Tylko nie pomnik!

Józefa Hennelowa




Ksiądz Jan Sikorski, kapelan więźniów i proboszcz w Warszawie, powiedział kiedyś, że święci nie po to są, by ich naśladować, lecz by miał kto wstawiać się za nami u Pana Boga.
Przypomniało mi się to zdanie – pocieszające, nie ukrywajmy – nad lekturą książki Ludmiły Grygiel o pierwszym małżeństwie wspólnie ogłoszonym błogosławionymi przed niespełna rokiem. W trakcie lektury musiałam nieraz stwierdzać, że popadam w rodzaj sporu, i to nie tyle z autorką „Świętości dwojga”, co z parą jej bohaterów. A przecież wydaje się, że oni – Maria i Alojzy Beltramo-Quattrocchi, Włosi zmarli w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, dani nam zostali właśnie jako wzór do naśladowania. Małżeński wzór. Świadczy o tym nie tylko homilia papieska z beatyfikacji, przytoczona w książce, ale decyzja Jana Pawła II wyznaczająca jako dzień ich święta – rocznicę ich ślubu. Trudno o przesłanie bardziej wyraźne.
A tu, gdy tylko zacząć poznawać życiorysy obojga – same trudności. Niby współcześni, ale jakże oddaleni od naszych doświadczeń, nadto na każdy sposób wyjątkowi. Maria – księżniczka, on wzięty adwokat z nobliwej rodziny włoskiej, oboje pozostający przez całe życie w elitarnych kręgach społecznych, zdecydowanie zamożni. Żadnych zawirowań w biografiach: religijność wyniesiona z tradycji rodzinnych i konsekwentnie kontynuowana, obfita działalność na rzecz instytucji kościelnych, przyjaźń i opieka duszpasterska ze strony możnych członków hierarchii, to wszystko bez jakichkolwiek zakłóceń dziejące się do końca życia. Ba, dochodzi jeszcze i wyjątkowość: pisarska twórczość Marii, a przede wszystkim zakonne powołanie wszystkich czworga dzieci (bo i prywatną formę „życia konsekrowanego” młodszej córki wolno tu zaliczyć). Jakże tu cokolwiek może czytelnik odnieść do siebie, jak doszukać się jakiejś solidarności z własną egzystencją? Najgorętsze chęci poświęcenia Bogu swojego dziecka nic nie zdziałają, to dar dawany albo nie, i jego czterokrotnie powtórzenie w rodzinie Alojzego i Marii musi budzić podziw, ale i dystans...
A mimo że małżeństwo Beltramo-Quattrocchi też przeżyło drugą wojnę światową, żadne doświadczenia wojenne nie wydają się wspólne. Dziwnie mało zresztą o tym wiemy, zwłaszcza o wzmiankowanym tylko w książce początkowym aprobowaniu przez Alojzego i Marię faszyzmu, a nawet o ich wojennych i powojennych staraniach o niesienie pomocy zagrożonym (komu?) w czasie wojny. Obaj synowie-księża służyli jako kapelani wojskowi, ale jak to przeżywali matka i ojciec? Jakie lęki, zagrożenia były ich udziałem? Jaką były próbą? Szkoda, że te lata, jeśli najtrudniejsze, książka traktuje tak pobieżnie, niemal stenograficznie.
Wreszcie – w owej pomnikowości małżeńskiej pary błogosławionych – pozostaje owa najbardziej intymna tajemnica: złożony po 21 latach wspólnego życia (a na 24 lata przed śmiercią Alojzego) ślub czystości obojga. Dlaczego i z jakich pobudek? Nie wiemy. Ludmiła Grygiel nie przytacza żadnych na ten temat informacji, nie odwołuje się do żadnych źródeł czy cytatów, owszem, proponuje, byśmy zachowali się tu z maksymalną dyskrecją. Nic też innego czytelnikowi nie pozostaje, ale tym większy ma on problem z odpowiedzią, jak tę wyjątkowość biografii przekroczyć, by – nawet nie naśladując, to nie sposób! – jednak zaprzyjaźnić się z obojgiem, a nie tylko z dystansu podziwiać jak pomnik, nie zaś żywych, bliskich ludzi.
Szkoda wielka, że najwyraźniej nie zachowały się przynajmniej dobre zdjęcia obojga: te nieliczne, które książka Ludmiły Grygiel nam pokazuje, są tak mało wyraźne, że aż żal. Żadnego portretu, żadnego zbliżenia rysów, żadnej swobodnej sceny rodzinnej, żadnego wnętrza domu, nic. Tak, jakby proza życia w ogóle nie była składową w tej ich czterdziestosześcioletniej wspólnej drodze do świętości.
Więc ostatecznie – co mamy? Mamy dwoje ponad wszelką wątpliwość wyrazistych ludzi, z których – nie da się ukryć – Alojzego lubimy chyba więcej niż Marię. Musiała być władcza i w małżeństwie tym dominowała. To jej ogromna korespondencja z obu synami – duchownymi pozostała, podczas gdy o nim wiemy tylko, że płakał rozstając się z córką – benedyktynką i że te swoje dzieci poświęcone Bogu odwiedzał jak się dało najczęściej. Maria domagała się od swoich alumnów, nowicjuszy i kapłanów stałych zwierzeń, chciała kontrolować na bieżąco ich życie duchowe („macierzyństwo kapłańskie” to jej termin!), Alojzego podziwiamy zaś za wysoki poziom cnót bardzo skromnych, jakie musiał wykazać, długie lata mieszkając wspólnie z teściami i ich rodzicami, w rodzinie czteropokoleniowej. Kto wie, czy to nie było trudniejsze...
Poznajemy także w książce ich najtrudniejszą próbę życiową: czwarta ciąża Marii zagrażała jej życiu, ale odmówili możliwości aborcji. Starsze dzieci zapamiętały szlochającego ojca, stojącego wobec perspektywy utraty żony i matki czworga dzieci. I mimo że nie ma żadnej w tej mierze dokumentacji – listów, wspomnień samego małżeństwa Marii i Alojzego – wystarczy nam własna wyobraźnia, by tę kartę ich biografii przeżyć z głębokim podziwem. Daje nam ona przy tym najlepszy chyba klucz do świętości tych dwojga. Pomnikowi niemal, wzorowi w sposób aż nadludzki, byli przecież parą ludzi, którym zdarzyła się jedna z najwspanialszych spraw na ziemi: wzajemna miłość wielka i ponad wszelką wątpliwość udana. A oni tę sprawę swojego życia całą uczynili drogą do Boga. Drogą przebywaną wspólnie, w trudnym do uwierzenia zespoleniu. Wzory czy orędownicy? Każdy poznający ich biografię, czytający książkę Ludmiły Grygiel, sam zdecyduje, jakiej od nich pomocy chce przede wszystkim.

Ludmiła Grygiel: ŚWIĘTOŚĆ DWOJGA. Pierwsza błogosławiona para małżeńska. Przedmowa Zbigniew Nossowski. Biblioteka „Więzi”, tom 142. Warszawa 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29 (2767), 21 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl