Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Tajemnicza rekonstrukcja

Wojciech Pięciak Seminaria: przykład austriacki?

Andrzej Kaczmarczyk Praktyki radiowo-telewizyjne


 

 




  
Tajemnicza rekonstrukcja

Czarne scenariusze snute przez ekonomistów w związku z przejęciem funkcji ministra finansów przez Grzegorza Kołodkę nie dziwią. Przestało już nawet dziwić, że człowiek, którego dotychczasowa kariera obciążona jest nie tylko wyskokami słownymi, ale i historiami aferalnymi (m.in. niezgodna z prawem budowa rezydencji w Sękocinie), może jakby nigdy nic wrócić na kluczowe stanowisko publiczne.
Nie dziwi też, że premier Miller wymienił przy okazji tylko dwóch słabych ministrów swojej ekipy. Przecież gdyby chciał poważnie zreformować gabinet, mocno zachwiałby się on w posadach (a mogłoby się skończyć i rozpadem koalicji). Należałoby bowiem zastanowić się nad zmianą szefów przynajmniej trzech resortów: 
– prywatyzacji (Wiesław Kaczmarek w ciągu sześciu miesięcy tego roku zdołał sprywatyzować tylko 3 spółki, a osiągnięte przychody stanowią ledwie 10 proc. planowanych. Jest to najgorszy wynik w dziejach polskiej prywatyzacji. Więcej: minister zapowiada, że nie zamierza przyspieszać tempa zmian własnościowych. Lansowany jest za to plan tworzenia wielkich państwowych konglomeratów finansowych w kluczowych dziedzinach, które miałyby stać się konkurencją dla firm prywatnych);
– zdrowia (Mariusz Łapiński wsławił się ideą centralizmu organizacyjnego w służbie zdrowia oraz planem wprowadzenia, nie bacząc ani na koszty, ani na procedury legislacyjne, leków za złotówkę dla emerytów – akurat jakoś przed wyborami samorządowymi)
– rolnictwa (wicepremier Kalinowski wsławił się dotąd głównie zaskakującymi wystąpieniami na forum międzynarodowym – czytaj: Unii Europejskiej – w których podważał deklaracje rządu, premiera i polskich negocjatorów).
W rekonstrukcji rządu dziwić za to musi jedno: że pytania o powody zdymisjonowania minister sprawiedliwości premier raczył skwitować lakonicznym „sądzę, że jest taka potrzeba”. Owszem, Barbara Piwnik wpisała się w niedobrą tradycję szefów tego resortu w III RP (jakim takim wyjątkiem był tylko Włodzimierz Cimoszewicz) i należało ją odwołać. Tyle tylko, że zasada przejrzystości administrowania państwem i prawo obywateli do informacji wymaga, by szef rządu uzasadnił tak ważną decyzję – zwłaszcza w sytuacji rosnącego braku zaufania wobec wymiaru sprawiedliwości oraz licznych podejrzeń odnośnie do rozmaitych decyzji prokuratorskich (a za ten pion minister sprawiedliwości odpowiada bezpośrednio jako Prokurator Generalny). Teraz plotki wybuchną ze zdwojoną siłą, a nieufność się pogłębi.

 
Krzysztof Burnetko








Seminaria: przykład austriacki?


Arcybiskup Wiednia, kardynał Christoph Schönborn, postanowił gruntownie zreformować system kształcenia przyszłych duchownych w swojej diecezji. Od najbliższego, jesiennego semestru wiedeńscy klerycy nie będą już mieszkać zbiorowo w kilkadziesiąt osób, „odizolowani” od „świata” w seminarium duchownym, ale zostaną rozproszeni i zamieszkają po dwóch przy specjalnie dobranych i przygotowanych do tego parafiach, tak aby od początku mogli utrzymywać ścisły kontakt z życiem codziennym wspólnot oraz wiernych. 
Swoją reformę, wzorowaną zresztą na eksperymencie prowadzonym już w archidiecezji paryskiej, kardynał Schönborn – traktowany od dawna w Kościele jako jeden z możliwych kandydatów do urzędu papieskiego – uzasadnił szczerze, że w obliczu zmniejszającej się liczby kandydatów do kapłaństwa – spośród których wielu to ludzie emocjonalnie i intelektualnie dojrzali, mający już jakieś „świeckie” wykształcenie lub/i zawód – stary model „skoszarowanego” kształcenia seminaryjnego wyczerpał swoje możliwości. Poza tym włączenie parafii w proces edukacyjno-pedagogiczny kleryków ma zwiększyć odpowiedzialność tej drugiej strony (parafii i wiernych) za formowanie przyszłych księży. 
Oczywiście, reformę wiedeńską i paryską traktować należy (na razie?) jako eksperymenty, mające poznać zalety i ograniczenia takiego modelu. I oczywiście polskie realia, zwłaszcza jeśli idzie o liczbę kleryków, są (na razie?) zupełnie inne (pisaliśmy o nich niedawno w „TP”). Ale może także polscy księża, odpowiedzialni za formację przyszłych duchownych, powinni za jakiś czas przyjrzeć się efektom i zaletom modelu wiedeńsko-paryskiego?

 
Wojciech Pięciak









Praktyki radiowo-telewizyjne

Pomimo kilku prób rada nadzorcza Polskiego Radia nie jest w stanie wybrać nowego zarządu na kolejną kadencję. Uniemożliwia to trzech członków rady związanych z PSL, którzy nie stawiają się na posiedzenia. Przyczyny takiego zachowania wyjaśnia w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” szef klubu parlamentarnego PSL Zbigniew Kuźmiuk: „dotąd było tak, że prezesa telewizji publicznej rekomendował SLD, a prezesa radia – PSL”. Obecnie ten zwyczaj został złamany. Z powodu tej wypowiedzi członek Krajowej Rady Radiofonii i TV Jarosław Sellin napisał list do premiera Leszka Millera i prezesa PSL Jarosława Kalinowskiego. Sellin oczekuje wyjaśnień w sprawie, jego zdaniem, niezgodnych z prawem uzgodnień obu partii dotyczących obsady stanowisk prezesów radia i telewizji publicznej. Autor listu pyta też premiera, jak długo trwają takie praktyki i czy rząd przewiduje w nowelizacji ustawy o radiofonii i TV wprowadzenie mechanizmów eliminujących upartyjnienie mediów.
Czytając takie informacje, ma się wrażenie, że to nie dzieję się naprawdę. Nawet bez wypowiedzi posła Kuźmiuka, każde dziecko w Polsce wie, że „tego typu praktyki” mają miejsce od czasu wejścia w życie obowiązującej ustawy. W drodze „takich praktyk” powstaje Krajowa Rada, która w ten sam sposób mianuje rady nadzorcze, a te z kolei „tak praktykują” wyłanianie zarządów. Co ważne: SLD i PSL nie mają wcale monopolu na stosowanie „takich praktyk”. Pytanie, czy premier zamierza temu przeciwdziałać, członkowie Krajowej Rady mogą sobie zadać sami. To Rada bowiem jest prawdziwym autorem spornej nowelizacji, która przechodzi przez rządowe biurka, bo Rada nie ma prawa inicjatywy ustawodawczej.
Wypowiedź lidera PSL jest za to ciekawa z innego powodu. Niektórzy polscy politycy doszli już do tego, że nie tylko nie ukrywają działań, których powinni się wstydzić, ale jeszcze świadomie je opisują licząc na zrozumienie wyborców.


Andrzej Kaczmarczyk

 






 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 28 (2766), 14 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl