Polityka czy ekonomia


MARCIN KRÓL



O d dawna powtarza się w Polsce, że nawet jeżeli rządy mamy głupie (a mamy), to pół biedy, o ile gospodarka jako tako funkcjonuje, a władze nie wtrącają się do problemów ekonomicznych i zostawiają wolny rynek w spokoju. Tak też postępowało SLD w latach 1993–1997, co było możliwe w znacznej mierze dzięki temu, że zastało w budżecie nadwyżkę, a nie deficyt. Teraz jednak jest inaczej, a zmiana na stanowisku ministra finansów nie wróży najlepiej, trzecia zresztą zmiana w ciągu dwóch lat. Wprawdzie minister finansów niewiele może zdziałać w trudnej sytuacji gospodarczej, ale za to może bardzo dużo naszkodzić.
Toczy się walka o niezależność Rady Polityki Pieniężnej i Narodowego Banku Polskiego od władzy wykonawczej, ale przy tej okazji nie dostrzeżono faktu, że toczy się również walka o całkowite podporządkowanie ministerstwa finansów rządowi. Oczywiście minister finansów jest członkiem rządu, ale jego obowiązkiem jest pilnowanie państwowej kasy. Odpowiada za to, czy wydatki nie przekroczą dochodów, a jeżeli przekroczą, to czy skala tego przekroczenia będzie rozsądna. Oczywiście decyzje budżetowe podejmuje cały rząd i cały rząd jest za nie politycznie odpowiedzialny (Trybunał Stanu się kłania), ale minister finansów jest tu na pierwszym froncie.
Minister finansów może pilnować zatem innych ministrów, czy nie przekraczają przydzielonego im budżetu, może proponować zmiany w systemie finansów (na przykład w systemie podatkowym, jak to czynił Leszek Balcerowicz), ale nie może mieć bezpośredniego wpływu na politykę gospodarczą rządu, może jedynie – co uczynił Marek Belka – ustąpić, jeżeli polityka ta powoduje, że nie może sensownie i odpowiedzialnie wykonywać swoich obowiązków.
Innymi słowy, mamy do czynienia z zupełnie nową sytuacją, rząd SLD i pomniejszych koalicjantów postanowił podporządkować gospodarkę polityce. W zasadzie tak powinno być. Fakt, że w naszych czasach doszło do kolosalnej przewagi ekonomii nad polityką i to niemal na całym świecie, jest niezdrowy i stanowi naruszenie podstaw demokracji. Jednak na razie tak jest i wolne oraz demokratyczne społeczeństwa mają się nie najgorzej tylko wtedy, kiedy politycy stosunkowo mało wtrącają się do gospodarki. Zapewne na skutek recesji, rosnącego bezrobocia i innych problemów socjalnych politycy będą coraz częściej interweniowali w sprawy gospodarcze, ale będzie to także zwiększało ich odpowiedzialność właśnie polityczną.
A zatem rząd, który rezygnuje z niezależnego ministra finansów na rzecz zależnego, bierze już całą odpowiedzialność za stan finansów i gospodarki na swoje barki. A w istocie odpowiedzialność tę bierze premier. W niemal wszystkich zachodnich krajach funkcjonuje klasyczny podział na dobrego i złego policjanta: premier mówi „chciałbym, ale minister finansów mi nie pozwala”, a minister finansów z uporem powtarza, że „nie wolno wydawać pieniędzy, których nie ma”. Taki jest po prostu podział ról. Premier jest politykiem, minister finansów – ekonomistą. W Polsce obecnie Leszek Miller będzie musiał sam pełnić funkcję dobrego i złego policjanta na raz. Chyba że ze strachu przed wyborcami zostanie tylko dobrym policjantem, a wtedy mamy Argentynę za rogiem. 
Domyślam się, że scenariusz argentyński nie jest wymarzony przez premiera, ale walka z bankiem centralnym, a potem z ministrem finansów wskazuje tylko na jedno: premier chce mieć więcej pieniędzy. A dlaczego? Bo już nic innego oferować społeczeństwu nie potrafi. A zatem uwaga: jesteśmy w bardzo trudnej i bardzo poważnej chwili, lada moment możemy stracić wszystkie osiągnięcia ostatnich trzynastu lat.




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 28 (2766), 14 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl