Przegląd prasy

Podziemie w UB



Polskiej demokracji nie grozi rewolucja. Nie ma powrotu do autorytaryzmu. Grozi jednak coś być może poważniejszego: zanik nawyków demokratycznych obywateli i polityków. Grozi nam, że utrwali się dekoracyjna tylko forma ustroju demokratycznego – pisze w RES PUBLICE NOWEJ (7) Paweł Śpiewak.
Obserwacja życia politycznego dowodzi, że – po pierwsze – rządząca koalicja nie musi liczyć się z nikim. Opozycja jest w zaniku, nie ma nic do zaproponowania, brak jej pomysłów i języka. Dorobek opozycji demokratycznej z czasów PRL został zmarnowany za rządów Jerzego Buzka, który ponosi osobistą odpowiedzialność za dezintegrację i kompromitację całej formacji. W tej sytuacji ekipa SLD/PSL może robić, co chce. Zagrożeniem nie są nawet partie antysystemowe – LPR i Samoobrona, bo te mogą stać się niebezpieczne dopiero, gdy SLD lub PSL zechce posłużyć się Lepperem. Choć ugrupowania postkomunistyczne okazały się nieprzygotowane do rządzenia, brak im dobrych kadr, nowych twarzy oraz interesujących pomysłów, nie muszą się obawiać konkurentów. 
Po drugie, choć trwa proces upartyjniania stanowisk w administracji centralnej i zarządzanych przez państwo przedsiębiorstwach, to zakres władzy państwa się kurczy. Komercjalizacji państwa nie sposób zatrzymać: znaczny obszar obowiązków dotąd przynależnych władzy (ochronę zdrowia, opiekę społeczną, ubezpieczenia, restrukturyzację przemysłu i rolnictwa, budowę dróg, kontrolę nad mieniem wojskowym) przejmują agendy, mające działać wedle reguł rynkowych i dysponujące niemal połową budżetu państwa, a w rzeczywistości nie spełniające swej funkcji, bo nie przyczyniające się do lepszego wykorzystania tych środków. A że nie podlegają kontroli politycznej, to stały się kąskiem dla partyjnych działaczy, którzy korzystając z zawiłości prawa mogą manipulować w nich wielkimi pieniędzmi. Krążenie członków „klasy politycznej” między stanowiskami państwowymi a tzw. sektorem publicznym zabezpiecza ich osobiście i jest źródłem rozbudowanego klientelizmu – deformując przy tym i politykę, i rynek. Odpaństwowienie nie oznacza bowiem „odpartyjnienia” i „odpolitycznienia”. Komercjalizacja państwa osłabia jego i tak ograniczone kompetencje decyzyjne i odbiera mu instrumenty rządzenia. Władza wykonawcza mimo olbrzymich prerogatyw okazuje się słaba i bezradna.
Mamy, po trzecie, do czynienia z demokracją fasadową. Odbywają się wybory, ale zasadnicze decyzje zapadają poza ciałami przedstawicielskimi – zapewne na spotkaniach liderów partii i szefów wielkich korporacji gospodarczych. Teatr demokratyczny służy jedynie ukryciu tego procederu. Tym samym świadomie kompromitowane są zasady demokracji. Nie ma miejsca ani na jawność życia publicznego, ani na przejrzystość struktur. Parlament nie służy pogłębieniu opinii i uzgadnianiu stanowisk, a jedynie aroganckim wystąpieniom. Nie pełni też funkcji kontrolnych, bo większość rządząca (czy to AWS, czy SLD) może robić, co chce. Jakość posłów i senatorów jest mierna. Stanowione prawo jest złe, niejasne i podporządkowane interesom chwilowych większości.
Polski kryzys polega, po czwarte, na utracie zaufania do instytucji państwa, porządku demokratycznego, partii, zasad sprawiedliwości i zaufania wzajemnego. Żadna partia nie traktuje swoich zobowiązań poważnie i nie zamierza się z nich rozliczać. Dowodem kryzysu zaufania jest niska frekwencja wyborcza oraz społeczne oceny parlamentu czy wymiaru sprawiedliwości. Większość ludzi uważa, że ich głos może zmienić skład ekipy rządzącej, ale nie wpłynie na jakość i styl rządzenia. W efekcie powstaje wrażenie, że o karierze nie decydują kompetencja, pracowitość i rzetelność, lecz omijanie prawa, korupcja, polityczne koneksje. Ocena klasy politycznej staje się alibi dla własnego zachowania. 
Skutkiem nieufności do władzy państwa i systemu partyjnego jest ucieczka od polityki i wszelkich form uczestnictwa w życiu społecznym. Po piąte bowiem: mało korzystamy z wolności politycznej, a dominującym dążeniem staje się bogacenie za wszelką cenę. Społeczeństwo zaś, które nie bierze udziału w życiu publicznym, jest nie tyle bierne, ile nieufne i składa się z zamkniętych w sobie rodzin czy kręgów. Załamaniu ulega zdolność racjonalnego osądu. Mamy poczucie, że rzeczy dzieją się poza naszą kontrolą. Świat wyjaśniamy jedynie przez banał, że „jak nie wiadomo, o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze”. Nie mając narzędzi oceny, przeżywamy rozczarowanie demokracją, politykami, partyjnym stylem rządzenia, ale nie wiemy, jak tego uniknąć. Mechanizmy rządzenia zyskują moc konieczności. Nienormalność polskiej demokracji wydaje czymś nieuchronnym. Nie godzimy się na ten stan rzeczy, ale nie potrafimy sobie wyobrazić alternatywy. 
Wycofanie od polityki prowadzi do pojawienia się syndromu autorytarnego. Tego rodzaju rządy nie tyle chcą ludzi pozbawić prawa do zarabiania pieniędzy, podróżowania, oglądania telewizyjnych śmieci, co pragną odebrać im chęć i potrzebę zajmowania się sprawami publicznymi. Demokratyczna w formie skłonność ku autorytaryzmowi nie będzie oznaczać, że komuś ustawowo odbierze się prawo do głosowania czy słuchania różnych opinii, ale że obywateli odrzuci od życia publicznego odpychająca forma polityki – bo ta kojarzyć się będzie wyłącznie z machlojkami, klientelizmem, korupcją, marnotrawstwem.

KB
 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 28 (2766), 14 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl