
O wszystkim
Odwrócenie perspektywy
ANDRZEJ
DOBOSZ
O Stanisławie Ossowskim usłyszałem poraz pierwszy około roku ’49. Byłem wówczas uczniem szkół. Starszy ode mnie kuzyn, Stanisław Manturzewski, wówczas magister geologii i asystent w Zakładzie Archeologii Czwartorzędu, przekonał moich rodziców i parę razy w roku opuszczałem zajęcia szkolne, zabierany przez niego na Uniwersytet. Pokazywano mi narzędzia krzemienne sprzed tysięcy lat i preparaty pod mikroskopem. Staszek miał zarówno rozległe zainteresowania, jak kontakty towarzyskie. W chwilach wolnych stawał przed bramą Uniwersytetu. Gdy uroda którejś z wchodzących poruszyła go, udawał się za nią na wykład. Czasem kończyło się to przyjaźnią, a czasem – i to chyba częściej – regularnym słuchaniem jeszcze jednego wykładowcy. Cała ta grupa inteligentów nie zasklepiających się w swojej dziedzinie, których słuchałem, odzywając się tylko, gdy mnie o coś pytano, złożona z biologów, socjologów, architektów, historyczki sztuki i wreszcie najważniejszego dla mnie: polonisty Jana Józefa Lipskiego miała wspólne upodobania i antypatie. Jeśli czasem na spotkaniach pojawiało się wino, to pierwszy toast wznoszono za spokój duszy Andrzeja Żdanowa. I nieodmiennie padały dwa nazwiska: traktowanego z szyderstwem Adama Schaffa i z podziwem oraz najgłębszym szacunkiem Stanisława Ossowskiego. Po stronie Schaffa czasem pojawiał się jeszcze groźny, ale jakoś imponujący, Stefan Żółkiewski, groteskowy zastępca profesora Emil Adler. Ossowski był ich najważniejszym przeciwnikiem. I tak już do końca życia jawił się jako najpoważniejszy oponent ustroju. Moja własna niechęć do PRL-u poczęta była z innych źródeł: z domu rodzinnego, raczej prawicowego, dumy z udziału ojca w bitwie pod Monte Cassino, szkoły OO. Marianów, lektury
„Tygodnika Powszechnego”. Do tego chętnie dołączałem argumenty usłyszane i przeczytane u Ossowskiego.
Dopiero teraz, gdy wracam do tej lektury, widzę wyraźnie, z jak bardzo odmiennych pozycji nie godziliśmy się na PRL. Profesor używał słowa socjalizm nie ze względów taktycznych, lecz z najgłębszym przekonaniem. I gdyby była możliwa realizacja ustroju spełniającego jego postulaty, byłoby to rozwiązanie idealne. Nie mając cienia wiary w taką możliwość, czytam Ossowskiego z równym przekonaniem, jak kiedyś. Jego czujna krytyczna myśl służy ludziom równie dobrze w każdej sytuacji społecznej.
Gdzieś w roku ’51 pokazano mi państwa Ossowskich w żoliborskim autobusie. Ale przecież z widzenia znałem ich od dawna, będąc niemal ich sąsiadem z WSM-u. Po śmierci określano profesora jako człowieka radykalnej lewicy. To może lekkomyślność, skoro nie można sobie wyobraźić, by gotów był uczestniczyć w zbrojnym przewrocie. I nie był nawet członkiem legalnej Partii Socjalistycznej. Jednak WSM, do którego działalności miał istotny wkład, był poważną próbą przebudowy społeczenstwa od podstaw. I ten żoliborski socjalizm raczej dobrze przeszedł zarówno próbę hitlerowskiej okupacji, jak i – mimo wszystko – stalinizm.
Gdy przez podwórko V-tej kolonii przechodził Karakuł, ponury brunet o kręconych włosach z IX klatki, milkły rozmowy, bo wiadomo było, że służy w UB. Jeden z założycieli WSM-u Stefan Zbrożyna, przed wojną socjalistyczny prezydent Płocka i przewodniczący Związku Prezydentów Miast Polskich, w czasie wojny AK-owski starosta Żoliborza, po wojnie został usunięty ze Spółdzielni, ale na IV kolonii znaleziono dla niego, wśród pomieszczeń socjalnych, pokój – nie istniejący w spisie lokali i wolny od opłat, poza wszelką ewidencją, w którym spędził parę lat aż do zelżenia kursu.
Lektura listów Ossowskich przypomina tę zaprzepaszczoną tradycję Żoliborza, na którym spędzili ostatnie parę dziesiątków lat ich życia.
|