Czy wiecie, że Białoruś...?

Ks. Adam Boniecki



Ogłoszony w lipcu przez moskiewski Patriarchat dokument na temat katolickiego prozelityzmu w Rosji przeciętny katolik czyta ze zdumieniem. Prozelityzm? Kanoniczny obszar prawosławny? Dlaczego praca duszpasterska i charytatywna, wszędzie traktowana jako coś normalnego, budzi tak gwałtowne sprzeciwy kierownictwa prawosławnej Cerkwi w Rosji?



Krótki pobyt na Białorusi, gdzie było mi dane przebywać w środowisku prawosławnym, uświadomił mi ogrom pokładów nieufności narosłej w ciągu stuleci, i jeszcze umocnionej sowiecką propagandą anty-rzymską. Musimy przyjąć do wiadomości, że punktem wyjścia dialogu ekumenicznego jest nieufność. Musimy zdawać sobie sprawę, że postacie z przeszłości, u nas zwykle mało znane jak św. Jozafat Kuncewicz czy ks. Piotr Skarga, mają tam bardzo wyraźne konotacje negatywne. Musimy spojrzeć na siebie ich oczyma, poznać ich historiozofię, wiedzieć, że całe pokolenia formowane były na takiej, a nie innej interpretacji dziejów. Wreszcie musimy uznać, że postępowanie niektórych rzymskich katolików dało wystarczające podstawy owej nieufności. Nie ujmując świętości naszym świętym, niekoniecznie musimy dziś lansować kult tych, których imiona prawosławnym kojarzą się jak najgorzej.
Tego się uczyłem, słuchając młodych, żarliwych teologów, historyków, biblistów w Mińsku. W prywatnych rozmowach z nimi mogłem się przekonać, jak pilnie śledzą to, co dzieje się u nas (w Polsce i w ogóle w Kościele katolickim) i jak bardzo czasem ich ranimy. 
Nie do przecenienia jest więc trud tych wszystkich, którzy starają się nam przybliżyć prawosławie, którzy chcą nas nauczyć wrażliwości, której – zwykle na skutek ciężkiej ignorancji – tak nam brakuje. 
W tym duchu przekazuję te zapiski z kilkudniowego pobytu na Białorusi.

Cudowna ikona

Czy wiecie, że 20 km od Mińska, w sanktuarium Bożej Matki Żyrowickiej, jest siedziba Prawosławnej Akademii Teologicznej i seminarium duchownego? Pewnie nie wiecie, jak ja do niedawna nie wiedziałem, bo kto – prawdę powiedziawszy, interesuje się dziś Białorusią? Żyrowice to niewielka wioska, nad którą górują białe zabudowania cerkiewne i klasztorne. A nad nimi unosi się przedziwna historia – legenda o Matce Boskiej i sanktuarium, które nie tracąc nic ze swej świętości pozostawało pod opieką to grekokatolików, to znów prawosławnych, i którego ani podziały chrześcijan, ani nawet komuniści nie zdołali unicestwić. 
Blisko 500 lat temu ubogie, chłopskie dzieci pasące pod lasem krowy zobaczyły wychodzące z lasu światło. Zaciekawione przyczyną niezwykłego zjawiska odkryły, że światło wychodzi spośród gałęzi dzikiej gruszy. Spod drzewa wypływało źródło. Między gałęziami spoczywała maleńka, kamienna ikona, płaskorzeźba wyobrażająca Matkę Boską z Dzieciątkiem. Była tak mała, że gdyby nie światło, nigdy by jej nie zauważyły. Dzieci zaniosły wyrzeźbiony kamyk do właściciela dóbr – Sołtana. Ten zbytnio się nie przejął, kamyk włożył do jakiejś szkatułki. Niebawem zdarzyło się, że zabawiał gości opowieścią o tym znalezisku i kiedy chciał je pokazać, stwierdził, że szkatułka jest pusta. Pomyślał, że kamyk ktoś ukradł, lecz zbytnio się nie przejął. Tymczasem dzieci znów powędrowały do tamtego drzewa. Kamień-ikona był na dawnym miejscu. Wtedy, powiadomiony o tym Sołtan zrozumiał, że to tam jest właściwe miejsce dla dziwnej ikony. Postawił drewnianą kaplicę i w niej umieścił ikonę. Cieszyła się wielkim nabożeństwem, a woda płynąca ze źródła miała moc cudotwórczą. Kiedyś drewniana kaplica spłonęła. Daremnie w zgliszczach szukano cudownej ikony. Nie było po niej śladu. I znów dzieci w lesie zobaczyły światło. Na wielkim głazie siedziała piękna kobieta, w ręku trzymała maleńką ikonę. Dzieci pobiegły po rodziców. Lecz kiedy ludzie przyszli na wskazane miejsce, kobiety nie było. Na głazie spokojnie leżała cudownie ocalała z pożaru ikona. 
Nową kaplicę zbudowano w miejscu odnalezienia i stoi tam do dziś. Zachowano też w nienaruszonym stanie głaz, na wierzchołku którego ustawiono ołtarz. A ponieważ skała jest wysoka, do ołtarza idzie się schodami, które, jak rzymską scala santa, należy pokonać na kolanach. Po bokach umieszczono niziutką poręcz. W każdym stopniu ukryto relikwie i pielgrzymi, schodek, po schodku oddawali im cześć pocałunkiem (przytrzymując się tych niskich poręczy). Potem relikwie wyjęto i dzisiaj znajdują się w relikwiarzu – krzyżu. Kamienna ikona została w miejscu pierwszego znalezienia. W tym miejscu stoi dziś wielka, jasna cerkiew. Ikonę, ozdobioną wotami, w złotej ramie, za szkłem, umieszczono przed świętymi drzwiami, niezbyt wysoko, tak, by każdy mógł z bliska popatrzeć i ucałować ją (czy raczej, ściśle mówiąc szybę, za którą jest umieszczona). 

Wymieszane prochy

Kościółek na skale, położony na skraju zabudowań, wśród zieleni nastraja do modlitwy. Znajdująca się w pobliżu „braterska mogiła” jest śladem zmiennych losów miejsca, które przechodziło z rąk prawosławnych w ręce rzymskich i tak dalej. Złożono tam bowiem wydobyte z podziemi kościoła prochy zmarłych, wymieszane kości prawosławnych i katolików, no bo jak ich było po śmierci odróżnić? 
– Tu prowadzę moich studentów w ramach wykładów o ekumenizmie – mówi oprowadzający nas profesor Akademii, ks. archimandryta Aleksander Bolonnikow. U stóp krzyża żeliwne, wypukłe litery pomalowane olejną farbą na biało: modlitwa, w której się poleca Bogu ich wszystkich, bez względu na wyznanie. 
– Mówię studentom: „patrzcie, możemy się modlić i za katolików”. „Możemy?” – dziwią się studenci. 
W podziemiach kościoła, pod ołtarzem, nadal bije cudowne źródło. Dostęp do schodów jest odgrodzony zamkniętą na kłódkę bramą z żelaznych prętów. Z góry możemy zobaczyć schody i zaledwie początek mrocznego korytarza wiodącego do źródła. Kiedy przychodzą pielgrzymi bramę się otwiera. Jeszcze nie tak dawno do źródła nie było w ogóle dostępu. Sowieci, chcąc położyć kres przesądom, dojście zamurowali. No i w pobliżu znaleziono inne źródło, które od tamtego zamurowanego przejęło cudotwórcze moce. 
Rektor Akademii – archimandryta Leonid – zatrzymuje się z nami pół godziny. Pijemy, w profesorskim refektarzu, herbatę i rozmawiamy o uczelni. Ogromny budynek, w którym mieści się klasztor i – osobno – seminarium oraz Akademia także jest utrzymany w klasztornym stylu. Zbudowany w XVIII i XIX wieku, dziś przysparza mnóstwa kłopotów z powodu konieczności konserwacji, remontów i kosztownego ogrzewania. W seminarium uczą się klerycy z Białorusi, z Litwy, Łotwy, bodaj jeszcze z innych krajów, gdzie nie ma seminariów. Kleryków jest 250. Liczba chętnych co roku przewyższa liczbę miejsc. Wielu wstępuje po odbyciu służby wojskowej. Seminarium nie zwalnia od służby, tylko zapewnia jej odroczenie. W przypadku odejścia z seminarium, były kleryk natychmiast otrzymuje wezwanie. 
Mówią, że wciąż brak im księży, choć – jak wiemy – w miastach jest ich nadmiar. Wielu mieszka w mieście i dojeżdża do wiejskich parafii. Przyczyna? Warunki materialne. Prawosławny ksiądz na Białorusi nie ma lekko: żeby utrzymać siebie i rodzinę uprawia ziemię, zajmuje się hodowlą bydła. Klerycy, którzy związek małżeński muszą zawrzeć przed święceniami, zwykle znajdują żony wśród studentek istniejącej przy Akademii szkoły dyrygentów chóru. I dobrze, bo nie jest łatwo być żoną księdza, lepiej więc jeśli będzie to dziewczyna z religijną formacją, która rozumie, o co w takim życiu chodzi.
Materialna sytuacja Akademii i seminarium nie jest najlepsza. Jednak klerycy nie płacą za pobyt w seminarium, tyle że wykonują różne prace, np. – czego właśnie jesteśmy świadkami – remontują swoje cele. Nie pytałem, czy studenci Akademii płacą. Lokalizacja Akademii, z dala od miasta, na uboczu, jest wyrazem pewnej wizji formacji teologów. Jest w tym coś z wyjścia na pustynię.

Papież z CIA

Archimandryta Aleksander Bolonnikow jest człowiekiem wykształconym, studiował w Szwajcarii, w ekumenicznym ośrodku w Chambésy. Jasny habit (okres Wielkanocy!) przykryty czarnym płaszczem. Rozmawiamy o problemach ekumenizmu. W jego relacji o „braterskim grobie” zaskoczyło mnie zdziwienie studentów, których uczy ekumenizmu, tym, że można się modlić za katolików. 
Spytałem m.in., dlaczego Cerkiew prawosławna tak bardzo się lęka Kościoła katolickiego. Stanowczo zaprzeczył. Wcale się nie boi. Gdyby tak było, nie przyjmowalibyśmy was tu, w seminarium.
Mówię: w Rosji Kościół katolicki jest maleńką mniejszością. Zresztą katolicki Kościół chce silnej i świętej Cerkwi prawosławnej. I rozmowa schodzi na ustanowienie diecezji w Rosji: że niby po co te diecezje, jeśli społeczność jest taka mała. Widzą w tym przygotowywanie punktów oparcia na przyszłość. I atak: po co zwłoki św. Jozafata umieszczono w Bazylice św. Piotra, w sercu katolicyzmu? Człowieka, który bezcześcił zwłoki prawosławnych... Przecież jest to permanentna prowokacja. Nie wiem, jak było z tymi zwłokami świętego, ani z bezczeszczeniem na jego polecenie zwłok wyznawców prawosławia. Pamiętam, że to jego zwłoki zostały po śmierci zbezczeszczone, ale nie mówię nic, bo do takich dysput trzeba być naprawdę dobrze przygotowanym. Kto mógł przewidzieć, że także z historii kultu świętego Jozafata. W bibliotece, z trudem gromadzonej przez naszego cicerone wystawa starych książek, niektórych w języku polskim. Wpisujemy się do księgi pamiątkowej. Mówię, że byłoby pięknie, gdyby mógł się do niej wpisać Papież. Ksiądz ripostuje natychmiast: ale nie ten, może następny. I opowiada, że był w Rzymie, że widział starość i słabość papieża, więc po co tego człowieka wożą po całym świecie. Towarzyszący mi ksiądz Baszkirow nieśmiało zauważa, że może nie „wożą go”, ale on sam chce tych podróży. Odpowiedzią jest wzruszenie ramion. 
Potem się dowiedziałem, że istnieje głębokie przekonanie, że Jan Paweł II po prostu wykonuje polecenia CIA, jeździ tam, gdzie właśnie założono nowe bazy NATO i że tak, jak rozwalił Polskę (!), teraz chciałby rozwalić Rosję. Od początku pontyfikatu rosyjska cerkiew wzdycha do następcy Jana Pawła II. Czemu? Bo Polak? Bo zbyt dobrze rozumie i wie? Chodzi o zarzucany katolickiemu Kościołowi prozelityzm? – To czysta demagogia – tłumaczy mi tamtejszy prawosławny ksiądz, który mówi o sobie, że jest „starym popem”. Rzecz w tym, że prawosławni księża nic dla ludzi nie robią i nie wiedzą, co i jak mogliby robić. Według pogłosek rozsiewanych wśród prawosławnych, wysyłani na wschód księża katoliccy są specjalnie szkoleni i przygotowywani do niszczenia prawosławnej Cerkwi. Tymczasem choćby język: w Moskiewskiej Cerkwi obowiązuje starocerkiewno-słowiański, którego nikt nie rozumie. Mój rozmówca poczytuje sobie (słusznie) za akt odwagi, że po czytaniu w tym języku Ewangelii odczytuje ją jeszcze po rosyjsku. Taka jest geneza usunięć księży z Białorusi: wyjedzie, to przestanie działać duszpastersko. I to jest najlepsze rozwiązanie, bo jeśli jest na miejscu, to tylko z nim kłopoty: przyciąga uwagę młodzieży, zdobywa jej zaufanie...
Podejrzliwość, czasem zupełnie zaskakująca: Jakże – powiedział mi kilka dni później Metropolita Filaret – można było nazwać diecezję w Moskwie imieniem Matki Bożej, kiedy moskiewska eparchia jest pod wezwaniem Bożej Matki. Skłócać Kościoły przy pomocy Matki Boskiej?... Nagle pyta towarzyszącego mi ks. Igora, czy zna tekst ostatniego listu kard. Kaspera. Igor nie zna. Metropolita: że list jest mądry, ale... i użył słowa, którego nie zapamiętałem, coś w rodzaju „wyniosły” czy „agresywny”. Spytał mnie: to papież teraz jest w Bułgarii? Ja, że już nie, że już wrócił do Watykanu. On, że wizyta patriarchy Aleksego z Moskwy tak go pochłonęła, że nie miał czasu śledzić papieskiej podróży. I do mnie: ilu jest w Azerbejdżanie katolików? Mówię, że 150. On: I ten stary, chory papież jedzie tam. Po co? Żeby umacniać pozycje katolickie. To tak, jak u nas: we wsi, gdzie żyją dwie rodziny katolickie, katolicy stawiają wielki kościół. Po co? Myślą o przyszłości. Cerkiew prawosławna, mówią, jest powolna, nieskuteczna... Taki wyścig.

Sprawy ważne i nieważne

Akademia Żyrowicka to świat duchowości, nieco zamknięty, oddalony od świata, jakby klasztor, ośrodek formacyjny. Inny styl ma teologiczny wydział na Europejskim Uniwersytecie Nauk Humanistycznych w Mińsku, na którego zaproszenie miałem możność odwiedzić Białoruś. Jest to jedyny na Białorusi prywatny uniwersytet, cieszący się zresztą wszystkimi przywilejami uniwersytetów państwowych z wyjątkiem subsydiów. Powstał z inicjatywy Fundacji Sorosa i wspierany jest przez różnych dobrodziejów. Liczy 600 studentów. Wydziały: teologia (prawosławna), ekonomia, prawo, filozofia, politologia. Propozycja utworzenia także wydziału teologii katolickiej nie spotkała się do tej pory z pozytywną odpowiedzią miejscowego Kościoła. Wydział teologiczny istnieje od 1993 roku. Jego dziekanem jest metropolita Filaret, będący zresztą także przewodniczącym komisji teologicznej Świętego Synodu Cerkwi Prawosławnej Rosji. Wydział, jak i inne fakultety uniwersytetu, jest uznany przez państwo, jego program został uzgodniony z Ministerstwem Oświaty. W tym roku liczy 81 studentów. Chlubi się współpracą ze wszystkimi niemal ważniejszymi ośrodkami teologii prawosławnej w świecie. Wśród dyscyplin, obok nauk biblijnych, teologii (porównawczej), dogmatycznej i moralnej jest także „sectology” oraz historia Kościoła rzymskokatolickiego.
Doroczna cyrylo-metodiańska sesja, już ósma, jest jednym ze sposobów otwarcia na świat i Kościół w świecie. Pilnie obserwowana z Moskwy cerkiew Białorusi jest ostrożna, lecz odważna. Aktem odwagi było zaproszenie z inaugurującym wykładem katolickiego arcybiskupa lubelskiego. Nie sadzę, by decyzja o tym zaproszeniu była ława. Wiem jednak, że Metropolita był usatysfakcjonowany, kiedy przybyłemu właśnie w tych dniach wysokiemu urzędnikowi z Moskwy mógł powiedzieć nie bez ironii: wy się tam kłócicie, a ja właśnie przyjąłem katolickiego metropolitę, arcybiskupa lubelskiego. Inauguracyjny wykład arcybiskupa Życińskiego, wygłoszony ze swadą, po rosyjsku, zrobił duże wrażenie treścią, ale także formą. Metropolita zaprosił potem katolickiego konfratra na kolację. Rano spotkaliśmy się u nuncjusza apostolskiego. Nuncjusz – abp Ivan Iurkovic, już w Moskwie, gdzie pracował poprzednio, znakomicie się nauczył języka rosyjskiego. Zna tutejszy świat i go lubi. Rozmowa o przypadku biskupa Mazura tutaj ma zupełnie inny wydźwięk i wagę niż te prowadzone w Polsce. Arcybiskup Życiński wyjeżdża na konsekrację nowego biskupa radomskiego. Dalszy ciąg sesji będzie już bez niego, ale kontakty, jakieś więzi zostały nawiązane. Być może dziekan wydziału teologicznego, metropolita Filaret odwiedzi Lublin, i być może Katolicki Uniwersytet Lubelski będzie tak współpracował z Humanistycznym Uniwersytetem w Mińsku jak kiedyś – powiada lubelski Wielki Kanclerz – współpracował uniwersytet lowański z KUL-em.
Słowo o sesji. Po inauguracyjnym wykładzie metropolity lubelskiego, przemówieniach inauguracyjnych wszystkich dostojników duchownych i świeckich przystąpiono do realizacji programu. W kilku sekcjach (czytaj: salach uczelni) wygłoszono w ciągu niespełna trzech dni kilkaset referatów. Sesja ma być dla środowiska momentem przedstawienia dorobku każdego, kto ma coś do powiedzenia. Potem materiały zostaną uporządkowane i wydane w postaci książkowej... Na sesji, poza arcybiskupem lubelskim wystąpili dwaj Polacy: znany naszym czytelnikom ks. Leonard Górka SVD, kierownik Katedry Ekumenicznej KUL, i niżej podpisany.
Tematy wystąpień i ich poziom były niesłychanie zróżnicowane. Od analizy myśli Dunsa Szkota po problemy aktualnej cerkwi, jak np. „Ekumenizm: mit i rzeczywistość” czy analiza watykańskiego dokumentu „Dominus Iesus” oraz wprost – stosunku Kościoła rzymskiego do innych wyznań. Ze zdumieniem słuchałem długiego, starannie przygotowanego wykładu młodego teologa, który analizował Unię na podstawie tekstów ks. Piotra Skargi. Choć temat był historyczny, to słuchając wykładu można było sadzić, że poglądy ks. Skargi były i nadal są kwintesencją poglądów rzymskiego Kościoła. To, co ks. Skarga pisał o prawosławiu, jest rzeczywiście straszne. Ale słuszne – powie mi potem prawosławny teolog – Cerkiew wtedy była taka, i Skarga miał rację. Jego błąd polegał na tym, że pisał z poczuciem wyższości, bez współczucia, troski i miłości. Uświadomiłem sobie, jak mało wiemy o faktach, które w pamięci prawosławnych wciąż pozostają żywe, o autorach, wydarzeniach, sporach sprzed wieków. Ktoś spytał mnie z wielką powagą, czy dla mnie byłoby trudnością odmawianie „Credo” bez filioque. Pamiętałem, że taki tekst został odmówiony w Rzymie podczas uroczystych obchodów rocznic ostatnich Soborów przed rozdziałem: Nicejskiego i Konstantynopolitańskiego. Trzeba było posiedzieć na tej nużącej sesji, by zdać sobie sprawę z ogromnego wymieszania w naszych psychikach spraw ważnych i drugorzędnych, które dzielą, i z tego, jak potrzebna jest cierpliwość przede wszystkim w usuwaniu pokładów wzajemnej nieufności.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 29 (2767), 21 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl