Votum separatum

Konopnicka i inni

JÓZEFA HENNELOWA



Joanna Szczęsna, kreśląc w „Wysokich Obcasach” (nr 27) portret poetki i historyka literatury, Małgorzaty Baranowskiej i jej zmagań z chorobą, wspomina w pewnej chwili z uznaniem jej zapiski o Marii Konopnickiej, ale zaraz dodaje uwagę w nawiasie: „swoją drogą nie znam człowieka, dla którego ta poezja jest wciąż żywa”. Zastanowiło mnie to zdanie, nie dlatego bym sądziła, że jest nieprawdziwe. W odniesieniu do autorki portretu jak najbardziej, na pewno. A równocześnie mogę mu natychmiast przeciwstawić zdanie własne, całkowicie odmienne: bo takich ludzi znam aż nadto wielu. Tylko co z tego wynika?
Nawiasowa uwaga Joanny Szczęsnej, jeśli ją traktować jako generalizującą, ma potwierdzać jeszcze jeden martwy relikt w naszej historii literatury. Pisarza, którego utworów nikt już nie będzie czytał ot tak sobie, dla własnej radości, dla przeżycia najzupełniej osobistego wzruszenia, nakładającego na swoje odczucia takie właśnie słowa i obrazy, a nie żadne inne. A zatem również pisarza odstawionego na dalekie półki, nie wznawianego, i stopniowo wymazywanego z pamięci zbiorowej, nie liczącej się bynajmniej z bibliografiami i tomami podręczników. Zjawisko to jest faktem, a równocześnie wystarczy chwila refleksji, by się zbuntować przeciwko niemu. Czy pisarze, poeci, twórcy zawsze starzeją się sprawiedliwie i równie sprawiedliwie znikają? Czy nie bywają na tę niepamięć skazywani, ot, choćby przez mody albo mechanizmy sterowanych precyzyjnie zagrań marketingowych? A przede wszystkim, czy siła upowszechnianej opinii o niejednym z nich naprawdę odpowiada rzeczywistości?
Jeśli chodzi akurat o Marię Konopnicką, to liczba ludzi, dla których jej poezja nadal jest żywa, to legion: ci wszyscy mianowicie, którzy z najgłębszym przekonaniem, choćby wyłącznie subiektywnym, śpiewają „Rotę”.
Zapewniam: śpiewają ją jako coś żywego i własnego; coś, co ściska im gardło wzruszeniem i podnosi głowy w świętym zapale. Można się z nimi nie zgadzać, gdy intonują ową starą i tak bardzo w szczegółach anachroniczną pieśń przy jakiejś bardzo dziwnej okazji. Ale ich wzruszenie pozostaje wartością, bo wiąże się z wiarą w sprawy dla każdego człowieka najświętsze. Raczej trzeba zastanowić się, dlaczego tylko „Rota” pozostaje bliska wszystkim, którzy chcieliby wypowiedzieć swoje Credo patriotyczno-religijne. I raczej zaniepokoić się np. tak niebywale niedojrzałym pomysłem lansowanym w „Gazecie Wyborczej” przez dziwnego młodego człowieka apelującego do czytelników, by razem z nim „wymyślili sobie Polskę”: jej nowe położenie geopolityczne, sztandar, hymn... Mogę przyjąć etykietę ponuraka, ale pomysł ten wydał mi się tak niepoważny, że wręcz dzikusowaty, i po prostu nie zasługujący na miejsce w jakiejkolwiek prasie. 
W dziedzinie kultury są całe ogromne rejony twórczości odbierane wciąż jako potrzebne i zaspokajające głód głębokich przeżyć, choć przez znawców oceniane jako przebrzmiałe albo nietrafione, anachroniczne albo kiczowate. Co należy myśleć o widzach wzruszających się na filmie o Chopinie i Quo vadis, o czytelnikach powtarzających strofy Edwarda Słońskiego, o ludziach stających dalej z podziwem przed Matejką i Wyczółkowskim, a przechodzących w zmieszaniu koło Dwurnika i nie dających się namówić na wystawę „Młodzi są realistami” – współczuć im (z politowaniem oczywiście) i życzyć, żeby się podciągnęli, czy może jednak odrobinę mniej poważnie traktować wagę kryteriów, które „obowiązują”? Coraz częściej myślę, że znaczenie prawdziwych wzruszeń ludzkich nie może być przecenione, że jest to wartość nie do zmarnowania, i powinna być wzięta pod ochronę jak ginące gatunki roślin czy innych stworzeń, ba, o wiele staranniej jeszcze. Nawet gdy wyrasta na glebie nie dość wyrafinowanej i doskonałej. Naszym zdaniem, rzecz jasna.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 28 (2766), 14 lipca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl