Transport zwłok

MICHAŁ KOMAR

 


Z nagannym opóźnieniem czytam „Do Europy – tak, ale tylko razem z naszymi umarłymi” Marii Janion. Mnóstwo tam mądrych myśli i pięknych słów. Pokusa bierze, żeby idąc śladami Autorki wspiąć się na wyżyny romantycznego natchnienia. Nabieram tchu, prężę mięśnie, rozkładam ręce do lotu, ale wtedy głos wewnętrzny mi przypomina, że nie dam rady. Ja twór przyziemny. Mnie raczej pełzać niż wzlatywać, jadowitą śliną strzykać niż rozświetlać. Taki widocznie społeczny podział funkcji został zaplanowany w dziele Stworzenia: podczas, gdy jedni są powołani do głoszenia wielkich prawd, innym – takim jak ja – w żyłach zamiast krwi płynie gorzka żółć. Trudno. 
Czytam więc: „W kulturze romantycznej, szczególnie mi bliskiej, warstwy pokoleń oznaczają ideę łączności żywych z umarłymi. Mickiewicz był przekonany, że ta idea jest podstawowym sposobem istnienia naszej kultury. Tu nie chodzi o mesjanizm, nie chodzi o to, żeby sobie przypisywać zasługę z powodu cierpień, żeby się pysznić ilością ofiar. (...) Od czasu do czasu wszyscy poświęcamy uwagę ofiarom niewinnym, choćby w czasie Zaduszek – już ta jedna chwila oddana pamięci zmarłych, zamordowanych, unicestwionych pokoleń jest w moim przekonaniu chwilą romantyczną. Do Europy – tak, ale tylko razem z naszymi umarłymi”. 
Czas wysunąć kły jadowe. Czy idea łączności żywych z umarłymi jest rzeczywiście konstytutywna dla kultury romantycznej? Na Żmudzi pewnie tak. Gdzie indziej – poza Żmudzią – chyba niekoniecznie. Istnieją w świecie plemiona, w których obowiązkowo zjada się mózg, wątrobę i serce zmarłego rodzica, ażeby zachować ciągłość międzypokoleniową i dać wyraz swemu szacunkowi dla przeszłości. Byłaby to kanibalistyczna odmiana romantyzmu? Także i z Zaduszkami jakoś mi się nie układa. Czy tylko niewinnym ofiarom poświęcamy na ten czas wspomnienia? A co z winnymi? Co z pół-winnymi? Winnymi troszeczkę i winnymi dużo? Mamy o nich zapomnieć? Albo może udać, że też byli niewinni? A ja nie chcę. Nie ma zgody! Bez winnych się nie da. Inaczej przywoływany przez pamięć pełny żywy obraz przeszłości przemieni się w schemat szkieletu z atlasu anatomicznego. No i wreszcie postulat podróży do Europy ale „tylko razem z naszymi umarłymi”. Odnoszę wrażenie, że Autorka nie zdaje sobie sprawy, jak wielce kłopotliwe jest przewożenie zwłok przez granicę. Ja wiem, bo to przeżyłem. Parę lat temu udałem się z kolegą do kraju umiarkowanie odległego. Po kolacji kolega źle się poczuł, a nad ranem umarł. Obsługa hotelu wezwała policję i lekarza. Mała spokojna miejscowość. Ambitny szef komisariatu postanowił wykazać się profesjonalizmem. Wszczął dochodzenie, węszył i spoglądał podejrzliwie, choć było oczywiste, że przyczyną zgonu był zawał serca. Dostał kojącą łapówkę. Lekarz też dostał, żeby było sprawiedliwie. Wziął też kierownik kostnicy, ale nie był zadowolony. Potem trzeba było zawiadomić konsula RP i wejść w negocjacje z firmą, która specjalizuje się w transporcie zwłok. Kiedy jej wysłannicy dokonali wszystkich czynności związanych z zabezpieczeniem ciała, kierownik kostnicy zauważył brak znaczków skarbowych na podaniu o wydanie nieboszczyka. Najbliższy punkt sprzedaży znaczków mieścił się w stolicy prowincji odległej o pięćdziesiąt kilometrów. Na ten dzień przypadało akurat święto państwowe, wszystkie urzędy zamknięte. Szczęśliwie okazało się, ze szwagier kierownika kostnicy ma znaczki u siebie domu i gotów jest je odstąpić, ale po cenie wyższej o 50%. Szwagier zdradzał objawy napięcia; trzeba było skoczyć po butelkę. W sumie wielka to była praca, a mało satysfakcjonująca. 
Prawdę mówiąc to ja bym wolał do Europy bez zwłok, ale za to z żywą pamięcią o ludziach, których dokonania, czyny i dzieła są (powinny być) źródłem naszej wspólnej dumy. Zatem chciałbym, żeby przy okazji procedur związanych z przystępowaniem Polski do Unii Europejskiej rozpoczął się proces upowszechnienia wiedzy o wkładzie Polski do europejskiego dziedzictwa – upowszechnienia tej wiedzy nie tylko w państwach UE, lecz także i w Polsce. Póki co (jeśli sądzić wedle środków masowego przekazu) rzecz opiera się na kompleksie niższości, który, jak zwykle, znajduje wyraz w jałowym przypisywaniu sobie zasług z powodu niegdysiejszych cierpień, niekiedy prawdziwych, niekiedy zaś urojonych. A może już czas na zmianę? Owszem tak. Być może wtedy uda mi się wzlecieć na wyżyny. A skoro tak, to zaczynam układać listę osób nieżyjących, z którymi jest mi po drodze i w Polsce, i w Europie, i w całym świecie. Zapisuję: Stefan Banach, matematyk, Edmund Biernacki (ten od odczynu opadania krwinek), Michał Doliwo-Dobrowolski (twórca silnika synchronicznego trójfazowego i trójfazowej linii elektroenergetycznej), Ludwik Hirszfeld (który wraz z E. von Dungernem ustalił zasadniczy podział grupowy krwi), Kazimierz Funk (odkrywca witamin), Karol Olszewski i Zygmunt Wróblewski (pionierzy kriogeniki), Maria Skłodowska--Curie...
Czy chcieliby Państwo uzupełnić tę listę? Może się przydać. A ja tymczasem nabiorę powietrza w płuca, naprężę mięśnie, rozłożę ręce do lotu... uda się? 



Michał Komar

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 28 (2766), 14 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl