Spory – polemiki


„Wolę, żeby było bajkowo”

Elżbieta Hlibowska



Surowy osąd zmian we Wrocławiu, jaki znalazł się w reportażu Jędrzeja Morawieckiego „Palę Wrocław” („TP” nr 22/2002; w tym samym numerze o Wrocławiu wypowiadali się też: prof. Norman Davies – historyk i autor książki o tym mieście „Mikrokosmos”, Ewa Michnik – dyrektor Opery Dolnośląskiej, Paweł Moras – dyrektor Biura „Expo2010” i Bogdan Zdrojewski – były prezydent Wrocławia), obudził sporo krytycznych głosów wśród wrocławian (jeden z listów opublikowaliśmy w „TP” nr 23/2002). Dzisiaj publikujemy polemikę naszej Czytelniczki – pani Elżbiety Hlibowskiej, odbierającej bardziej optymistycznie zmiany w rodzinnym mieście. W najbliższym czasie wrócimy do tematu i spróbujemy znaleźć odpowiedzi na pytania postawione przez Czytelniczkę.


Zbulwersował mnie tekst Jędrzeja Morawieckiego. Przypuszczam, że nie
jestem jedyną stateczną wrocławianką, którą ten reportaż wyprowadził z równowagi, ponaglając do obrony swojego miasta i współmieszkańców. 
„Najpierw spłynął na miasto jaskrawy śmieć: kamienice rozbłysły wściekłym pomarańczem, seledynem (...)” – pisze reportażysta. Kamienice w Rynku to wizytówka każdego miasta. Wrocławskie są nie tylko ozdobą najważniejszego placu w mieście, ale też cennymi zabytkami. Ich renowacja, zakończona odmalowaniem fasad, jest obowiązkiem konserwatora zabytków i władz miasta. Remonty (choć autor zauważa jedynie zmianę koloru ścian) przeprowadzono nie dla publiki i ładnych widokówek, ale zachowania zabytków (może autor woli zapuszczone i walące się ruiny domów przy Traugutta? Parę razy w czasie lektury tekstu odniosłam takie wrażenie). Proszę autora o wskazanie numeru kamienicy odmalowanej na „wściekły pomarańcz”, bo ja takowej nie znam. 
Opis Ostrowia Tumskiego: „(...) kościoły podświetlono od dołu, wbrew zamysłowi architektów”. Dlaczego autor nie podaje nazwisk architektów, którzy mieli inne pomysły? Rozumiem, że kościołów nie podświetla się od dołu, a z góry, wysyłając w tym celu na orbitę satelitę z halogenami... A już poważniej: przecież tak podświetlone są katedry w Kolonii, Paryżu, Londynie. Jaką alternatywę przewidywały więc „zamysły architektów”?
Morawiecki pisze: „Krytykę nowej estetyki odbierają [wrocławianie – red.] jako osobisty atak, co jest o tyle zrozumiałe, że według badań socjologicznych Rynek jest jedynym wyznacznikiem wrocławskiej tożsamości”. Co to za badania? Kiedy były przeprowadzane? Na jakiej grupie wrocławian? Każde miasto ma charakterystyczny punkt naznaczony czasem i estymą, z którym utożsamiają się mieszkańcy. Dla Paryżan to wieża Eiffla, Berlińczyków Unter den Linden i wieża telewizyjna, Londyńczyków – Big Ben, a dla wrocławian Rynek. Czy to źle? Przypuszczam, że najmłodsi utożsamiają się również z wrocławskim zoo, trochę starsi np. z drużyną koszykarską Śląsk Wrocław, studenci z majestatycznym uniwersytetem, zakochani ze starymi parkami i mostami na Odrze. Mogłabym mnożyć przykłady, bo dla każdego Wrocław jest czymś innym. De gustibus non disputandum est!
„Co znamienne – większość respondentów, gdyby otrzymała gdzie indziej korzystniejsze warunki pracy, wyjechałaby” – pisze dalej autor, który znowu „zapomniał” dodać, kim jest ta tajemnicza większość respondentów. Co jest dziwnego w tym, że jakaś młoda osoba po otrzymaniu korzystnych warunków pracy poza Wrocławiem, zmienia kwalifikacje i wyjeżdża? Dzięki Bogu, polskie społeczeństwo powoli staje się coraz bardziej mobilne.
W następnych akapitach autor prowadzi czytelnika po Wrocławiu: „wielu pytających o drogę kojarzy Rynek wyłącznie z McDonaldem, a ulicę Świdnicką z »Barem« (...). Nie ma już kościoła dominikańskiego ani nawet Dominikańskiego Placu”. Niezorientowanych zapewniam, że kościoła dominikanów nie zastąpiono Polsatowskim „Barem”. Nadal istnieje też, nie tylko na planach miasta, Plac Dominikański.
„Udało się coś, czego nie dokonali peerelowscy inżynierowie wielkiej płyty: zasłonięto całkowicie kościół” – pisze redaktor o Galerii Dominikańskiej wybudowanej w pobliżu kościoła dominikanów. Czy kościoły buduje się na pokaz? Czy mamy je stawiać z widocznym na zewnątrz przepychem, zasłaniając nasze ubogie wnętrza? Proszę o trochę pokory wobec wrocławian, konserwatora zabytków (kościół oo. dominikanów jest zabytkiem!) i wobec samych ojców z placu Dominikańskiego, którym nie dano możliwości wypowiedzenia się.
Pan Morawiecki narzeka na „szklane centrum”, bajkowość i rażące kolory. Wolę, żeby było kolorowo i bajkowo niż szaro i brudno! „Zapomina się, że nie da się zbudować koncepcji miasta na motoryzacji i internecie, bo są to branże wyjątkowo podatne na koniunkturę” – nikt we Wrocławiu nie buduje koncepcji miasta na tych gałęziach gospodarki. Czy autor zna jakiekolwiek założenia inwestycyjne i przestrzenne dla Wrocławia na najbliższe lata? Jeśli nie – szkoda, bo z nich dowiedziałby się trochę więcej o koncepcjach, które tworzy się w mieście. Jest i druga strona medalu: Polska przechodzi kryzys gospodarczy i ma dziurę budżetową. Czy w takich warunkach należy odrzucić propozycję kontrahenta, który chce zainwestować, np. w branżę internetową, bo jak donoszą specjaliści jest ona wyjątkowo podatna na koniunkturę?
„(...) wróciłem do Wrocławia, spotkałem się z kolegami ze studiów, dziś absolwentami filologii na uniwersytecie. Większość szuka pracy” – czy to też wina miasta? kryzys gospodarczy nie ma tu nic do rzeczy? Od samych ludzi zależy, jak pokierują karierą i czy znajdą atrakcyjną pracę. Przepełnione szkoły i brak popytu na filologów stwarza szansę, że przy takim wyborze dyrektorzy zatrudnią najlepszych nauczycieli.
„Supermarkety wyrastają często w sercach osiedla” – we Wrocławiu? ja takich nie znam. Dostało się również multipleksom i dużym kinom, ale to ludzie wybierają wygodę, a prawa wolnego rynku i konkurencji powodują, że kinomani preferują takie, a nie inne kina. Autor nigdy nie korzystał z supermarketów ani nowoczesnych kin? Dostało się również budowie nowego gmachu Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego. Czy studenci mają gnieździć się w ciasnych salach? 
„Z jednej strony mamy bowiem w mieście elitarne, zamknięte imprezy (...), oprócz imprez kreujących wizerunek zewnętrzny mamy masowe spektakle” – a któż ich nie ma? Poza sztuką wysoką powinny też istnieć igrzyska. Teraz trochę o wrocławskich restauracjach... „Ta sfera Wrocławia została jednak zepchnięta poza silikonowe centrum, na drugą stronę Odry. Tak samo jak istniejące jeszcze na szczęście jadłodajnie, kawiarnie i piwiarnie (...). Przetrwała sieć Gastronomicznej Spółdzielni Inwalidów z gęstymi firankami, pierogami w śmietanie i wiśniówką, przetrwały osiedlowe szynki” – i dobrze że są, ale każdego turystę ciągnie jednak przede wszystkim do Rynku i tam powinna czekać na niego odpowiednia oferta. Jaka niestosowność zawiera się w prośbie niektórych restauracji i pubów, które proszą gości o bardziej elegancki strój i „pozostawienie butów sportowych w domu”? Skoro gospodarz prosi...
Na Brochowie i Księżu Małym nie ma żadnych „Ryneczków”, istniejące tam placyki nie kwalifikują się do tego miana. Sprawa stowarzyszenia kultury alternatywnej nie jest zakończona, a inicjatywa przeciwdziałania temu stowarzyszeniu wyszła od miejscowej rady osiedla, a nie służb inspekcyjnych. 
Reportażysta sporo pisze o tym, co by „mogło być”, co „by zrobił”, ale nie podaje żadnej recepty, jak to osiągnąć. Z uwielbienia dla mających złą sławę dzielnic i ulic, można wysnuć wniosek, że wolałby we Wrocławiu brud, szare budynki i kościoły na otwartych przestrzeniach. Takiej „swojskości” wyraźnie w kilku miejscach Wrocławia autorowi brakuje. Z negacją spotkał się nawet pomysł zorganizowania nad Odrą wystawy Expo. Co zatem mógłby zaproponować Wrocław? Przykro mi, że w tekście znalazło się miejsce wyłącznie na sądy autora. Czy tak trudno było znaleźć osoby o innych przekonaniach? Nie przypuszczam. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29 (2767), 21 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl