Plastyka


Real

Bogusław Deptuła



Podobno wszystko jest sztuką, ale na pewno nie wszystko jest wszystkim. A takie wrażenie można odnieść oglądając warszawską wystawę „Rzeczywiście, młodzi są realistami”. 



Wraz z pojawieniem się na polskiej scenie artystycznej grupy „Ładnie” można było spodziewać się odrodzenia malarstwa, i to związanego wyraźnie z otaczającą nas rzeczywistością. Przenoszenie na proste obrazki malarzy grupy „Ładnie” wycinków codzienności, gazet, reklam, telewizji, dawało znakomite efekty, okazało się postawą artystycznie płodną i bardzo wciągającą. Intrygująca była przy tym ambiwalencja tych przedstawień: szyderstwo czy afirmacja? Na pewno byli to ludzie jakby podwójni, którzy pamiętali, jak było nie tak dawno, ale otaczający kapitalizm w polskiej wersji także nie był dla nich zachwycający, a raczej przeciwnie. 
Piszę o malarzach z „Ładnie”, choć na warszawskiej wystawie znalazły się obrazy tylko jednego z nich, Marcina Maciejowskiego, bo przyznać się muszę do poważnego rozczarowania. Doskonale rozumiem, że wystawa nie nazywa się „Rzeczywiście, młodzi są malarzami”, jednakże przywołanie historycznego terminu „realiści” niesie z sobą określone skojarzenia. Nie da się uniknąć oczekiwań związanych z tak intrygującym i zachęcającym tytułem. Idąc na tę wystawę, coś sobie wyobrażałem, co więcej, może niepotrzebnie, sporo sobie po niej obiecywałem. 
Mówiąc najprościej: oczekiwałem, że chłopcy z „Ładnie” nie okażą się samotni, że istnieje nieco powszechniejszy ruch młodych malarzy-realistów. I że tym malarzom będą towarzyszyć inne postawy artystyczne, choć już niekoniecznie malarskie. Nic takiego się nie spełniło. Zobaczyłem dość typową wystawę, jakie teraz można wszędzie zobaczyć: coś gotowego wyciętego inteligentnie lub mniej, coś nagranego, coś przyniesionego, coś sfotografowanego, coś namalowanego. Ot, wystawa sztuki nowoczesnej. A miało być coś więcej, albo chociaż inaczej, bo taką obietnicę niesie w sobie tytuł. Oczekiwałem jasnej, klarownej postawy, jednorodnego kontekstu pokazywanych dzieł, jednoczącego zakresu inspiracji. Paradoksalnie lepiej pomyślana została poprzednia wystawa „Scena 2000”, bo niczego z góry nie sugerowała, nie musiała mieć i nie miała wmontowanej tezy, była tylko prezentacją.
Ratunkiem ma być słowo wiążące autorstwa Stacha Szabłowskiego, owszem, zręcznie napisane, prawie z reklamową wprawą, ale dość wątło asekurujące cały wystawienniczy konstrukt. „Młodzi są realistami. O tyle, że bardziej interesuje ich rzeczywistość niż sztuka. Niezbyt liczą się dzieła, ważniejsze są efektowne zaistnienia, importy ze świata nie-sztuki, komunikacja, narracja, konfrontacja z widzem i z codziennością. Jeszcze ważniejsze są Zdarzenia. W najradykalniejszej formie realizm przejawia się w pracach, w których sztuka zupełnie roztapia się w rzeczywistości. To gesty, które Paweł Althamer nazywa realizmem w skali 1:1”. I w związku z tym, co napisał Szabłowski, na wystawie można zobaczyć wszystko i niczemu już nie można się dziwić, bo tak nakreślony program pozwala na niemal całkowitą dowolność i kompletną bezkarność.
Wyraźną nowością jest aktywne włączenie się pary kuratorów w tworzenie wystawy, więcej nawet, kuratorzy stali się jej artystycznymi podmiotami i przedmiotami. I tak jest dobrze; wszędzie widać tendencję do wzrostu roli i znaczenia kuratorów w świecie sztuki, więc czemu i nasi kuratorzy nie mieliby podobnego wzrostu znaczenia doświadczyć. To kuratorskie wzmocnienie obecności ujawnia się też w cytowanym programowym wystąpieniu Szabłowskiego, w którym ściga się on z rzeczywistością własnej wystawy, kreując w nim rzeczywistość równoległą, nie całkiem przystającą do tego, co można w Zamku Ujazdowskim zobaczyć. I to też jest dobrze, bo są tam także dzieła, których nie ma, i co więcej, są one bardzo udane. O wielu dziełach więcej można się dowiedzieć z komentarza kuratorskiego niż z nich samych – ale to też dziś normalne. 

*

Podobno środki przeznaczone na wystawę były więcej niż skromne, stąd też skromność prezentacji. Ponad dwadzieścia nazwisk, ale całość rzeczywiście robi wrażenie ubogiej. Brak katalogu na pewno nie służy wzmocnieniu naszych wrażeń i pamięci. Kuratorzy zadbali, abyśmy mieli pretekst do płaczu nad losem naszej kultury, zapraszając Julitę Wójcik, która porzuciła obieranie kartofli na rzecz krojenia cebuli. Jest czym usprawiedliwić łzy płynące z oczu nad złym losem naszej sztuki. Na wstępie zatem płaczemy, potem się trochę niezdrowo podniecimy oglądając porno-wycinanki Maurycego Gomulickiego. Ale tylko na krótką chwilę, bo znowu wzruszymy się kawałkami o miłości starannie wyciętymi przez Agnieszkę Brzeżańską. Następnie ogłuszą nas dźwięki młota pneumatycznego nagrane przez Agnieszkę Kalinowską. Potem zabawne obrazy Maciejowskiego z pobytu w Niemczech, z przewagą mocnych różów. Znakomicie wypada seria czterech obrazów Agaty Bogackiej „Agata 2001”. Trzy z nich przedstawiają, jak można przypuszczać, trzech ubiegłorocznych partnerów autorki. Dopełnieniem jest obraz czwarty, tego samego, znacznego formatu, ale poziomy, z leżącą – martwą (?) Agatą. 
Mam wrażenie, że w serii obrazów Bogackiej wystawa ma swoją kulminację. Możliwość obejrzenia z bliska kryształowego żyrandola firmy Swarowsky, bardzo kosztownego, jakoś mnie nie wciągnęła (Wojciech Zasadni). Zdjęcia Grupy Magisters znalazły się tutaj zapewne przypadkiem, bo ich obecności nijak nie da się uzasadnić: poetyckie, wystylizowane, są z całkiem innego świata. Anna Niesterowicz sfilmowała kuratorską parę Gorządek-Szabłowski przy pracy, jak to zostało podkreślone – biurokratycznej. 
Nie wspomniałem wszystkich uczestników, nie opisałem wszystkich dzieł. Mam nieodparte wrażenie pomieszania języków, poplątania konwencji, czego nie uratuje choćby najbardziej błyskotliwa kuratorska mowa wiązana. Wolę osobiste opowieści Bogackiej niż żonglowanie konwencją wideorejestracji przez Iwo Rutkiewicza. Wideo przez swoją łatwość uwodzi, ale szalenie trudno zrobić w tym medium coś naprawdę wciągającego. Miałem nadzieję na świetnie przygotowaną kuratorską propozycję, a zobaczyłem przegląd w typie pospolitego ruszenia artystycznego. Gdy nadaje się wystawie tak precyzyjny tytuł, rola kuratorów nie może ograniczyć się do tego, że napiszą dobry tekst programowy albo dadzą się sfilmować. Powinni być na równi z artystami twórcami wystawy, choć niekoniecznie elementem ekspozycji.
Zabrakło na tej wystawie Wilhelma Sasnala. Nieobecność najbardziej interesującego spośród młodych malarzy, niezależnie od tego, jak ją usprawiedliwiać, jest jednym z tych uchybień, których wybaczyć niepodobna. Sasnal mógł być obecny symbolicznie, choćby jednym obrazem, ale go nie ma; w tak pomyślanej wystawie jest to nie do pomyślenia, bo odbiera jej znaczenie i popycha w nieokreśloność. Zacierają się proporcje i hierarchie, wszystko zawisa w próżni.
Szabłowski zapowiadał, że w słowie „realizm” bardziej interesuje go „real” niż „izm”. „Realizm, czyli link do realności, realizm, czyli odwołanie do realiow, realizm, czyli trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość”. Wychodzi na to, że to raczej spojrzenie przez łzy, choćby te wywołane pokrojoną cebulą. 

„Rzeczywiście, młodzi są realistami”. Kuratorzy: Ewa Gorządek, Stach Szabłowski, Centrum Sztuki Wspołczesnej Zamek Ujazdowski, 29 czerwca – 31 sierpnia 2002. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29 (2767), 21 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl