Pomoc homoseksualistom – to zbyt trudne?
Kozetka i kamienna twarz
Adam Fons
Dlaczego tworzenie grup „Odwagi” jest przedwczesne? Co musi się jeszcze stać w Kościele, aby ten zaczął działać? Czy w kontekście niespotykanych dotąd prób równouprawnienia par homoseksualnych z małżeństwami, Kościół może pozostać niewzruszony?
Ksiądz Józef Augustyn SJ, który tekstem „Brak odwagi” życzliwie komentuje moje przemyślenia (oba artykuły ukazały się w „TP 26/2002), zdaje się wskazywać na jakąś ukrytą strategię Kościoła w Polsce. Sugeruje, że „Odwaga” jest czymś w rodzaju religijnego klubu towarzyskiego i wskazuje na potrzebę fachowej pomocy terapeutycznej oraz kierownictwa duchowego, tak jakby „Odwaga” nie opierała swoich działań o te formy pracy. Odnoszę wrażenie, że nie zna metody Richarda Cohena, która ma przecież wymiar całościowy. Wydaje się, że ks. Augustyn parceluje ludzką osobę na części, zapominając o istotnym – wspólnotowym wymiarze niesienia pomocy osobom homoseksualnym. Przedziwne jest jego rozumowanie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że sam Kościół wskazuje na to, że właśnie zaburzenia więzi społecznych w życiu gejów prowadzą ich do tego rodzaju zahamowań. Jak osoba homoseksualna ma się nauczyć tworzenia normalnych więzi, skoro działania obliczone na uzdrowienie wymiaru wspólnotowego w jego osobowości są „przedwczesne”? Kozetka i kamienna twarz terapeuty nie zastąpi nikomu żywych, zdrowych relacji.
Kościół oddał teren wymagający pilnego zaangażowania rozmaitym grupom „związkowym” (czytaj: gejowskim) i dopiero teraz, gdy pod wpływem skandali amerykańskich zagrożone są finanse kilku diecezji, wpada w popłoch i usiłuje naprędce coś zrobić. I rzeczywiście: coś na Zachodzie robi. My musimy jeszcze poczekać. Dlaczego? Brak odwagi mści się okrutnie. Lęk kapłanów przed „homoseksualnym cieniem” oraz ich nieporadność, skutkują powiększaniem się szeregów „związkowych”. Dlaczego przychodzący do spowiedzi młodzi ludzie, którzy szukają pomocy w Kościele, skazywani są na upokorzenie samotności lub zejście z dróg Bożych?
Nie znam sprawy zakazu wydanego przez kard. Schönborna, o której wspomina ks. Augustyn. Wiem jednak, że w Kościele na Zachodzie powstały inicjatywy oddolne, przenoszące wiele żądań „związku zawodowego poszkodowanych” na grunt kościelny po to, by przetworzyć je w świetle Ewangelii. Podobna grupa istnieje też w Warszawie
(„Tygodnik” swego czasu nawet zamieścił o niej reportaż). Być może wspomniane przez ks. Augustyna grupy austriackie nie były inspirowane nauczaniem Kościoła. Warto w tym kontekście wspomnieć o Międzynarodowym Stowarzyszeniu Chrześcijan Gejów i Lesbijek (Gay & Lesbian Christian Association). Organizacja ta, dość prężna, prowadzi swoistą walkę z nauczaniem Kościoła. Wielu homoseksualistów, którym wymiar duchowy nie jest obojętny, zasila jej szeregi, ponieważ Kościół nie oferuje im niczego w zamian. Chcę zwrócić uwagę, że „Odwaga” mieści się w nurcie odmiennym, całkowicie akceptującym nauczanie Kościoła. Myślę, że ks. Augustyn winien wyjaśnić, w którym nurcie mieściły się owe zakazane grupy austriackie.
Choć mój polemista uczciwie podchodzi do tematu i z większością jego tez trudno się nie zgodzić, to jednak jego tekst budzi we mnie jeszcze jedną refleksję. Jak jego komentarz ma się do Ewangelii? Jaka Dobra Nowina jest w nim zawarta? Tekst, choć szczery, odbiera nadzieję wielu ludziom zranionym, którzy nie mają dokąd pójść. Seksuologia nie uznaje przecież racji kościelnych, a media są dwulicowe: z jednej strony sympatyzują z ruchami gejowskimi, a z drugiej wywołują skandale wokół indywidualnych przypadków (choćby ostatnia afera wokół Teleranka).
Homoseksualizm jest głębokim zranieniem. Są rany na całe życie, z którymi trzeba się nauczyć żyć. To jest jedyna realistyczna droga – droga bez uleczenia. Nadzieje na uzdrowienie ustępują wtedy perspektywie eschatologicznej. Czy takie „memento mori” to wszystko, co wybitny specjalista kościelny ma dziś do powiedzenia w tej kwestii?
|