wschodzące dni;
Ty się odwiecznie radujesz,
Gdy syn przerasta matkę.
I nie podoba Ci się, gdy, spoglądając wstecz,
Starszy wyszydza młodszego.
Któż nie wspomina z ochotą
Umiłowanych ojców
I nie sławi ich czynów –

po tym zuchwalstwie jednak,
Kiedy to niewdzięcznicy
Wywoływali zgorszenie,
Nazbyt skwapliwie spoziera
Ku –
I obawy przed czynem
Wieczne wyrzuty sumienia, i wrogość starych
do dzieci.

Ochraniaj je tedy, Pani,
Chroń te kruche rośliny;
A gdy północny wiatr wieje
Lub spada trujący deszcz,
Lub susza zbyt długo panuje,
Albo gdy w porze kwitnienia
Ścina je ostra kosa,
Spraw, by się odrodziły.
I nie dopuść do tego,
By moc w delikatnych gałęziach,
Nieustająca w tworzeniu na rozmaite sposoby,
Roztrwoniła potomstwo;
Niech będzie ono silne
I z wielu wybiera najlepszych.

Zło, koniec końców, jest niczym.
Niechaj to kto uchwyci,
Jak orzeł chwyta zdobycz.
A potem inni, aby
Nie kłopotali karmiącej,
Która zrodziła Dzień:
Aby, lgnąc niepoprawnie
Do rodzinnego domu
I kpiąc sobie z krwawicy,
Nie siedzieli bez końca u matki na kolanach.
Ponieważ wielki jest ten,
Po którym dziedziczą bogactwo. Ów –

Trzeba im nade wszystko dbać o dziką naturę,
Uformowaną przez bogów mocą czystego prawa,
Którą boskie potomstwo otrzymało w posagu
I może się nią cieszyć, wędrując pod skałami,
Po polach kwitnących czerwono
I obok ciemnych źródeł;
Z myślą o Tobie, Pani,
O Tobie i Twoim synu,
Lecz także i o innych,
Aby któregoś dnia
Bogowie, jak niewolnikom,
Nie odebrali tych dóbr.

Ale tam, nad granicą,
Gdzie leży Knochenberg,
Jak zwą to miejsce dzisiaj,
A dawniej zwano: Ossa,
A także Teutoburg,
I ciągnie się kraina uzdrawiających wód,
W której wszyscy Niebianie
Świątynie sami sobie –

Rzemieślnik.

Ale nam, którzy
Aby –

I nie lękać się lęku!
Bo Ty, wspaniałomyślna, przecież nie –

lecz istnieje ciemnota,
Która półboga nie słucha
Ani nie widzi boskości, gdy się pojawia wśród ludzi
Albo wśród fal, amorficznie,
I nie czci oblicza Jego:
Czystego i bliskiego, wszechobecnego Boga.

Lecz jeśli bezbożnicy
masowo
i zuchwale

Ale cóż tobie do nich, czysta Pieśni! Zaiste,
Ja umieram, lecz ty
Podążasz innym szlakiem.
Zawiść cię nie powstrzyma,
Na próżno usiłuje.

A kiedy spotkasz w przyszłości
Człowieka dobrej woli,
Pozdrów go: niech pomyśli,
Jakeśmy byli szczęśliwi i ileśmy cierpieli
Za naszych dni. I niech to
Popłynie z ust do ust.

Lecz jeszcze jedno rzec trzeba.
Czy aby nie przedwcześnie
Spadło byłoby na mnie
Owo samotne szczęście:
Że nie wiedząc, czym jestem,
Zwracam się oto do cieni?
Bo skoro Ty śmiertelnym
Tak przybliżyłaś Boga,
To po co jeszcze słowo?
Oto jak sobie myślałem.
Bo nienawidzi mowy, kto dba o światło życia,
Które pokrzepia serce.
W pradziejach sami Niebianie
Złożyli z tego sprawę,
W jaki sposób od bogów
Posiedli byli moc.

Lecz my się wyrywamy ze szponów nieszczęścia i
Wywieszamy flagi na cześć boga zwycięstwa,
Na cześć wybawiciela,
Albowiem nie na darmo zesłałaś tajemnicę.
Ci, co jaśnieją, to święci,
Ale kiedy Niebianie powszednieją, a cud
Staje się pospolity, i gdy mocarni książęta
Rozchwytują jak łupy dary Matki, to wtedy
On, który stoi wyżej, przychodzi jej z pomocą.

1801-1802

Przełożył Antoni Libera




Fryderyk Hölderlin (1770–1843) – jeden z najwybitniejszych poetów języka niemieckiego. W połowie życia popadł w szaleństwo i resztę życia spędził w domu stolarza Zimmera w Tybindze. Nieukończony hymn „Do Madonny” pochodzi z początkowego okresu choroby poety. Braki w tekście i urwane wersy – za oryginałem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29 (2767), 21 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl