A mój syn


Ugotujmy Makłowicza

JACEK PODSIADŁO




A mój syn lubi pisać. Wiecie już, że jest zawołanym redaktorem gazety i autorem komiksów. Ale rysować nie lubi. Dlatego w komiksie „Bajka o kogucie” zamiast rysować koguta na płocie, pisał PŁOT, a nad tym słowem pisał KOGUT. Dialogi idą tak. KOGUT: „Kukuryku!” KURA: „Koko! Koko! Co tak szybko”. KOGUT: „Tak jest zawsze! A na wyspie wybrzeże”. KURA: „Już ci wieżę!” KOGUT: „Piasek palma kokosy”. KURA: „I co dalej! Kokosy? A kto jest tam bosy?” KOGUT: „Rozbitek”. Koniec komiksu.
Wygląda na to, że mój syn nie miał nic do powiedzenia, lecz w przypływie pisarskiej weny zrobił coś z niczego. Ja też lubię pisać, ale też zdarza się, że nie mam nic do powiedzenia. A tu na przykład kończy się tydzień i trzeba pojechać z kolejnym felietonem. W takich razach często przyłapuję się na tym, że bez ceregieli sięgam po najprymitywniejszą ostrogę, jaką jest poddanie się działaniu środków masowego przekazu. Wystarczy otworzyć gazetę albo telewizor (tak, mój znajomy tak mówił: „Otworzę telewizor”), i zaraz coś człowieka rozśmieszy albo zirytuje, i już czuje nieprzepartą potrzebę pisania. Ale taka szkoła dziennikarstwa ma w sobie coś nieświeżego, jak każde wtórne przeżuwanie zużytej już raz treści. 
Uprzejmie ostrzegam zatem, że jeśli trafiacie na felieton zaczynający się od „W telewizji pokazali” albo „We wczorajszym »Głosie Głuchoniemych« przeczytałem”, jego autor prawdopodobnie nie ma wiele do powiedzenia. Niemniej informuję, że sam, a jakże, otworzyłem wczoraj puszkę Pandory marki „Telefunken” w chwili, gdy zapuszkowana spikerka rozpoczynała „Wiadomości”. Zaczęła od tego, że minęły trzy dni od rezygnacji ministra finansów Belki, a związana z tym sytuacja daleka jest od stabilizacji. Na pewno wiecie, że ex-minister się wypalił. Całe społeczeństwo było zaskoczone. I nawet sam prezydent był zaskoczony, sam słyszałem. W związku z tym będę wdzięczny ex-ministrowi za bliższe wyjaśnienie, jak się wypalał. Gdyby ktoś spytał, skąd moje prawo do oczekiwania takich wyjaśnień, mogę użyć zwyczajowego „płacę podatki”. Tzn. ja nie płacę, ale są mi zabierane. Zatem, Panie ex-ministrze, czy Pan wypalił się nagle? Tak nagle, że nie zdążył Pan nawet uprzedzić prezydenta: „Czuję, że niedługo mogę się wypalić”? Bo na ogół proces wypalania jest rozciągnięty w tym, no, w czasie. Szybko to się można spalić, ale czy ex-ministrowe „jestem wypalony” oznacza „jestem spalony”, tego nie wiem. Tak czy siak, jak można tak z dnia na dzień porzucić finanse całego państwa? Czy wypalonym ministrom nie można zapewnić opieki psychologicznej, aby wytrwali na stanowisku pracy przynajmniej przez okres wypowiedzenia? Podaję siebie za wzór: ja na przykład tylko w roku bieżącym byłem wypalony już czterokrotnie, ale jak przychodzi pora felietonu, to siadam i piszę. A ilu wypalonych ludzi widzę codziennie rano! Wypaleni, a niektórzy wypaleni i głodni, wstają jednak do roboty, choćby za osiemset złotych.
Otworzyłem też lipcowy numer „Wprost”, a tam Robert Makłowicz pisze m. in.: „Jedzenie dzielę wyłącznie na dobre i złe, odrzucając jakiekolwiek ideologie. (...) Szanuję jednak wybór tych, co na stałe i bez odwołania wkroczyli w świat jarzyn, nie drwię z nich...”. A jedno zdanie dalej już drwi: „Nie znoszę tylko publicznego nawracania na własną wiarę, zatem przykrzy są mi walczący wegetarianie, opętani obrońcy zwierząt, piszący na mnie donosy do prokuratury, że wrzucam w telewizji żywe raki do wrzątku, jakby raki dało się ugotować inaczej, jakby dało się je zaprowadzić do rzeźni (swoją drogą, na rzeźnie listów do prokuratury nie piszą). Równie przykrzy są mi mięsożercy, szydzący publicznie z jaroszy. Precz z ideologią w jedzeniu! Niech każdy żywi się, czym chce, byle tylko, do diaska, było to smaczne!”
A łydkę cioci z lodówki też można, spytam od razu? Bo jeden pan tak chciał i zjadłby ciocię z kopytami, gdyby go wcześniej policja nie nakryła. A Mruczka? A Puszka? Wegetarianizm nie jest ani wiarą, ani ideologią, tylko sposobem odżywiania się. Wegetarianie też dzielą jedzenie na dobre i złe, tylko w odróżnieniu od Pana wiedzą, że jedzenie ugotowanych żywcem raków jest właśnie złe. Z tym prowadzaniem raków do rzeźni to niech Pan nie odwraca raka ogonem, bo Pana uszczypnie. S ą inne sposoby zabicia raka, skoro ktoś musi, niż ugotowanie go lub ubój w rzeźni. Może Pan po prostu krwi na rękach nie lubi? A do rzeźni, z rakami czy bez, warto się wybrać, tam dopiero zobaczy Pan opętanie, którego doszukuje się Pan u tzw. obrońców zwierząt. Co do pisania listów „na rzeźnie”, to nie piszą, bo jak pisali, to nie pomogło, więc przestali.
W dużej części niezrozumienie, a więc także nieporozumienia między wegetarianami a mięsożercami, wynikają z odwrócenia ról, z jakim mamy do czynienia „od zawsze”, i które wielu ludziom każe widzieć w tzw. obrońcach zwierząt „opętanych”. Ja na przykład nie przyjmuję go do wiadomości, i kiedy ktoś się dziwi: „O! A dlaczego ty nie jesz mięsa?”, odpowiadam: „Zaraz, zaraz, jeszcze nie powiedziałeś, dlaczego ty jesz”. Tekst Makłowicza we „Wprost” również nosił znamienny tytuł „W obronie jedzących inaczej”. Ja nie jem „inaczej”, ja jem tak samo, inaczej to je Makłowicz. Ja nie jestem obrońcą zwierząt, tylko Makłowicz jest ich wrogiem. A ja? Normalny jestem.
Dlatego żegnam Was piosenką do zaśpiewania na znaną wszystkim melodię.

Raz ryby, żaby i raki
wpadły na pomysł taki:
„Ugotujmy Makłowicza,
żeby nie drwił, ale krzyczał”.
Wrzucają go zatem do wrzątku,
dodają bazylii, bikontu,
trochę sitowia i warzyw,
gdy wrzask się rozlega: „To parzy!
O, bracia racy, litości,
źle napisałem we »Wproście«,
gorąco tu w rondlu i parno,
o śmierć błagam humanitarną.
Choć sprawiedliwa to męka,
bo tłuszcz jest na moich rękach
i mieliście prawo się zeźlić,
zawiedźcie mnie najpierw do rzeźni!”
Więc raki się ulitowały,
już podejść do rondla chciały
i zwolnić z mąk strasznych zaiste
kucharza-felietonistę...
Nic z tego! Z prostego powodu,
że raki nie chodzą do przodu,
co który na pomoc się zrywał, 
to zaraz się wycofywał.
Makłowicz pomyślał: „O rany!
To jestem ugotowany!
Rozumiem swej śmierci przyczynę:
nie byłem wegetarianinem”.
Chciał jeszcze wyznać swój ból, 
lecz rzekł tylko „bul bul bul bul”.
I ten, co był tak uszczypliwy,
już opadł na dno, już nieżywy.
A raki tańczyły wokoło
z rybami, z żabami, wesoło!
I szczypiec zaczęły używać
– rak w tańcu ma chęć podszczypywać.
Jak się zmęczyły, to siadły
i choć z niesmakiem, to zjadły.
I już dziennikarzy gromady
do raków mkną po wywiady:
„Powiedzcie, jak zginął Makłowicz,
bo wiedzieć każdziutki chce to widz.
I co rzekł przed śmiercią, gdy czuł ją?”
A raki: „Chciał chyba rzec: bulion
”. 


podsiadlo@atol.com.pl
skr. poczt.32, 45-067 Opole1.


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 28 (2766), 14 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl